fot. Ricardo Ceppi/Getty
Alicja Fijałkowska listopad 2019

Pakt z diabłem, czyli rzecz o „Operacji Kondor”

W 1992 r. na jednym z paragwajskich posterunków znaleziono dokumenty dotyczące „Operacji Kondor”, nazwane później „archiwami terroru”. Wyłaniają się z nich listy 50 tys. zamordowanych, 30 tys. zaginionych i 400 tys. aresztowanych, jednak mówi się, że ofiar mogło być znacznie więcej.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Kiedy przed wyborami prezydenckimi w Chile w 1970 r. sondaże zdecydowanie wskazywały jako lidera kandydata socjalistów Salvadora Allende, Henry Kissinger, doradca ds. bezpieczeństwa ówczesnego prezydenta USA Richarda Nixona, powiedział: „Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy stać z boku i przyglądać się, jak kraj staje się komunistyczny przez nieodpowiedzialność jego obywateli. Sprawa jest dalece zbyt istotna, by pozwolić chilijskim wyborcom decydować o sobie”. Uważnych obserwatorów zimnowojennej sceny politycznej w Ameryce Łacińskiej nie dziwiło zatem, że po wygranych przez Allendego wyborach Waszyngton podejmował kolejne kroki w celu destabilizacji chilijskiej gospodarki, licząc, że w ten sposób doprowadzi prezydenta do ustąpienia z urzędu. Minęły jednak trzy lata, a jedynym efektem izolowania Chile było jego szybsze zbliżanie się do Kuby i bloku socjalistycznego. Wówczas Amerykanie postanowili zmienić strategię, wspierając przeprowadzony we wrześniu 1973 r. pucz wojskowy pod dowództwem gen. Augusto Pinocheta. W ciągu tygodnia od zamachu stanu kraj zmienił się nie do poznania. Parlament rozwiązano, ze zbombardowanego pałacu prezydenckiego zostały ruiny, walki pochłonęły życie kilkunastu tysięcy cywili, a ponad 100 tys. kolejnych zostało aresztowanych i osadzonych w tworzonych naprędce licznych obozach koncentracyjnych. Nawet największym sceptykom nie śniło się jednak wówczas, że wszystkie te wydarzenia miały stanowić jedynie preludium do najmroczniejszej karty w historii całego regionu.

Pinochet, Bóg i DINA

Zaledwie dwa miesiące po puczu Pinochet powołał Narodową Dyrekcję Wywiadu (Dirección Nacional de Inteligencia, DINA), której głównym zadaniem były wykrywanie i likwidacja lewicowej opozycji w kraju. O sile tej organizacji najlepiej świadczą słowa jednego z informatorów amerykańskiego Departamentu Obrony, który napisał w raporcie, że w Chile w tamtym czasie były trzy źródła władzy: „Pinochet, Bóg i DINA”. Brutalne metody stosowane przez wywiad szybko okazały się bardzo skuteczne w kraju, jednakże wciąż problematyczne było ściganie wywrotowców, którym udało się zbiec za granicę. Junta wojskowa uważała, że nawet poza państwem są oni niezwykle niebezpieczni, jako że nie tylko mogą kontaktować się z sojusznikami przebywającymi w Chile, ale też organizować zewnętrzne wsparcie. Powoli rodził się zatem plan regionalnej współpracy, która pozwoliłaby na wymianę informacji i aresztowanie wrogów rządu, gdziekolwiek ci by się schronili.

W listopadzie 1975 r. w Santiago de Chile odbyło się spotkanie przywódców tajnych policji krajów Ameryki Płd., w czasie którego nawiązano współpracę pod kryptonimem „Operacja Kondor”. Oficjalnym jej celem było wyeliminowanie zagrożenia komunistycznego w regionie. W praktyce jednak stworzono system represji, który objął swoim działaniem ruchy opozycyjne wobec pozostających u władzy dyktatorów. W operację w różnym stopniu zaangażowane były niemal wszystkie państwa kontynentu. Najbardziej aktywnie działały: Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Paragwaj i Urugwaj, ale wywiadowczo kraje te wspierane były także przez Kolumbię, Peru, USA i Wenezuelę, a według niektórych źródeł również Ekwador. Całość operacji podzielono na kilka poziomów. Faza I polegała na współpracy wywiadowczej i wymianie informacji między CIA i tajnymi służbami w krajach latynoamerykańskich. Faza II dotyczyła współpracy transgranicznej, obejmującej aresztowania i transfer więźniów między krajami. Pozwalała skutecznie lokalizować podejrzanych po ich ucieczce z kraju, a następnie osadzać ich w tajnych więzieniach. Często członków jednej grupy wywożono do różnych państw, by uniemożliwić im współpracę przy ucieczce. Faza III była najbardziej brutalna, ponieważ obejmowała fizyczną likwidację podejrzanych. Na początku dotyczyło to osób znanych opinii publicznej bądź na tyle wpływowych i z rozległymi kontaktami, że mogły zagrozić stabilności dyktatur. Z czasem jednak dokonywano zabójstw i egzekucji niezależnie od pozycji więźniów.

