Dżuba, obóz uchodźców z terenów Sudanu objętych wojną, listopad 2006 r. fot. Krzysztof Miller / Agencja Wyborcza.pl
z Davidem Millerem rozmawia Kacper Kowalczyk luty 2022

Czy granice mają moralne znaczenie?

Ważne są zarówno prawa migrantów, jak i kontrola granic. Nie mamy do czynienia ze stanem natury ani z bezlitosną walką o ochronę przywilejów mieszkańców Zachodu, ale z systemem, który da się moralnie uzasadnić obu stronom – i obywatelom danego kraju, i nowym przybyszom.

Artykuł z numeru

Uchodźców w dom przyjąć

Czytaj także

Iza Klementowska

Cztery drogi do Polski

z Konradem Pędziwiatrem rozmawia Dominika Kozłowska

Europa stanie się muzułmańska

Czy na początku mógłby Pan pokrótce wyjaśnić, jak wygląda obecnie polityka imigracyjna na świecie i jakie są główne stanowiska w kwestii imigracji?

Państwa rozwinięte uznają z reguły dwie ścieżki przyjmowania ludzi. Jedną dla migrantów ekonomicznych, a drugą dla uchodźców. W tym pierwszym zakresie prowadzą politykę migracyjną, tzn. wybierają imigrantów zależnie od swoich priorytetów. Niektóre kraje dokonują wyboru na podstawie umiejętności przybyszów, czasem za pomocą loterii, jednak zazwyczaj trzymają się pewnych wytycznych co do tego, kogo chcą przyciągnąć.

W tym drugim zakresie kraje rozwinięte przyjmują pewną odpowiedzialność za ludzi, którzy mogą wnosić o azyl, czyli za uchodźców. Jednocześnie podejmują kroki, żeby ograniczyć liczbę osób proszących o azyl bezpośrednio u nich. Zależy to w pewnym stopniu od położenia geograficznego. Niektóre państwa, jak np. Kanada, mogą sobie pozwolić na dobrze zorganizowany system azylowy i wybór, kogo chcą przesiedlić z obozów dla uchodźców. Geograficzne oddalenie Kanady sprawia, że nie ma tam problemu z bezpośrednio napływającymi ludźmi. Za to inne kraje, ponieważ mają stosunkowo łatwo dostępne granice lądowe czy morskie, są podatne na napływ większych liczb przybyszów i muszą wtedy ustalić zasady, jak się z nimi obchodzić.

Mówiłem o  praktyce politycznej, ale jeśli chodzi o teorię czy filozofię, toczy się debata między zwolennikami poglądu głoszącego, że granice powinny być zasadniczo otwarte, a tymi, którzy uważają, że pewne ograniczenia są uzasadnione. Często mamy do czynienia z karykaturalnie wyolbrzymionymi wersjami tych stanowisk, przy czym nawet ludzie wierzący w idee otwartych granic przyznają, że w  praktyce może zajść potrzeba ograniczenia przepływu ludzi, przynajmniej na krótką metę. A ci, którzy twierdzą, że państwa mają prawo do kontrolowania swoich granic, zazwyczaj uznają też obowiązek przyjęcia pewnego odsetka uchodźców. Jeśli więc bliżej się przyjrzeć tej debacie, to nie jest aż tak bardzo spolaryzowana, jak się to czasem może wydawać. Istnieje jednak rzeczywista różnica między rzecznikami interesów migrantów a osobami, które koncentrują się na interesach, jakie państwa i ich obywatele mają w tym, żeby ustalać, kto do nich dołączy: jacy to będą ludzie i jak wielu ich będzie.

Kiedy czytałem Pana prace na temat imigracji, zastanawiało mnie, co dokładnie może wnieść w te zagadnienia filozofia polityczna. Wydaje się, że kwestia imigracji często jest postrzegana w kategoriach prostej analizy ekonomicznych korzyści i strat.

Cóż, myślę, że filozofia polityczna może naświetlić różne aspekty tej sprawy. Z jednej strony pokazać perspektywę potencjalnych migrantów i rozważyć, czy istnieje coś takiego jak prawo człowieka do migracji. Filozofia może tutaj pomóc, przyglądając się ogólnie zjawisku praw człowieka, pytając, jak są one ugruntowane, a następnie oceniając, czy prawo do imigracji jest jednym z nich.

