Tego dnia w Akihabarze padało. Tokijskie „elektryczne miasto” wyglądało jak z technoorientalistycznego snu cyberpunkowców. Sceneria podobna do tej zainspirowała Williama Gibsona do napisania Neuromancera i Ridleya Scotta do nakręcenia Łowcy androidów. Neony odbijały się w kałużach, a przebrane za pokojówki dziewczyny reklamujące kawiarenki sieci Maidreamin kuliły się pod parasolami. Małe, ciasne sklepiki pełne figurek, gier i maskotek były jeszcze bardziej ciasne i duszne niż zazwyczaj. Przynajmniej gdzieś zniknęły grupy turystów, przybywających oglądać te dziwactwa. „Figurki kupuje się, kiedy bardzo się lubi jakąś postać z gry lub anime” – podsłuchałem jakiegoś przewodnika kilka dni wcześniej.
Też jestem turystą, ale w Akihabarze wcale się tak nie czuję. To moje miejsce, które dobrze znam. Nie tylko dlatego, że setki razy przemierzałem je wirtualnie w grach z cyklu Akiba’s Trip, ale dlatego, że to moja kultura. Jeśli wstąpię do antykwariatu, wyjdę z pamiątkami z nikomu nieznanym anime, które czekały tam na mnie 35 lat; wygrzebię z regału ciągnącego się w nieskończoność japońską wersję ulubionej gry albo – tak jak tego deszczowego dnia – zejdę schodkami do sklepu z grami retro, żeby na małej półeczce wyszperać kartę pamięci. Dla niewprawnego oka wygląda jak piracka gra na Pegasusa, znana z polskiego bazaru, lecz różni się jednym ważnym detalem: logotypem MSX.
Made in Japan
Niebieskie plastikowe pudełko z kolorową naklejką zawierające układ scalony z pamięcią ROM kosztuje 980 jenów, tyle co miska ramenu. Zawiera grę Hole in One, wyprodukowaną przez studio HAL Laboratory w 1984 r. To dość prosty symulator golfa. Pole obserwuje się z lotu ptaka, kursorem wskazuje kierunek lotu piłeczki. W małym okienku wybiera się rodzaj kijka i siłę uderzenia, a potem pojawia się w nim animacja golfistki. Słychać „wziuu” i elektroniczne trzaski, w zależności od powierzchni, na której wyląduje piłeczka. I tyle. Gdy uruchomiłem ją pierwszy raz w 1989 r., nie myślałem o tym, że pochodzi z Japonii. Gry nie posiadały wtedy narodowości, wszystko było „zachodnie”, „amerykańskie”. Pikselowa golfistka nie miała żadnych detali, które pozwoliłyby określić kraj jej pochodzenia. Miałem 10 lat, więc…