Tworzone w ramach „Operacji Kondor” szwadrony śmierci z reguły najpierw torturowały zatrzymanych, a następnie mordowały ich w sposób, który uniemożliwiał znalezienie czy rozpoznanie ciał.

Tak wydłużała się lista zaginionych (hiszp. desaparecidos), którzy nigdy nie mieli zostać odnalezieni.

Efektywna współpraca była możliwa dzięki hojnemu wsparciu ze strony CIA, która wyposażyła tajne policje w nieoznakowane samochody czy niezarejestrowane samoloty, a także w najbardziej zaawansowane technologicznie komputery i systemy łączności. To sprawiło, że służby bezpieczeństwa miały możliwość przechowywania tysięcy zdjęć, mikrofilmów, raportów, portretów psychologicznych, a nawet danych rodzin, przyjaciół i współpracowników osób podejrzewanych o działalność opozycyjną. Co więcej, mogły także niemal natychmiast przekazywać sobie zebrane informacje i koordynować wspólne akcje. Najważniejszymi punktami na mapie „Operacji Kondor” były Chile i Panama. Ten pierwszy kraj z uwagi na fakt, że nad całością działań czuwała DINA (przemianowana w 1977 r. na Narodowe Centrum Informacji) i to właśnie ona była też łącznikiem między CIA a pozostałymi tajnymi służbami w państwach latynoamerykańskich. W Panamie natomiast mieściła się centrala systemu komunikacji oraz tzw. Szkoła Ameryk – instytucja powołana przez Pentagon, mająca w założeniu kształcić latynoamerykańskie armie w najnowszych technikach militarnych, a w praktyce szkoląca wojskowych dowódców w procedurach tortur i przeprowadzania zamachów stanu. Stałym elementem programu zajęć stała się nauka użycia elektrowstrząsów, narkotyków, hipnozy, zadawania bólu, a także sposobów popełniania morderstw, zastraszania zatrzymanych i ich bliskich czy też manipulacji, propagandy i dezinformacji. Wszystko to było konieczne nie tylko do skutecznego likwidowania opozycji, ale też do fabrykowania dowodów i przekonywania opinii publicznej, że zbrodnie „Operacji Kondor” popełnione zostały przez lewicowych działaczy.

Kolejnym kluczowym państwem w antykomunistycznym sojuszu była Argentyna. W czasie spotkania w Santiago prezydentem kraju była Isabel Perón, trzecia żona legendarnego Juana Domingo. Przejęła władzę w kraju niespodziewanie po śmierci męża w bardzo trudnym momencie kryzysu gospodarczego i wewnętrznych napięć. Niestety, nie tylko nie udało jej się załagodzić sporów, ale wręcz przeciwnie, za jej prezydentury sytuacja jeszcze się zaogniła. Na ulicach regularnie dochodziło do starć między lewicowymi ugrupowaniami a wspieraną przez rząd antykomunistyczną organizacją terrorystyczną zwaną Triple A, czego nie dało się zatuszować mimo cenzury nałożonej na media. Pogłębiający się chaos zaczął przerastać panią prezydent, która coraz częściej przebywała na urlopie lub leczeniu, a we wrześniu 1975 r. przekazała swoje uprawnienia przewodniczącemu senatu. Spekulowano, że przechodziła załamanie nerwowe, jednak nie dała się przekonać do ustąpienia z urzędu. Jeszcze w grudniu tego samego roku podjęto pierwszą próbę odsunięcia jej od władzy na drodze puczu, lecz udało się to dopiero w marcu 1976 r. Przejęcie sterów w państwie przez juntę wojskową wpłynęło na nasilenie represji i coraz większe zaangażowanie Argentyny w „Operację Kondor”. Choć Triple A straciło na znaczeniu, wkrótce powołano inną organizację, wzorowany na DINA Batalion 601. Podobnie jak to miało miejsce w Chile, także w Argentynie powstawały coraz to nowe tajne więzienia, w których przetrzymywano, torturowano i mordowano osoby podejrzane o działalność wywrotową. W 1978 r. podczas mundialu w Argentynie radosne śpiewy kibiców z całego piłkarskiego świata zagłuszały krzyki ofiar dochodzące z położonych kilka przecznic od stadionów nielegalnych centrów zatrzymań.

