21 stycznia 2001, Rzym. Podczas niedzielnej modlitwy ,,Anioł Pański” Papież ogłasza nazwiska nowo mianowanych purpuratów. Już po raz kolejny z rzędu godność ta omija Karla Lehmanna, od czternastu bez mała lat przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec. Nawet jeśli nowych kardynałów jest tym razem aż 37. Konsekwentnie pomijanie biskupa Moguncji nie tylko w Niemczech uchodzi za afront. Ale czyż od dwudziestu lat nie skupiają się na nim wszystkie spory niemieckiego Kościoła z Rzymem? Dlatego, kiedy tydzień później nazwisko Lehmanna niespodziewanie figuruje wśród siedmiu nominatów, ogłoszonych w ,,drugim rzucie”, sam zainteresowany wiadomość tę przyjmuje z niedowierzaniem. Jej oficjalne potwierdzenie wprawia natomiast na wpół zdechrystianizowane Niemcy w stan euforii. Uznanie i sympatia, jakimi cieszy się Karl Lehmann także wśród zlaicyzowanych rzesz Niemców, są bowiem nieporównywalne z tymi, które otaczają na przykład jego długoletniego adwersarza, kardynała Josepha Ratzingera. Nad Renem natychmiast pojawiają się pogłoski, że to wpływowi rodacy polskiego papieża skutecznie wstawili się za upokarzanym przez lata długoletnim przewodniczącym jednego z najbardziej znaczących Episkopatów świata. Przede wszystkim Alfons Nossol, niemieckojęzyczny arcybiskup Opola, cieszący się zaufaniem Papieża. Inni wymieniają profesora Władysława Bartoszewskiego. Jeszcze inni wskazują na Włochów – inteweniować miał ponoć watykański sekretarz stanu, kardynał Angelo Sodano. Plac biskupi w Moguncji. Wąskie uliczki, dwupiętrowe kamienice z czerwonego i żółtego piaskowca. Od strony średniowiecznej katedry dochodzi dźwięk bicia w dzwony. Tu żyje i pracuje kardynał Karl Lehmann. Stąd 71-letni…
Dr hab., historyk i politolog na Uniwersytecie Alberta Ludwika we Freiburgu (Niemcy).