Jest w Ewangelii św. Jana opowieść o cudownym rozmnożeniu chleba, po którym ludzie postanawiają ogłosić Jezusa królem (por. J 6, 14–15). Można się oczywiście zastanawiać, czy była to właściwa reakcja na cud. Na pytanie to pośrednio odpowiedział sam Jezus, który wymknął się rozentuzjazmowanym tłumom, tak jakby chciał im dać do zrozumienia, że nie o to Mu chodziło, że Jego królestwo nie jest z tego świata… A zatem można chyba mówić w tej sytuacji o niewłaściwej reakcji słuchaczy na czyn Jezusa. Z drugiej strony jednak nie sposób w owym ludzkim entuzjazmie nie dostrzec owocu rozpoznania znaków mesjańskich. I choć − jak się już wkrótce miało okazać − było to „oświecenie” chwilowe tylko i bardzo powierzchowne, niemniej świadkowie cudu, patrząc na Jezusa, w tamtym momencie naprawdę (!) ujrzeli w Nim Proroka i Mesjasza.
Rzecz jasna, łatwo ich krytykować, dowodząc, że zapragnęli mieć króla, który gwarantowałby zaspokajanie ich życiowych potrzeb. Możliwe, że tego właśnie pragnęli, niemniej mogło być i tak, iż nie o chleb chodziło tu przede wszystkim, ale o świadomość, że oto pojawił się wśród nich drugi Mojżesz (który wyprowadził Izraela z Egiptu i nakarmił lud manną z nieba): ktoś niezwykły, komu trzeba okazać najwyższy szacunek i wdzięczność. Kogo należy obwołać królem!
Znak sprzeciwu?Ta scena z Ewangelii przypomina mi się, ilekroć czytam wpisy na forach internetowych i artykuły niektórych prawicowych publicystów, załamujących ręce z powodu fascynacji, jaką – w świecie mediów i wśród ludzi dalekich od Kościoła – budzi papież Franciszek. Zdaniem autorów tych tekstów…