Mam może pięć lat. Poranny sobotni gwar, dziadek pakuje do bagażnika samochodu plastikowe skrzynki na pomidory. Pudełko herbaty yunnan, paczka papierosów i w drogę.
Jedziemy jakieś pół godziny, czasem trzeba się zatrzymać przed przejazdem kolejowym. Żeby nam się nie dłużyło, liczymy wagony pociągu: dziesięć, jedenaście, dwanaście… Ruszamy!
Parkujemy samochód, idziemy żwirową alejką, dziadek otwiera kłódkę, dłonią popycha starą furtkę. Jesteśmy.
Od progu zaczynam zajmować się…