Joshua Rothman styczeń 2020

Nie urodzić się wcale

Antynatalistyczny filozof David Benatar przekonuje, że byłoby lepiej, gdyby już nikt nigdy nie miał dzieci.

Artykuł z numeru

Jedzenie przyszłości

Jedzenie przyszłości

David Benatar może być najbardziej pesymistycznym filozofem świata. Jako antynatalista wierzy, iż życie jest tak złe, tak bolesne, że przez wzgląd na współczucie ludzkość powinna zaprzestać prokreacji. „Podczas gdy dobrzy ludzie zadają sobie wiele trudu, by oszczędzić cierpienia swoim dzieciom, nieliczni zdają się zauważać, że jedynym prawdziwie niezawodnym sposobem zapobiegnięcia mu jest niesprowadzanie dzieci na świat w ogóle”, jak pisze w wydanej w 2006 r. książce Better Never to Have Been. The Harm of Coming Into Existence (Lepiej byłoby nie musieć żyć. Ból wywołany powołaniem do istnienia). Z punktu widzenia Benatara rozmnażanie się jest ze swej istoty okrutne i nieodpowiedzialne – nie tylko dlatego, że każdemu może przypaść w udziale okrutny los, lecz przede wszystkim z tej przyczyny, że „przesiąknięte złem” jest życie samo w sobie. Mając wzgląd na to, Benatar sądzi, że świat byłby lepszym miejscem, gdyby całkowicie zniknęło życie, wraz z wszelkim odczuwaniem.

Jak na pracę akademicką, Better Never to Have Been spotkało się z zadziwiająco szerokim odbiorem. Ocena książki na portalu GoodReads wynosi 3,9 gwiazdki na 5 możliwych, a jeden z recenzentów nazywa ją „obowiązkową lekturą dla każdego, kto sądzi, że prokreacja jest usprawiedliwiona”. Parę lat temu Nic Pizzolatto, scenarzysta serialu Detektyw (True Detective), przeczytał pracę Benatara i uczynił Rusta Cohle’a, postać graną przez Matthew McConaugheya, nihilistycznym antynatalistą. (Jak mówi Cohle, „Myślę, że ludzka świadomość jest tragiczną pomyłką ewolucji”). Gdy Pizzolatto wspomniał mediom o książce, Benatar, który postrzega swoje poglądy jako rozważniejsze i bardziej ludzkie od tych prezentowanych przez Cohle’a, musiał wyjść spoza strefy samotniczego komfortu, by objaśnić w wywiadach własne stanowisko. W 2017 r. opublikował pracę The Human Predicament. A Candid Guide to Life’s Biggest Questions (Kłopotliwe położenie człowieka. Szczery przewodnik po najważniejszych pytaniach życia), stanowiącą udoskonalenie, rozwinięcie i kontekstualizację jego antynatalistycznego myślenia. Rozpoczyna ją mottem z Czterech kwartetów T.S. Eliota – „Ludzkość nie może znieść zbyt wielkiej dawki rzeczywistości” – i obiecuje dalej dostarczyć „ponurych” odpowiedzi na pytania, takie jak „Czy nasze życie ma sens?” bądź „Czy byłoby lepiej, gdybyśmy mogli żyć wiecznie?”.

Benatar urodził się w RPA w 1966 r. Jest kierownikiem Wydziału Filozoficznego na uniwersytecie w Cape Town, gdzie również kieruje uniwersyteckim Centrum Bioetyki, stworzonym przez jego ojca Solomona Benatara, eksperta w dziedzinie światowego zdrowia. (Benatar zadedykował Better Never…: „moim rodzicom, nawet jeśli sprowadzili mnie na ten świat”). Poza nagimi faktami niewiele informacji o Davidzie Benatarze jest dostępnych w sieci. Nie znajdzie się o nim nic w Internecie; filmy na YouTube, będące nagraniami wideo jego wykładów, zawierają tylko pokaz slajdów. Jeden z tych filmów, zatytułowany What Does David Benatar Look Like? (Jak wygląda David Benatar?), stale powiększa nieostre zdjęcie, wykonane z drugiego końca sali wykładowej, aż do momentu pojawienia się strzałki opatrzonej napisem „David Benatar”, wskazującej na abstrakcyjną, rozpikselowaną głowę mężczyzny w baseballowej czapce.