Redefinicja okrucieństwa

W 1992 r. na jednym z paragwajskich posterunków znaleziono dokumenty dotyczące „Operacji Kondor”, nazwane później „archiwami terroru”. Wyłaniają się z nich listy 50 tys. zamordowanych, 30 tys. zaginionych i 400 tys. aresztowanych, jednak mówi się, że ofiar obozów koncentracyjnych mogło być znacznie więcej. Choć obozy koncentracyjne po raz pierwszy pojawiły się na Kubie za sprawą Hiszpanów, to w Polsce łączone są głównie z II wojną światową. W przypadku „Operacji Kondor” to skojarzenie wydaje się trafne, jako że zarówno Argentyńczycy, jak i Chilijczycy inspirowali się III Rzeszą. Powołane później komisje prawdy ujawniły, że więźniowie mieli nadawane numery, strażnicy chętnie nazywali sami siebie „gestapo”, a w Argentynie szerzył się także antysemityzm, przez co Żydów traktowano w tajnych centrach zatrzymań wyjątkowo brutalnie. Jak wspomniano, jednym z istotnych elementów operacji były tortury, które miały na celu wymuszenie zeznań na zatrzymanych i podanie nazwisk ich współpracowników. „Kondor” stworzył wręcz cały katalog wymyślnych sposobów na zadawanie bólu. Na przykład „grill” oznaczał rażenie prądem leżącego na metalowym łóżku podejrzanego, poprzez elektrody przypięte do klatki piersiowej, języka, a nawet genitaliów. Z kolei „łódź podwodna” była metodą podtapiania ofiar w wodzie, ściekach lub benzynie. Oprócz tego częstymi technikami były: duszenie poprzez założenie na głowę worka foliowego, głodzenie, wyrywanie paznokci, okaleczanie, przypalanie czy zmuszanie do oglądania tortur lub egzekucji innych. Dodatkowo więźniowie niemal przez cały czas nosili na głowie „capuchę”, rodzaj worka przymocowanego taśmą do szyi, który utrudniał oddychanie, widzenie i słyszenie.

Mimo często podkreślanego przez władze przywiązania do religii katolickiej system represji nie oszczędzał także księży. Jeśli chodzi o kler, to niemal od zawsze był on w Ameryce Łacińskiej podzielony na dwa bloki. Z jednej strony stali hierarchowie kościelni, konserwatywni, opowiadający się w czasach kolonialnych po stronie Korony, która gwarantowała im przywileje. Zgodnie z tą tradycją także w czasach dyktatur wyższe duchowieństwo w większości współpracowało z wojskowymi, nawet donosząc na innych księży i pośrednicząc w nielegalnych adopcjach dzieci osób prześladowanych przez reżim, a następnie tłumacząc represje zrozpaczonym rodzinom jako karę za ich grzechy. Z drugiej strony stali prowincjonalni księża, którzy niegdyś heroicznie walczyli o niepodległość kolonii, a w czasach zimnej wojny i nasilonych represji otwarcie sprzeciwiali się dyktaturom, prześladowaniom i rosnącemu terrorowi, ukrywając poszukiwanych i nierzadko narażając własne życie. Niektórzy w imię sprawiedliwości społecznej przyłączali się nawet do partyzantek lewicowych, inni walczyli słowem, ale większość z nich za krytykę władz i tak dostawała łatkę „teologów wyzwolenia”, co równało się ze sklasyfikowaniem ich jako marksistów i wywrotowców, którzy musieli zostać wyeliminowani. Watykan w żaden sposób nie stawał w ich obronie, wręcz przeciwnie, oddelegowany przez papieża Jana Pawła II do zbadania sprawy Joseph Ratzinger utwierdził Stolicę Apostolską w przekonaniu, że niższy kler w Ameryce Łacińskiej przeszedł na stronę lewicy i chwycił za broń, łamiąc wszelkie zasady nauki Kościoła. W efekcie przy biernej postawie Watykanu w czasie działań „Operacji Kondor” zaginęły setki księży, co było skutecznie tuszowane przez światowe media. W książce Manufacturing Consent Edward Herman i Noam Chomsky przeciwstawili brak obecności medialnej przypadków morderstw i zaginięć latynoamerykańskich księży sprawie Jerzego Popiełuszki, która była eksploatowana w USA do granic możliwości tylko dlatego, że w tym przypadku odpowiedzialność za morderstwo leżała po stronie komunistów, a nie zaprzyjaźnionych dyktatorów.

