W muzealnym magazynie panuje przyjemny półmrok. Jest chłodno i sucho: 19°C, 44% wilgotności powietrza. Nie unosi się najmniejszy pyłek, gdyż aparatura pozwala całkowicie wyeliminować kurz. Prawie też nie czuć żadnego zapachu, z wyjątkiem delikatnej woni starego papieru.
„Idealne warunki dla alergików” – skomentuje jedna ze zwiedzających. „I idealne dla rzeczy” – dopowiem. Magazyny Muzeum Fotografii w Krakowie, mieszczące się w willi przy ul. Józefitów 16, to swoisty fenomen, gdyż można je zwiedzić w dni powszednie z pracownikiem muzeum. To tu przechowuje się m.in. kolekcję ośmiu albumów rodziny Pusłowskich, która jest jedną z najbardziej tajemniczych w zbiorach muzealnych.
Takie albumy zwykliśmy oglądać, gdy pamięć staje się przewodnikiem, a starość każe nam przysiąść przy kominku. Są niczym ciche trofea, ślady po przeżytym życiu. Intymne i bliskie, a jednak trzymające dystans, niewygodne, być może dla niektórych nudne. Te spoczywające w muzealnym magazynie były inne niż wszystko, co znałam do tej pory w kwestii albumów arystokratycznych, w sumie w kwestii albumów w ogóle, a jako historyczka pracująca z fotografiami widziałam ich wiele. Fotografie są bardzo wymowne, wrażeniowe, puste, często bohaterem staje się przyroda czy światło. Ludzi w nich niewiele, a jeśli są, to w jakiś dziwnych pozach, anonimowi, niepodpisani, cisi. Nic wprost nie wskazywało na to, że te albumy mogą być pamiątką po jednej z najbardziej znaczących polskich rodzin arystokratycznych. Na zdjęciach uchwycone są wędrówki, przygody, zdziwienie światem, delikatność i ślady nauki rzemiosła. Jak na ironię, niewiele w nich tego, co stereotypowo kojarzy się z arystokracją: póz, dumy ani napuszenia, patrzenia z góry na drugiego człowieka.
Cień autora
Na albumy natknęłam się zupełnym przypadkiem. Wpisałam w muzealną bazę danych hasło „Zadar” – chcąc połączyć zamiłowanie do tego miasta z nauką i muzealnictwem. W odpowiedzi wyszukiwarka wyrzuciła serię nieswoistych, amatorskich zdjęć, zrobionych nie wiadomo przez kogo w 1903 r. I dalej już potoczyło się samo. Okazało się, że to tylko fragment olbrzymiej, unikatowej kolekcji, która spoczywała na dnie muzealnego magazynu niczym skrzynia skarbów na dnie oceanu. Przystępując do ich opracowania, nie wiedziałam, na co się porywam. Towarzyszyły mi wścibskość i nieufność historyczki, choć wierzyłam, że ta mrówcza praca ma sens.
Eleganckie albumy w czarnej oprawie ze złotymi datami pochodzą z lat 1893–1912 i mieszczą ok. 1320 zdjęć. Można powiedzieć, że zawiera się w nich ówczesny ogląd świata. Fotografie są przepojone atmosferą schyłku, niepokoju, swoistego letargu i poczucia zawieszenia, tak charakterystycznego dla tekstów kultury przełomu XIX i XX w. Śledzimy też zapis życia jednego człowieka: poznajemy go jako niemowlę, które stopniowo podrasta, zamieniając się w chłopca. Nic nie wiemy o autorze fotografii, poza tym, że na jednym ze zdjęć z 1900/1901 r., przedstawiającym parę w powozie podczas drogi do Tyńca, w lewym dolnym rogu, pada jego cień – to zapewne mę?czyzna, s?dz?c po budowie cia?a i?kapeluszu. Fotografowa? ma?ym, przeno?nym aparatem bez statywu. ?Nawet cie? rzucony przez kogo? le?y tam utrwalony na wieki??(t?um. S. Magala) ? pisa?a Susan Sontag w?eseju żczyzna, sądząc po budowie ciała i kapeluszu. Fotografował małym, przenośnym aparatem bez statywu. „Nawet cień rzucony przez kogoś leży tam utrwalony na wieki” (tłum. S. Magala) – pisała Susan Sontag w eseju O fotografii. Antykruchość fotografii, to, że potrafi zatrzymać i wysłać w przyszłość coś tak ulotnego jak smuga cienia, sprawiła, że błyskawicznie przejęła władzę nad codziennością. Obecność zagadkowego fotografa na zdjęciu przywodzi mi na myśl donatora czy anonimowego artystę, ujętego na średniowiecznym ołtarzu.


