Ciągle się jeszcze nie przyzwyczaiłam, że ciężkie drzwi z ciemnego drewna, wepchnięte w wąską fasadę między kebabem a biurem podróży, były teraz moimi drzwiami; tymi, których będę wypatrywać słotnymi wieczorami, wracając z zajęć objuczona zakupami na kolejny tydzień. Na razie nie minął nawet miesiąc, odkąd tu zamieszkałam. Podobnie jak ja, jesień ledwo wprowadziła się do Krakowa i usiłowała się zadomowić, zawieszając w powietrzu pierwszą nieśmiałą mgłę, tak jak ja zawiesiłam ostatnio pierwsze plakaty i pocztówki na ścianie bezosobowego pokoju.
Wciąż czuję się tu nowa – wypadł mi z głowy nawet kod dostępu do klatki, przez co od paru minut stałam przed wejściem. Chociaż wprowadzając się, dostałam pełen zestaw kluczy, jeden z nich mogłam najwyżej traktować jak breloczek. Pół roku temu na stałe zablokowano dziurkę od klucza przy głównych drzwiach, teraz zamykały się same. Staromodny domofon śpiewał wysokimi tonami, gdy raz po raz wpisywałam złe kombinacje. Zirytowana, oparłam się o klamkę i pchnęłam drzwi, chcąc wyładować frustrację. A one się otwarły.
Weszłam do pokrytej zgniłozielonymi płytkami klatki schodowej. Było o parę stopni zimniej niż na zewnątrz. Było też o wiele ciemniej: tym bardziej że lampa w korytarzu zapaliła się, gdy przekroczyłam próg, a po chwili zgasła i musiałam na nowo przywyknąć do ciemności. Nie rozumiem, po co teraz montuje się lampy na czujniki ruchu, skoro w większości przypadków ledwie ten ruch wyłapują. Przystanęłam na chwilę, chcąc się upewnić, że automat do zamykania tym razem zadziała. Powiedzieć, że drzwi się zamykały, byłoby przesadą: one milimetr po milimetrze zmniejszały swój kąt rozchylenia. W końcu nie wytrzymałam i spróbowałam je zatrzasnąć. Nie było na to szans, napotkałam opór. Automat nalegał, że zrobi to sam.
Świetnie. Gdyby była noc i gdyby ktoś mnie gonił, nie uratowałabym się, pomyślałam odruchowo.
Nie trzymałam się tej myśli: postanowiłam po prostu, że zawsze będę czekać na dźwięk zamykanego zamka, zanim ruszę dalej. Ciężkie drzwi spotkały się w końcu z framugą i usłyszałam szczęk metalu, gdy porządnie się zatrzasnęły.
Ruszyłam pod górę setką kamiennych stopni, ciasno owiniętych wokół ciemnej klatki schodowej. Światła mignęły na moment gdzieś w połowie schodów i zgasły; zmrużyłam oczy, żeby oswoić się z ciemnością, i szłam prawie na oślep. Zadyszkę złapałam już po pierwszej kondygnacji, powietrze z każdym krokiem robiło się cieplejsze. Zaczęłam się pocić. Dziwne, do tej pory pokonanie trzech pięter mieściło się w granicach moich możliwości.
W sumie… Jadłam coś dzisiaj? Kiedy to było? Może dlatego tak się męczę.
Wspinałam się na drugie piętro i tym razem światło towarzyszyło mi całą drogę. Moje sapanie odbijało się od…