Z drugiej strony filozofia stawia też pytania o prawa terytorialne państw i  o  to, czy obejmują one kontrolę granic. Istnieje np. bardzo stara tradycja filozoficzna, sięgająca czasów starożytnych, mówiąca o świecie jako powszechnie posiadanym przez istoty ludzkie, ale też o  sposobach, w  jakie, mimo wszystko, poszczególne społeczności mogą uzyskać prawa do części globu. I wtedy nasuwa się pytanie: zakładając, że społeczności nabywają takie uprawnienia, to czy są one w jakiś sposób ograniczone? Czy osoby z zewnątrz mogą rościć sobie prawo do wjazdu: może na krótko, może do skorzystania z obecnie niezamieszkanych części kraju, a może nawet do tego, żeby przyjechać na stałe jako imigranci? Myślenie o kwestiach prawa własności i przynależenia terytorium pozwala lepiej zrozumieć, czy państwa mają prawo kontrolować napływ ludzi.

Jak Pan wspomniał, można twierdzić, że prawo do migracji jest prawem człowieka. W końcu możemy przemieszczać się po kraju, w którym żyjemy. Dlaczego nie mielibyśmy też mieć możliwości przekroczenia granicy naszego kraju, handlu z ludźmi po drugiej stronie, a może nawet pojechania tam na stałe?

Niektórzy ludzie tak argumentują. Czy jest to dobry argument, będzie oczywiście zależeć od tego, na jakiej podstawie oparte są prawa człowieka. Ja opowiadam się za ich zakorzenieniem w ludzkich potrzebach. A zatem postrzegam prawa człowieka – wzięte razem – jako zestaw zabezpieczeń, który pozwala ludziom na zaspokojenie – na ile to możliwe – wielu potrzeb, które mają. Dlatego prawa człowieka nie powinny wykraczać poza to, co jest konieczne dla zaspokojenia tychże potrzeb. Jednocześnie bardzo ważne jest spełnienie kryterium możliwego współistnienia, tak aby prawo przyznane jednej osobie nie naruszało równych praw innych ludzi.

Z tego punktu widzenia kwestie migracyjne prowokują do zadania dwóch pytań. Po pierwsze: czy szeroka swoboda przemieszczania się jest konieczna, aby zaspokoić nasze potrzeby? Po drugie: czy takie prawo nie będzie kolidowało z prawami innych ludzi?

Zgadzam się, że istnieje prawo do przemieszczania się, ale uważam, że obowiązuje ono w stopniu, jaki jest konieczny do zaspokojenia potrzeb, takich jak: zdobywanie środków na życie, korzystanie ze swobód politycznych, poznawanie innych ludzi, przebywanie w ich towarzystwie, poszukiwanie partnerów itd. W normalnych przypadkach wszystkie te potrzeby można zaspokoić dzięki możliwości przemieszczania się w granicach danego społeczeństwa. I tak ruch transgraniczny staje się, że tak powiem, rodzajem luksusu, który oczywiście dobrze mieć – wszyscy wszak doceniamy możliwość odwiedzenia innych miejsc – jednak sądzę, że nie da się go przedstawić jako czegoś niezbędnego do zaspokojenia ludzkich potrzeb.

A kiedy migracja koliduje według Pana z prawami innych ludzi? I o jakie prawa w tym przypadku chodzi?

Myślę o prawie do stowarzyszania się ze sobą i tworzenia wspólnot politycznych. A  w  ramach tych wspólnot konkretnie o prawie do samostanowienia, które – ogólnie rzecz biorąc – obejmuje możliwość decydowania, kto jeszcze dołączy do wspólnoty, a kto nie.

Jeśli my – ty i ja – stworzymy w jakimś celu klub, istnieje pewnego rodzaju domniemanie, że powinniśmy dać szansę innym ludziom, którzy chcą do nas dołączyć. Jeśli jednak ustalimy, że cele naszego klubu są takie a takie i że wymagają pewnego rodzaju zamknięcia, to mamy odpowiednie prawo samostanowienia.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Myślę, że dotyczy to również państw, ponieważ wszystkie plany, jakie można mieć w odniesieniu do danego terytorium – jak będzie zabezpieczone, jak będzie się rozwijało, jakie zmiany będzie można wprowadzać – nie będą mogły zostać zrealizowane bez pewnej kontroli nad tym, kto faktycznie, fizycznie zamieszkuje dane terytorium. Powiedzmy sobie np., że mamy zaplanować system transportu, system mieszkaniowy albo ochrony środowiska. Musimy mieć jakieś pojęcie o tym, ilu mniej więcej ludzi trzeba uwzględnić w swoich długoterminowych planach. Uważam zatem, że są pewne potrzeby związane z tworzeniem wspólnoty terytorialnej, które sprawiają, że niezbędna jest kontrola nad tym, kto może znaleźć się na jej terenie.

