Jim Woodring, autor pozbawionych dialogów komiksów o przygodach Franka, w filmie dokumentalnym o swojej sztuce opowiada, jak pewnego dnia przyszedł do domu i narysował żabę. A potem narysował ją 10 000 razy. Vivian Maier od pewnego momentu nie było stać na wywoływanie swoich zdjęć (ciemnię zbudowała w łazience), a gdy była bezdomna, niewywołane zdjęcia trzymała w wynajętych schowkach. Pozostawiła po sobie 100 000 negatywów. Kiedy Henry Darger trafił do domu opieki, właściciel mieszkania, w którym Darger żył przez 40 lat, wszedł do środka i znalazł ponad 300 obrazów oraz najdłuższą powieść na świecie, liczącą 15 145 stron (udało mi się przeczytać tylko kilka). Darger, pracując jako dozorca, przez całe życie nikomu nie pokazał swoich prac, dziś uważanych za wybitne. Marian Henel, który urodził się niemal dokładnie 100 lat temu, nie miał czasu iść na obiad, bo tkał gobeliny. Tak spędził 30 lat życia w szpitalu psychiatrycznym w Branicach.
Byłem Danielem Johnstonem
Granica pomiędzy sztuką oficjalną, mainstreamową, profesjonalną a twórczością z obszaru art brut, outsider art, naiwną lub prymitywną jest bardzo cienka, chybotliwa i zależy od wielu czynników – czasów, miejsca, szczęścia. Może jedynym, co nie pozwala zaliczyć do tej kategorii Philipa K. Dicka, jest jego ogromny sukces? Zmagającego się z anoreksją, lękami, paranoją autora niektórzy nazywali dziwakiem, a inni schizofrenikiem. Kluczowa w przypadku sztuki tego typu wydaje się diagnoza albo jej brak. Daniel Johnston, amerykański muzyk i artysta wizualny, na jednej ze swoich taśm magnetofonowych wypowiada znaczące słowa: „Byłem Danielem Johnstonem”. Jego rodzice zdają się wyjaśniać je w filmie dokumentalnym, opowiadając o momencie, kiedy ich syn „stracił całą swoją pewność siebie” i „coś” zaczęło się z nim dziać.
Tajemnicze „coś” wyrzucało artystów poza margines życia społecznego, sprowadzało na nich samotność albo w najlepszym razie osobność….