Po lekturze The Human Predicament napisałem do Benatara z prośbą o spotkanie. Chętnie na nie przystał, potem jednak, po lekturze paru moich poprzednich artykułów, przesłał kolejną wiadomość. „Jak widzę, poza pytaniami o pracę dąży Pan w wywiadach do psychologicznego sportretowania osoby, z którą przeprowadza wywiad”. Po czym pisał dalej: „Musi Pan wiedzieć, że jestem osobą bardzo ceniącą prywatność, która byłaby przerażona, gdyby napisano o niej tak szczegółowo, jak to widziałem w pozostałych wywiadach. Odmówiłbym więc odpowiedzi na pytania, które uznałbym za zbyt osobiste. (Podobnie niekomfortowo czułbym się z użyciem mojego zdjęcia). Rozumiem w pełni, jeśli nie chciałby Pan rozmawiać ze mną pod tymi warunkami. Jeśli jednak nadal ma Pan ochotę przeprowadzić wywiad, który szanowałby ten aspekt mojej osobowości, będę zachwycony”.

Bez wątpienia Benatar z natury ceni sobie prywatność. Ale ta anonimowość jest celowa: powstrzymuje czytelników przed psychologizowaniem dotyczącym jego prac, tłumaczeniem wyrażonych tam poglądów depresją, traumą czy jakąś stroną osobowości autora.

Benatar pragnie, by konfrontować się bezpośrednio z wysuwanymi przez niego argumentami. „Czasem ludzie pytają, czy mam dzieci”, powiedział mi później. (Mówi spokojnie, stałym rytmem, z południowoafrykańskim akcentem). „Odpowiedziałem, że nie widzę związku. Jeśli mam dzieci, jestem hipokrytą – ale to nie powoduje, że moje argumenty przestaną być słuszne”. Gdy wyznał mi, że posiadał antynatalistyczne poglądy we „wczesnej młodości”, spytałem o to, jak wczesnej. „Jako dziecko”, stwierdził po chwili. Uśmiechnął się, wyraźnie czując się niekomfortowo. To był dokładnie ten typ osobistych pytań, na które wolał nie odpowiadać.

Spotkałem się z Benatarem przy World Trade Center, gdzie „The New Yorker” ma swoje biura. Jest drobny i szczupły, o delikatnej twarzy, ubrany starannie, w spodniach i lawendowym swetrze; rozpoznałem go po baseballowej czapce. Na 64. piętrze budynku zapadliśmy się w miękkie fotele, ustawione niedaleko okien z panoramą na Manhattan: rzeka Hudson po lewej, East River po prawej, na środku oddalone drapacze chmur.

Przedstawiciele nauk społecznych często proszą ludzi o oszacowanie ich poziomu szczęścia. W typowym badaniu ankietowani muszą ocenić własne życie w skali od 1 („najgorsze dla ciebie możliwe życie”) do 10 („najlepsze dla ciebie możliwe życie”); według World Happiness Report (Światowego Raportu Szczęścia) z 2017 r. średnia ocen przepytanych pomiędzy 2014 a 2016 r. Amerykanów wyniosła 6,99 – mniej niż w przypadku Kanadyjczyków (7,32), a więcej od obywateli Sudanu (4,14). Pytanie w innej ankiecie brzmi: „Biorąc wszystko pod uwagę, powiedział(a)byś, że jesteś: I. Zdecydowanie szczęśliwy/a, II. Raczej szczęśliwy/a, III. Niezbyt szczęśliwy/a, IV. Zdecydowanie nieszczęśliwy/a?”. W ostatnich latach w krajach takich jak Indie, Rosja czy Zimbabwe dokonywano coraz pozytywniejszej oceny. W 1998 r. 93% Amerykanów uznało siebie za zdecydowanie lub raczej szczęśliwych. Do 2014 r., już po kryzysie gospodarczym, liczba ta spadła, ale tylko nieznacznie, do 91%.