Czy mógłby Pan powiedzieć nieco więcej, dlaczego samostanowienie jest na tyle ważne, że może być podstawą do zamknięcia granic kraju i uniemożliwienia przyjazdu innym ludziom? Można przecież pomyśleć, że nie ma ono większej wartości, skoro nawet oddawanie głosu w wyborach przez mieszkańca państwa demokratycznego może nie mieć żadnego przełożenia na działania polityków albo ma nikłe na wybór kandydata?

Trudno jest to wyrazić – to kontrowersyjna kwestia. I może być tak, że w tej konkretnej sprawie ludzie będą mieli różne intuicje.

Kiedy należymy do różnych grup i identyfikujemy się jako ich członkowie, to naprawdę ma dla nas znaczenie, czy nasza grupa może sama o sobie stanowić, nawet jeśli – jak słusznie Pan powiedział – jako jednostki mamy małe szanse na rzeczywisty wpływ, powiedzmy: przez głosowanie. Chodzi tu o wrażenie kontroli nad naszym losem i uczestnictwa we wspólnocie, która daje poczucie bezpieczeństwa i sprawczości. Oczywiście to dążenie podlega pewnego rodzaju ograniczeniom: nie możemy korzystać z tych uprawnień ze szkodą dla innych ludzi. Musimy też szanować prawa innych do równoważnych form samostanowienia.

Wydaje mi się, że wielu ludzi myśli podobnie. Wyobraźmy sobie np., że Szwecja decyduje się zaanektować Polskę i że Polską będą teraz rządzili Szwedzi, którzy – jak wszyscy wiedzą – są bardzo odpowiedzialnymi i rozważnymi ludźmi. Mimo to sądzę, że Pana rodacy czuliby się w  takiej sytuacji upokorzeni i pokrzywdzeni, bo oddanie władzy innej nacji sugeruje, że jest w samych nich jakaś niedoskonałość lub ułomność.

Innymi słowy, uważam, że nie można sprowadzić pragnienia do samostanowienia tylko do tego, żeby jako jednostka miało się bezpośredni wpływ na obecne i przyszłe decyzje wspólnoty. Istnieje również rodzaj kolektywnej sprawczości, który jest moim zdaniem ważny dla ludzi. Ale wiem, że jeśli ktoś nie dzieli tego odczucia, to bardzo trudno jest takiej osobie udowodnić, że powinna je mieć. Albo się takie wewnętrzne przekonanie ma, albo nie.

Wspomniał Pan, że samostanowiąca grupa nie może robić wszystkiego, czego chce, wobec innych ludzi, że są pewne ograniczenia. W praktyce kontrole imigracyjne wiążą się z dużą ilością przymusu i przemocy: ludzie mogą ucierpieć, próbując przekroczyć granicę, mogą być deportowani siłą. Czy samostanowienie jest na tyle ważne, że mimo to kontrole imigracyjne wciąż są dopuszczalne?

Myślę, że wykorzystanie środków przymusu zależy w dużej mierze od zachowania potencjalnych migrantów. Jeśli są w stanie dostosować się do reguł imigracyjnych danego kraju i jeśli będą potrafili pogodzić się z odmowną decyzją, to nie ma potrzeby stosowania przymusu.

Jednym z  problemów obecnego systemu kontroli granic jest to, że trudno sprawiedliwie wdrożyć w życie reguły dotyczące wstępu. Wiąże się to ze sporą złożonością prawa, przez co często ludzie są długo pozostawieni w sytuacji zawieszenia.

Najtrudniejsze są przypadki tych ludzi, którzy migrują w sytuacji bezpośredniej konieczności, którzy rzeczywiście uciekają z  miejsc, gdzie narażeni są na przemoc. Myślę, że przysługuje im prawo wyższej konieczności, które pozwala na naruszenie reguł imigracyjnych. A więc użycie przez państwo środków przymusu, aby uniemożliwić im przyjazd, byłoby niesprawiedliwością.

Trudność polega na oddzieleniu takich przypadków, które polegają rzeczywiście na działaniu w stanie wyższej konieczności, od przypadków, gdzie ludzie z małą szansą na legalny wjazd do danego kraju decydują się na bezpośrednie działanie i fizyczne przekroczenie granicy.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer