Byłoby jednak błędem uchylać się przed stanięciem oko w oko z nową interpretacją początków chrześcijaństwa. Potrzeba otwartości, która unika sprowadzania wszystkiego do własnych kategorii – toleruje odmienność perspektywy. „Nie ma nic trudniejszego, ale też nic bardziej podstawowego i koniecznego niż myślenie wbrew sobie” – pisał Charles Pegues. Jeśli tego zabraknie, celem zabiegów polemicznych stanie się już tylko neutralizacja niepokojących kwestii.
Już wiem co wiem
Głębszej refleksji wymaga najpierw reguła badań historycznych, która zakazuje myślenia o przebiegu wydarzeń z perspektywy ich rezultatu końcowego: wyklucza przypisywanie postaci historycznej idei, które zrodziły się po jej śmierci. To sprawa zasadnicza. Trzeba zdecydować się czy to założenie ma sens i wtedy zaakceptować jego konsekwencje (przy całym ryzyku). Jeśli zaś nie ma sensu, należałoby to jakoś uzasadnić. W tej kwestii nie wszyscy autorzy kwietniowego numeru Znaku zajmują czytelne stanowisko.
Zawieszanie własnych przedzałożeń – chleb powszedni hermeneutycznego rzemiosła – to warunek konieczny rozumienia. Kiedy bowiem już wiemy jak jest, wtedy dalsze badanie staje się iluzją, utwierdzaniem się jedynie we wcześniej powziętym przekonaniu. Powiedzenie „Bóg pisał prosto po krzywych ścieżkach mego życia”, owa konstatacja ex post sensu wcześniejszych wydarzeń, bynajmniej nie jest prezentacją ich pierwotnego znaczenia. Jest nadaniem nowego sensu. Ex postbowiem dopowiada coś, czego…