Krótko mówiąc, ludzie uważają, że życie jest dobre. Benatar sądzi, że są w błędzie. „Jakość życia człowieka, w przeciwieństwie do tego, co wielu myśli, jest w istocie zatrważająca” – pisze w The Human Predicament. Podaje stale powiększającą się listę nieszczęść, stworzoną, by udowodnić, że nawet życie szczęśliwych ludzi jest gorsze, niż sądzą. Jesteśmy prawie zawsze głodni lub spragnieni, twierdzi; jeśli nie jesteśmy, musimy iść do łazienki. Często doświadczamy „termicznego dyskomfortu” – jest nam za ciepło lub za zimno – albo jesteśmy zmęczeni i nie możemy zasnąć. Stale coś nas swędzi, cierpimy na alergie, przeziębienia, bóle menstruacyjne i uderzenia gorąca. Życie to proces „frustracji i irytacji” – czekania w korkach i kolejkach, papierkowej roboty. Zmuszeni do pracy, postrzegamy ją często jako wyczerpującą; nawet „ci, których cieszy praca, mogą posiadać zawodowe cele, które nie zostaną osiągnięte”. Wiele samotnych osób pozostaje singlami, podczas gdy pary w małżeństwie kłócą się i rozchodzą. „Ludzie chcą być młodsi, tak się czuć i wyglądać, a mimo to starzeją się nieubłaganie”: „Żywią wielkie nadzieje w związku z dzieckiem, które okazują się płonne, gdy np. potomek okazuje się w ten czy inny sposób rozczarowaniem. Gdy cierpią nasi bliscy, my cierpimy na sam ich widok. Gdy umierają, czujemy się osamotnieni”.

Odruchową odpowiedzią na podobne stwierdzenia jest pytanie – skoro życie jest tak złe, dlaczego się nie zabijesz? Benatar oferuje długi na 43 strony rozdział, w którym dowodzi, że śmierć tylko pogarsza sytuację. „Życie jest złe, ale taka też jest śmierć” – wnioskuje. – „Oczywiście życie nie jest złe w każdym aspekcie. Również i śmierć nie jest zawsze zła. Niemniej, i życie, i śmierć są okropne w kluczowych względach. Wspólnie tworzą egzystencjalne imadło – nieszczęsny uścisk, który narzuca nam to trudne położenie”. Jak argumentuje, lepiej w ogóle nie stawiać siebie w takiej sytuacji. Ludzie pytają czasem siebie, czy życie jest warte przeżycia. Benatar sądzi, że słuszniej byłoby postawić pomocnicze pytania: Czy warto kontynuować życie? (Tak, ponieważ śmierć jest zła). Czy warto rozpoczynać życie? (Nie).

Benatarowi daleko do bycia jedynym antynatalistą. Książki, takie jak Every Cradle Is a Grave (Każda kołyska jest grobem) Sary Perry czy Spisek przeciwko ludzkiej rasie Thomasa Ligottiego również znalazły czytelników. Jest wielu „mizantropicznych antynatalistów”: np. Voluntary Human Extinction Movement (Ruch na rzecz Dobrowolnego Wymarcia Ludzkości) ma tysiące członków sądzących, że ze względów ekologicznych ludzie powinni przestać istnieć. Dla mizantropicznych antynatalistów problem nie leży w życiu, ale w nas samych. Benatar, dla kontrastu, jest „współczującym antynatalistą”. Jego myślenie idzie podobnymi torami jak u filozofa Thomasa Metzingera, który zajmuje się świadomością i sztuczną inteligencją; Metzinger popiera cyfrowy antynatalizm, argumentując, że byłoby moralnie złe stworzenie programów sztucznej inteligencji, ponieważ zwiększałoby to pulę cierpienia w świecie.

Jak bokser, który ćwiczy odparowywanie ciosów, Benatar przewidział możliwe głosy krytyczne. Wielu ludzi sugeruje, że najlepsze życiowe doświadczenia – miłość, piękno, olśnienia itp. – wynagradzają złe chwile. Na to Benatar odpowiada, że ból jest bardziej zły, niż dobra jest przyjemność. Jak stwierdził, ból trwa dłużej: „Istnieje coś takiego jak chroniczny ból, ale nie istnieje chroniczna przyjemność”. Jest też silniejszy: czy zniósłbyś pięć minut najgorszego do wyobrażenia bólu w zamian za pięć minut największej przyjemności? Co więcej, w pewnym abstrakcyjnym sensie utrata szansy na dobre doświadczenia nie jest tak zła jak posiadanie złych doświadczeń. „Dla kogoś istniejącego obecność zła jest zła, a obecność dobra jest dobra”, tłumaczy Benatar. – „Ale porównaj to z sytuacją, w której ten ktoś nigdy nie istniał – wtedy nieobecność zła byłaby dobra, podczas gdy nieobecność dobra nie byłaby zła, ponieważ nie byłoby nikogo, kto zostałby pozbawiony dobra”. Ta asymetria nie przemawia na korzyść istnienia, ponieważ poddaje myśl, że wszelkie nieprzyjemności i wszelka niedola, i wszelkie cierpienie mogłyby się skończyć bez żadnej realnej ceny”.

