Dobrze pamiętam ten namysł przy rozprostowywaniu dłoni. Ile masz lat, pytali mnie bliscy, kiedy tych lat miałam na tyle niewiele, że wystarczyło policzyć – z trudem – palce jednej ręki.
Ile masz lat, pytali sklepikarze, kiedy próbowałam kupić alkohol, ile ty masz lat, pytali kolejni narzeczeni, z którymi nie potrafiłam dojść do porozumienia.
Potem przestali pytać, więc sama, w ramach dziwnego buntu, zaczęłam umieszczać swój rok urodzenia w biogramach.
Nie znaczy to wcale, że oswoiłam kalendarz – przeciwnie, czas zawsze sprawiał mi problemy.
Od wczesnej podstawówki wracałam ze szkoły godzinami, odkrywając nowe ścieżki i kolejne fascynacje, nieświadoma upływu minut i tego, że w domu czeka zielona z niepokoju matka. I kolejnego dnia tak samo. I znowu.
Wybrałam zawód, który tym problemom sprzyja. Mój zegar biologiczny już dawno się rozregulował, często nie wiem, który jest dzień, jaka to data, budzę się o czwartej albo o siódmej, chodzę spać przed północą albo nad ranem, zamieniam środę z niedzielą, to wieczny mini jet lag. Szacuję czas potrzebny na napisanie tekstu i zawsze trafiam kulą w płot. W przypadku tego tekstu też, dokładnie tak samo, zaginam palce, prostuję – ile mi zajmie praca nad nim, dwa tygodnie, trzy? Jednak pięć?
Nigdy nie mam czasu, nigdy nie mam go wystarczająco. Niedostatek czasu, zwłaszcza czasu wolnego, jest immanentną cechą kapitalizmu. To koszmarna deprywacja, bo przecież przestrzeń i czas to podstawa naszego sytuowania się w świecie i doświadczenia codzienności. Jestem tu i jestem teraz, i wciąż muszę się gdzieś i kiedyś sytuować. „Gdzie?” i „kiedy?” to chyba częściej zadawane pytania niż „kto?”.
Żadną miarą
Czas zresztą od dawna nie służy do…