Dzieci „Kondora”

Szczególną kategorię prześladowanych w ramach „Operacji Kondor” stanowiły kobiety w ciąży. W Chile podejrzane o działalność wywrotową były przetrzymywane w więzieniach, torturowane i mordowane tak samo jak inni, bez względu na ich stan. W Argentynie jednak zabijano matki dopiero po urodzeniu dzieci, które – jak się szybko okazało – stanowiły cenny towar w rękach junty. Wiele noworodków zostało sprzedanych lub oddanych prawicowym rodzinom, często związanym z wojskiem, które gwarantowały ich wychowanie na przyjaciół rządu. Zbrodnie naznaczyły zatem społeczeństwo na długie lata nie tylko dlatego, że podzieliły je na katów i ofiary, czy z uwagi na ciągły strach i nieufność, ale także przez to, jak bardzo destrukcyjnie wpłynęły na rodziny. Według szacunków w czasie dyktatury w Argentynie pozbawiono tożsamości ok. 500 dzieci, które w większości urodziły się w więzieniach.

Jednym z głośnych przypadków była sprawa Gracieli Rutilo Artés, Argentynki, która w wieku 20 lat wyjechała na studia do Boliwii. Jak wielu innych studentów, wraz z mężem, członkiem urugwajskiej partyzantki lewicowej Tupamaros, należała tam do socjalistycznego ugrupowania paramilitarnego – Armii Wyzwolenia Narodowego. W kwietniu 1976 r. kobieta została porwana wraz z kilkumiesięczną córeczką Carlą. W areszcie próbowano wydobyć z niej zeznania na temat miejsca pobytu jej męża. Rażono ją w tym celu nagą prądem i przypalano papierosami. Córkę oddano do sierocińca, jednak przywożono ją co jakiś czas do aresztu, by była świadkiem torturowania matki. We wrześniu mąż Gracieli i ojciec Carli został zastrzelony, a je obie w ramach II fazy operacji przewieziono do jednego z głównych tajnych więzień w Buenos Aires – Automotores Orletti. Od tego czasu słuch po matce zaginął, natomiast córka została zarejestrowana jako dziecko jednego z oprawców, członka Triple A, Eduardo Alfredo Ruffo. W 1983 r. dziewczynka zobaczyła w telewizji starszą kobietę szukającą zaginionej rodziny i trzymającą w ręku jej zdjęcie. Kiedy zapytała o to swojego opiekuna, zamknął ją w pokoju i zabronił poruszać ten temat. Mimo to organizacji Babcie z Placu Majowego, zajmującej się odnajdywaniem zaginionych w czasie trwania „Operacji Kondor”, udało się ustalić, że Carla przebywa w rodzinie Ruffo. Dwa lata później zlokalizowano dziewczynkę i oddano ją pod opiekę babci. W czasie procesu wytoczonego w 2011 r. osobom zaangażowanym w porwania dzieci Carla zeznała, że nie tylko nie traktowano jej dobrze w nowej rodzinie, ale w wieku od trzech do dziesięciu lat była niemal codziennie gwałcona przez swojego opiekuna.