Niektórzy ludzie argumentują, że mówienie o bólu i przyjemności pomija meritum: nawet jeśli życie nie jest dobre, wciąż ma sens. Benatar odpowiada na to, że ludzkie życie jest bezsensowne w wymiarze kosmicznym: żyjemy w obojętnym wszechświecie, może nawet wszechświatach, będących obiektem ślepych i pozbawionych celu sił natury. Wobec braku kosmicznego sensu pozostaje tylko ten „przyziemny” – i, jak pisze, jest „coś okrężnego w argumentowaniu, że cel ludzkiego istnienia stanowi, że jednostkowi ludzie mogą pomagać sobie wzajemnie”. Benatar odrzuca także argument, że trudy i cierpienia same w sobie mogą wprowadzać sens życia. „Nie wierzę, że cierpienie nadaje sens”– wyznaje. – „Myślę, że ludzie próbują nadać znaczenie cierpieniu, bo w przeciwnym razie byłoby ono wyraźnie nieuzasadnione i nie do zniesienia”. To prawda, przyznaje, że „Nelson Mandela nadawał sens życiu poprzez swój stosunek do cierpienia – ale nie po to, by bronić warunków, w których żył”.

Zapytałem Benatara, czemu właściwą reakcją na jego argumentację nie mogłaby być walka o uczynienie świata lepszym miejscem. Odparł, że możliwość takiego ulepszenia w przyszłości nie usprawiedliwia obecnego cierpienia ludzi; w każdym razie fundamentalna zmiana świata jest niemożliwa. „To się nie wydarzy. Nie odrobiliśmy żadnej lekcji. Naprawdę ani jednej. Może odrobi ją jakaś niezwykła jednostka, ale wciąż zostaje całe to szaleństwo wokół ciebie” – stwierdza. – „Możesz powiedzieć »Na litość boską! Czy nie widzicie, że popełniacie te same błędy z przeszłości? Czy nie możemy zrobić tego inaczej?«. Ale to się nie zdarza”. Ostatecznie „nieprzyjemności i cierpienia są zbyt głęboko wpisane w strukturę czującej istoty, by mogły zostać wyeliminowane”. Jego głos staje się bardziej gwałtowny, oczy błyszczą. „Żąda się od nas akceptacji nieakceptowalnego. To nie do przyjęcia, że ludzie i inne istnienia muszą przechodzić przez to, co przechodzą, i nie możemy z tym nic zrobić”. Podczas zwykłej rozmowy przebąknąłbym coś pocieszającego. W tym przypadku nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

Benatar wybrał na lunch wegańską restaurację, stamtąd wyruszyliśmy na spacer wzdłuż rzeki Hudson. Na końcu Vesey Street minęliśmy Irish Hunger Memorial, ćwierć akra ziemi sprowadzonej z Irlandii, by upamiętnić miliony, które zginęły tam w czasie wielkiego głodu. Zgodnie z sugestią Benatara spędziliśmy kilka minut, odkrywając i odczytując historyczne cytaty, rozmieszczone przy ścieżce. Głód trwał siedem lat; pamiętając o tym, jeden człowiek napisał: „Pozostaje w mojej pamięci jako jedna długa noc smutku”.

Jest ciepły dzień. W Battery Park mamy wraz z małymi dziećmi urządzają pikniki na trawie. Grupa kolegów z pracy gra w tenisa stołowego. Pary spacerują doliną, trzymając się za ręce. Na ścieżce ludzie uprawiają jogging – mężczyźni z muskularnymi klatami, bez koszulek, kobiety w stylowych strojach do ćwiczeń.

