Ledwie wróciłem do Europy, a znów wpatruję się w Azję: w Tybecie ostre zamieszki. Z telewizyjnych ekranów straszą spalone sklepy w Lhasie i postaci współczesnych hoplitów ,,przywracających porządek”. ,,Jestem teraz w klasztorze - informuje BBC anonimowy Tybetańczyk. - Przed wejściem mnisi skandowali »Niech żyje Dalajlama!« (…) Wiele osób udało się później na komisariat, żądając zwolnienia aresztowanych. Postrzelono dwie dziewczyny”. A z oddalonego o 2 tysiące kilometrów Pekinu miejscowy student, najpewniej rówieśnik tybetańskiego informatora BBC, podkreśla skalę chińskich strat i bardzo jednoznacznie deklaruje: ,,Popieram rząd. Jego wersję wydarzeń potwierdzają zdjęcia zniszczeń w Lhasie. Słusznie postąpiono, używając siły”.
Ta diametralna różnica ocen i emocji wynika nie tylko z tego, iż jeden z nich był naocznym świadkiem, a drugi polegał na relacjach państwowej telewizji i agencji Sinhua, ale również z głęboko zakodowanej bariery kulturowej dzielącej Hanów (chińska większość w Państwie Środka) od rdzennych mieszkańców tybetańskiego pogórza. W Tybecie bowiem co najmniej od półwiecza ścierają się niepodległościowe aspiracje niewielkiego narodu z imperialnymi odruchami najludniejszego państwa świata, które na naszych oczach przepoczwarza się z regionalnego hegemona w światowe mocarstwo. W starciu tym dysproporcja sił jest porażająca: Chiny mają niewyobrażalną wręcz przewagę liczebną (powiedzenie,…
Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum
- Pełny dostęp do wszystkich artykułów
- Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
- Archiwum numerów zawsze pod ręką