Inną znaną sprawą była ta José Luisa Appela de la Cruza, który został porwany przez uzbrojonych napastników w biały dzień na ulicy miasta Cipolletti w prowincji Neuquén. Jego żona Carmen Angélica Delard Cabezas zaginęła natomiast po tym, jak udała się na posterunek zgłosić porwanie męża. Tydzień później policja wtargnęła także do domu jej ciężarnej siostry Glorii Ximeny Delard Cabezas, aresztując ją, jej męża i ich dwoje dzieci. Siostry i ich mężowie byli studentami należącymi do chilijskiego Ruchu Lewicy Rewolucyjnej (Movimiento de Izquierda Revolucionaria, MIR), którzy w Argentynie schronili się po zamachu stanu, uciekając przed represjami ze strony DINA. „Operacja Kondor” sprawiła jednak, że nigdzie nie mogli czuć się bezpiecznie. Oba małżeństwa trafiły do tajnych więzień, gdzie słuch po nich zaginął. Starsze dzieci Glorii zostały po latach odszukane przez dziadków w sierocińcach. W sprawie najmłodszego rodzinie udało się zaś ustalić jedynie to, że urodziło się w lipcu 1977 r. w więzieniu, lecz ani płeć dziecka, ani jego dalsze losy nie są znane.

W procesie rozliczania win takich historii zebrano setki.

Małżeństwa związane z lewicą były często torturowane razem, a jeśli żona była ciężarna i juncie zależało na dziecku, to przynajmniej zmuszano ją do przypatrywania się torturowaniu męża.

W proceder zaangażowani byli też lekarze, których zadaniem było dopilnowanie donoszenia ciąży i porodu, ale nie opieka medyczna jako taka. To, co się działo z matką, nie miało najmniejszego znaczenia, bo docelowo i tak po porodzie najczęściej była „przenoszona”, jak określano egzekucje i pochówek w zbiorowych mogiłach lub też masowe rzucanie zwłok z helikopterów do Atlantyku.

Zbrodnia i kara?

O ile kwestia zbrodni popełnianych przez dyktatury w ramach „Operacji Kondor” pozostaje bezdyskusyjna, o tyle sprawa kary nie jest już tak jednoznaczna. W Chile junta zagwarantowała sobie prawo do bezkarności jeszcze w 1978 r., wydając dekret nr 2191 zwany Ley de amnistía, który uniemożliwiał ściganie podejrzanych o zbrodnie popełnione od 1973 r. Oficjalnie miało to wzmacniać więzi w narodzie chilijskim i powstrzymywać podziały. Dodatkowo Pinochet, oddając władzę, zapewnił sobie dożywotnie stanowisko senatora i immunitet dyplomatyczny. W Argentynie amnestię dla członków junty wprowadzono dopiero w 1986 r., czyli już w czasie demokratycznych rządów Raúla Alfonsína. Prezydent zastał państwo w ruinie i nie chcąc zaogniać konfliktu z armią, w obawie przed kolejnym zamachem stanu, który zniweczyłby wysiłki na rzecz odbudowy demokracji, doprowadził do uchwalenia ustawy nr 23.492, zwanej Ley de Punto Final. Podobnie jak w Chile, zakazywała ona sądzenia za zbrodnie z czasów dyktatury, nazwanej podniośle Narodowym Procesem Reorganizacji. W obliczu braku formalnych możliwości ukarania winnych zarówno Chile, jak i Argentyna skoncentrowały się na powołaniu komisji prawdy, których celem było odnalezienie i otoczenie opieką ofiar państwowego terroru. Dość szybko zaczęto wypłacać rodzinom poszkodowanych renty, a także objęto ich programem pomocy socjalnej, łącznie z bezpłatną opieką zdrowotną czy stypendiami dla dzieci ofiar. Sprawa rozliczenia win nadal powracała jednak jak bumerang.

Ponieważ ofiarami „Operacji Kondor” padali nie tylko Latynosi, ale też Hiszpanie czy Włosi, Hiszpania i Włochy zdecydowały się wszcząć własne postępowania. Niedawno we Włoszech skazano na dożywotnie pozbawienie wolności 24 osoby za rolę, jaką odegrały w działaniach związanych z „Kondorem”.

