fbpx
(fot. Kuchihige Saboten / Unsplash)
Mateusz Hohol, Bartosz Brożek luty 2016

Homo fundamentalis

Osoby o wysokiej potrzebie domknięcia poznawczego charakteryzuje pragnienie unikania niejasności. Wolą uzyskać ostateczną odpowiedź – jakakolwiek by ona była – byle nie przedłużać stanu niepewności. Poszukują w swym życiu porządku i struktury, uciekając od wszelkich sytuacji chaotycznych.

Artykuł z numeru

Jak Ci nie wstyd?

Jak Ci nie wstyd?

Na spory wokół relacji nauki i wiary patrzy się zwykle jak na debatę toczoną między znanymi intelektualistami: „czterema jeźdźcami nowego ateizmu” (Richardem Dawkinsem, Danielem Dennettem, Samem Harrisem i Christopherem Hitchensem) z jednej strony[1] a Williamem Dembskim i innymi głosicielami doktryny tzw. inteligentnego projektu – z drugiej[2]. Jest to, oczywiście, perspektywa jak najbardziej dopuszczalna, ale nieco zakłamująca istotę sprawy. Żaden intelektualista – choćby najbardziej cierpliwy i przekonany do swych racji – nie może obejść się bez publiczności, bez tych osób, które kupują jego książki i uczęszczają na wykłady. Wydaje nam się zatem, że warto zapytać, kim są ich najczęściej anonimowi kibice. Co można powiedzieć o tych, którzy w komentarzach pod artykułami z nagłówkiem „nauka–wiara” obrzucają się inwektywami, a po wykładach poświęconych temu zagadnieniu zadają niewygodne i podchwytliwe (przynamniej w ich mniemaniu) pytania? Warto zastanowić się nad tym także dlatego, że również w Polsce temperatura dyskusji o nauce i wierze, a szczególnie debaty wokół teorii ewolucji, zaczyna niepokojąco rosnąć, choć nie osiągnęła jeszcze poziomu, który zyskała w Stanach Zjednoczonych. Jakie są tego przyczyny?

Przeciw fundacjonizmowi

Poszukiwanie niezachwianych podstaw wiedzy było od zawsze jednym z najważniejszych zadań, które stawiali przed sobą filozofowie. Najsłynniejszy w historii projekt fundacjonistyczny zaproponował Kartezjusz, który na początku Medytacji wyznaje:

„Nie od dziś zauważam, że od najmłodszych lat przyjmowałem fałszywe poglądy za prawdę i że to, co od tego czasu zbudowałem na tak źle upewnionych podstawach, musi być bardzo wątpliwe i niepewne. Uznałem więc, że powinienem raz w życiu wyzbyć się wszystkich poglądów, które wcześniej zdarzyło mi się przyjąć na wiarę, i – gdybym miał ustalić coś pewnego i trwałego w nauce – rozpocząć całkiem od nowa i od podstaw”[3].

Jak wiadomo, takie niepodważalne podstawy Kartezjusz odnalazł na drodze metodycznego wątpienia, które doprowadziło go do tezy ego cogito, ego sum. Na tym fundamencie – dowodząc najpierw istnienia Boga, a następnie świata zewnętrznego wobec umysłu – postawił imponujący gmach swego filozoficznego systemu. Taktyka Kartezjusza – wzorowana do pewnego stopnia na matematyce – jest charakterystyczna dla każdej próby fundacjonistycznego podejścia do ludzkich wysiłków poznawczych. Zaczynamy od ustalenia niewzruszalnych tez podstawowych – swego rodzaju aksjomatów – a następnie (najlepiej niezawodną drogą dedukcji, choć nie zawsze jest to możliwe) wyprowadzamy kolejne tezy, tworząc spójną, wszechogarniającą wizję świata. Kłopot pojawia się wtedy, gdy nasze doświadczenie zdaje się sprzeczne z tą wizją; pozostaje wówczas je zignorować albo zreinterpretować w taki sposób, by nieznośna sprzeczność zniknęła – trochę zgodnie z zaleceniem Hegla: jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to tym gorzej dla faktów.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się