„Czy odczuwasz czasem rozdźwięk między swoimi przekonaniami a otoczeniem?”, spytałem. „Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy dobrze się bawią, nie zaprzeczam, że życie ma swoje plusy”, odpowiedział ze śmiechem. Zerkając w jego stronę, widzę, że zdjął sweter i został w samej koszuli. Czapka zdawała się nienaruszona. Dotarliśmy do miejsca, gdzie osiem tygodni później 29-letni mężczyzna w vanie zabił osiem osób, a zranił jedenaście.

Tak jak wszyscy jego czytelnicy Benatar postrzega swoje poglądy jako budzące niepokój; ma ambiwalentny stosunek do dzielenia się nimi. Nie wszedłby do kościoła, nie stanął na ambonie i nie ogłosił, że Bóg nie istnieje.

Podobnie nie rozsmakował się w roli ambasadora antynatalizmu. Życie, jak mówi, jest już wystarczająco nieprzyjemne. Uspokaja samego siebie myślą, że skoro jego książki są filozoficzne i akademickie, będą czytane tylko przez tych, którzy ich szukali. Odzywają się czytelnicy wdzięczni za wyrażenie ich sekretnych myśli. Ojciec kilkorga dzieci przeczytał Better Never to Have Been, by potem powiedzieć Benatarowi, że posiadanie ich było koszmarnym błędem; ludzie cierpiący na straszne psychiczne i fizyczne schorzenia piszą, że woleliby nigdy nie istnieć. „Historie takie jak tych ludzi napełniają mnie smutkiem” – mówi łagodnie. – „Mają prawidłowy ogląd rzeczywistości i płacą za to”. Spytałem Benatara, czy kiedykolwiek uznał swoje myśli za przytłaczające. Uśmiechnął się niepewnie – zadałem kolejne osobiste pytanie – i odpowiedział: „Pisanie pomaga”.

Nie jest w stanie sobie wyobrazić, by antynatalizm mógł kiedykolwiek być szeroko przyjęty: „Idzie w poprzek zbyt wielu biologicznych popędów”. Nadal jednak pozostaje dla niego źródłem nadziei. „Obłęd świata jako całości – co ja lub ty możemy z tym zrobić?”, zapytał, gdy spacerowaliśmy. „Ale każda para, każda osoba może zadecydować, by nie mieć dziecka. Istnieje ogromna doza cierpienia, której uniknięto, a to składa się na dobro”. Kiedy znajomi mają dzieci, musi uważać na to, co mówi. „Jestem rozdarty”, stwierdził. Posiadanie dziecka jest „totalnie okropne, całe to położenie, w jakim się znajdzie”; jednak „optymizm czyni życie bardziej znośnym”. Parę lat temu, gdy znajoma filozofka powiedziała mu, że jest w ciąży, jego odpowiedź była powściągliwa. Daj spokój – nalegała – powinieneś się cieszyć moim szczęściem. Benatar przemyślał chwilę sprawę, po czym odrzekł: „Cieszę się – twoim”.

Podczas lunchu siedzieliśmy tuż obok małej dziewczynki i jej mamy. Ubrana w sukienkę dziewczynka, ok. ośmioletnia, trzymała książkę. „Czy chcesz je zabrać do domu?”, spytała mama, wskazując na pozostawione frytki.

„Tak!”, odpowiedziała dziewczynka.

Choć rozmowa z Benatarem toczyła się dalej, trudno było mi rozmawiać o antynatalizmie, siedząc obok matki z córką. Spędziliśmy więc większość lunchu na przyjaznej dyskusji o naszych nawykach pracy. Na ulicy uścisnęliśmy sobie dłonie. „Pokręcę się jeszcze trochę” – powiedział. Przed odlotem planował spacer po West Village. Ja poszedłem w kierunku południowym i, niedaleko World Trade Center, zszedłem do Oculusa, olbrzymiego nagrobnego dworca i pasażu zarazem, który zastąpił poprzedni, zniszczony w czasie zamachów 11 września. Z wysoko osadzonym, przypominającym kręgosłup sklepieniem stanowi po części szkielet, po części katedrę. Stojąc w windzie, widziałem, jak kobieta siłowała się z płaszczem, próbując włożyć rękę do drugiego rękawa. Biznesmen przy kości, ze słuchawkami w uszach, przeszedł obok, trącając mnie aktówką. Gdy dotarł na dół, przytrzymał kobiecie płaszcz, a jej udało się go włożyć.

Tłumaczył Marek Maraszek

Joshua Rothman, The New Yorker © Condé Nast, 2017

Kup numer