W większości spraw wyroki wydano jednak zaocznie i tak naprawdę nie ma szans na odbycie kary, chociażby ze względu na sędziwy wiek skazanych. Podobnie było już w przypadku głośnej próby ekstradycji Pinocheta z Wielkiej Brytanii do Hiszpanii, gdzie toczył się proces przeciwko niemu. Niestety, wszelkie wysiłki pozostawały nieskuteczne, gdyż dyktator zasłaniał się podeszłym wiekiem, złym stanem zdrowia i immunitetem dyplomatycznym. Co ciekawe, w czasie gdy przebywał w areszcie domowym w Londynie, czekając na decyzję o ekstradycji, odwiedziła go nieformalna delegacja z Polski, która podziękowała mu za wysiłki na rzecz obrony praw człowieka i budowania wolności. Świadczy to o głębokim niezrozumieniu przez naszych rodaków tego, co się działo w Chile, jak również o skuteczności amerykańskiej propagandy, która przez lata wspierała dyktatora, począwszy od napisania przez CIA białej księgi puczu, a na szerokim wsparciu udzielanym przez cały czas trwania „Operacji Kondor” skończywszy. Ostatecznie immunitet został odebrany Pinochetowi dopiero w 2004 r., jednak dwa lata później dyktator zmarł, nie odpowiedziawszy nigdy za zbrodnie, których się dopuścił. Proces szefa DINA Manuela Contrerasa został natomiast doprowadzony do końca tylko dzięki temu, że postępowanie w jego sprawie trafiło na wokandę jeszcze przed ogłoszeniem amnestii. W 1993 r. skazano go zaledwie na siedem lat pozbawienia wolności za morderstwo byłego członka rządu Allende – Orlando Leteliera, popełnione w 1976 r. Po zakończeniu kary nie wrócił jednak na wolność, ale został w areszcie domowym z uwagi na toczące się kolejne procesy, w których sukcesywnie wydawano wyroki skazujące. W końcu zmarł w więzieniu w 2015 r.

Wydawało się, że Argentyna, w przeciwieństwie do Chile, chciała szybko rozliczyć się z przeszłością, jako że już dwa lata po powrocie demokracji skazano przywódców junty wojskowej Jorge Rafaela Videlę i Emilio Eduardo Masserę na kary dożywotniego pozbawienia wolności za zabójstwa, tortury i nielegalne przetrzymywanie osób. Niestety, przyjęcie Ley de Punto Final sprawiło, że obaj zostali ułaskawieni w 1990 r. przez prezydenta Carlosa Menema, powracając do życia publicznego kraju i rozdrapując w społeczeństwie rany, które zaczęły się powoli zabliźniać. Zmieniło się to dopiero w czasie prezydentury Nestora Kirchnera wraz z uchyleniem przez parlament ustawy o amnestii, co zostało następnie podtrzymane przez Sąd Najwyższy. W 2007 r. na członków Batalionu 601 posypały się pierwsze wyroki, a kilka lat później ponownie skazano Videlę za różne zbrodnie, w tym za porwania dzieci. Zmarł w więzieniu w 2013 r.

Mimo licznych wyroków skazujących trudno powiedzieć, że zbrodnie „Operacji Kondor” zostały rozliczone. Nadal wiele osób tworzących niegdyś aparat terroru chodzi wolno po ulicach Santiago de Chile i Buenos Aires, a przywódcy całej machiny zostali ukarani za późno, praktycznie w ostatnich latach życia. Babcie z Placu Majowego wciąż szukają zaginionych wnuków, po tym jak straciły nadzieję na odnalezienie swoich dzieci. Wszystko to sprawia, że poczucie niesprawiedliwości i zbrodni bez kary nadal jest żywe w obu krajach. Tymczasem skupieni na własnej bolesnej historii, my, Polacy, często nie dostrzegamy tego, jak wiele cierpienia przeszły również inne narody. Nie rozumiemy, że represje nie znają pojęcia lewicy czy prawicy, są tak samo brutalne i bolesne dla narodu, z którejkolwiek strony sceny politycznej by przyszły. Warto zatem przyjrzeć się historii nawet tak odległych regionów jak Ameryka Łacińska, żeby wyciągnąć z niej lekcję. Żeby historia „Operacji Kondor” nigdy się nie powtórzyła i żeby żadnemu z nas nie przyszło więcej do głowy dziękować zbrodniarzom za ich wielkie dzieło ochrony praw człowieka i budowania wolności.

Kup numer