Jedna z najczęściej powtarzanych rad dla początkujących autorów brzmi: znajdź własny głos. Nauczyciele pisania powtarzają ją niemal odruchowo i oczywiście mają rację. Łatwo powiedzieć: głos. Tylko jak go znaleźć?
Najlepiej przestać go szukać. Problemem początkujących autorów rzadko bywa brak własnego głosu. Znacznie częściej problemem jest nadmiar własnego „ja”. To oczywiście nie znaczy, że literatura ma być ucieczką od siebie. Ale pisanie bardzo często zaczyna się od milczącego założenia: mam coś wyjątkowego do powiedzenia o sobie, a współczesne kursy creative writing chętnie wzmacniają ten odruch: opowiedz własną historię, pisz z własnego doświadczenia, zaufaj własnej perspektywie.
Lecz im bardziej próbujemy być za wszelką cenę oryginalni, tym częściej słyszymy jedynie echo samych siebie, indywidualny styl zaś okazuje się co najwyżej stylówką.
Rzecz jasna, problem leży jeszcze głębiej, gdyż całe to pytanie o „własny głos” jest od początku źle postawione. Bo skąd właściwie pewność, że istnieje coś takiego jak autonomiczne, pojedyncze „ja”, które mówi własnym językiem? Że ten sposób mówienia, który wydaje nam się najbardziej intymny i najbardziej osobisty, rzeczywiście należy tylko do nas? Dziś właściwie wszystkie nauki zajmujące się człowiekiem – od psychologii przez neuronaukę po lingwistykę – próbują nas konsekwentnie leczyć z egocentryzmu. Ale literatura wzięła się za to dużo wcześniej.
Michaił Bachtin pisał, że nie istnieje żadna „mowa Adamowa”, żaden pierwotny, autonomiczny język należący wyłącznie do nas. Mówimy przecież zawsze językiem innych.
Rodziny. Klasy społecznej. Przeczytanych książek. Zasłyszanych historii. Kultury, która nas ukształtowała. Cudzych idiomów, które tak głęboko w nas osiadły, że przestaliśmy zauważać ich obcość.
Kilka lat temu Zadie Smith opisała podobne doświadczenie w świetnym eseju Mówienie językami. Dorastając w robotniczym Londynie, posługiwała się jednym językiem. Potem przyszło Cambridge, nowe środowisko, nowy akcent, nowy sposób mówienia. Przez pewien czas funkcjonowała właściwie w dwóch językach naraz. Przy okazji odkryła, że kultura – nie tylko brytyjska – panicznie boi się ludzi, którzy mówią więcej niż jednym głosem. Lubimy wierzyć, że istnieje jakaś jedna, autentyczna wersja nas samych, której nie wolno zdradzić. A przecież literatura zaczyna się od zdrady jednej wersji siebie, jednego języka, który miałby nas raz na zawsze określać. Być może pierwszy naprawdę ważny moment w pisaniu przychodzi więc wtedy, kiedy przestajemy obsesyjnie pytać, jak mówić własnym głosem, i zaczynamy rozumieć, że każdy język, którym się posługujemy, jest już w jakimś sensie cudzy. To jednak wcale nie jest zła wiadomość, przeciwnie. Być może własny głos pojawi się właśnie wtedy, kiedy przestaniemy próbować pisać siebie i zaczniemy uczyć się, jak pisać innych.
Tylko od czego zacząć?
Lekcja 1. Pożytki z pękania
Słuchaj ludzi, podsłuchuj rozmowy, notuj charakterystyczne powiedzonka, kolekcjonuj niezwykłe zdania, elementy osobistej składni, językowe relikty, okruchy lokalnych dialektów. Otwieraj się na cudze języki, wchłaniaj je, a potem przetwarzaj we własnym pisaniu. Tak radzi większość podręczników i kursów dla aspirujących autorów. I naturalnie jest w tym sporo racji. Ale tylko do pewnego momentu.
Bo w tej radzie skrywa się dokładnie to samo złudzenie, które przed chwilą próbowaliśmy rozbroić. Zakłada ona, że inni ludzie…