Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Przez okulary ideologii

Trudno mi zgodzić się na interpretację rodzenia się katolicyzmu otwartego w kategoriach „zerwania”, „podwójnego odróżnienia”, „zdystansowania”. Ten język służy bowiem temu, by katolików otwartych dyskredytować, a nie, żeby ich postawę rzetelnie opisać.

Konstantyn zobaczył we śnie znak krzyża jaśniejący na niebie. Gdy zaś oszołomiony był na ten widok, zjawiwszy się przy nim aniołowie Boży, »O, Konstantynie – rzekli – w tym [znaku] zwyciężaj!«” (Hermiasz Sozomen, Historia Kościoła).

Wiadomo, co było dalej. Starożytni autorzy − Laktancjusz i Euzebiusz z Cezarei − podają, że cesarz umieścił monogram Chrystusa (greckie litery chi – ro) na sztandarach i przypisał Bożej pomocy swe zwycięstwo nad przeważającymi wojskami Maksencjusza przy moście Mulwijskim. Wizja Konstantyna, zawierając obietnicę zwycięstwa (również militarnego), przez całe stulecia traktowana była przez wielu chrześcijan niczym „dobra nowina”, pokrzepienie i znak nadziei dla Kościoła. Do tej wizji – pojętej jednak na sposób bardziej duchowy – odwołało się również środowisko krakowskiego „Tygodnika Powszechnego”, zakładając tuż po wojnie (w 1946 r.) miesięcznik, którego linię ideową określały takie oto słowa: „Z podłoża najautentyczniejszego i najpełniejszego katolicyzmu chcemy wywieść człowieka zdolnego dzisiejszej rzeczywistości podołać, napór jej wytrzymać i zwycięsko poddać ją sobie”. Najprawdopodobniej to właśnie ze względu na pamięć o cesarskim śnie sprzed szesnastu stuleci nowy periodyk nazwano…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wojna