Demokracja z przymiotnikiem nie jest po prostu demokracją, lecz jakimś jej prawdopodobnie poślednim gatunkiem. Ów przymiotnik to ostrzeżenie: nie spodziewajcie się akceptacji standardów demokratycznych, jakie znacie. W tej „demokracji” na przykład „socjalistycznej” standardy kształtuje to, na co wskazuje przymiotnik. Podobnie – moim zdaniem – z publicystyką. Uprawianie jej to uprawianie pewnej specyficznej sztuki. Moim zdaniem nie warto ani ubiegać się, ani godzić na przymiotnik predefiniujący i ograniczający sposób praktykowania tej sztuki czy zakres tematyczny.
Moje sumienie jest aktywne, gdy referuję, opisuję, komentuję, pytam czy wręcz coś doradzam, albo stwierdzam „co to, to nie”. Sumienie jest autonomiczne. Nie toleruje obcych wtrętów. Uczy się, wbudowuje w siebie wartości, które działają, gdy są tak wcielone.
Nie chcę być nazywana publicystką katolicką ostatecznie dlatego, że chcę myśleć i pisać, nie angażując w to żadnego zewnętrznego autorytetu. Zajmuję takie, a nie inne stanowisko nie dlatego, że Kościół tak uczy, i nie po to, by tę naukę przekazywać. Nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie, liczy się. Widzę w niej często wielki skarb, ale jestem wyłącznie świadkiem swojego oglądu tego skarbu. Nikt za mnie nie ręczy, o porękę nie proszę. Zresztą określenia „publicystka” może się też wyrzeknę, chyba powinnam. Bo jaka tam ze mnie „publicystka”. Kiedyś – „Znak”…