Problem sekularyzacji współczesnych społeczeństw jest przysłowiowym czubkiem góry lodowej. To raczej symptom niż istota zjawiska. Uwiąd wiary, ekspansja pluralizmu, rozmaitość przemian, o których wspomina filozof, słusznie wiążąc ten proces z „odczarowaniem świata” i kryzysem imaginarium, są zjawiskami znanymi, opisanymi i… nierozwiązywalnymi. Wiążą się z indywidualizmem społeczeństw liberalnych i z nieprzystawaniem struktur ustrojowych do wyobrażeń religijnych. Istotnie, odwołaniem jest średniowiecze, w którym ustrój feudalny odpowiadał wyobrażeniom o Bogu na złotym tronie na obłoku (częsty motyw ikonograficzny) i strukturze hierarchicznej Kościoła. Ale to nie wróci. Żyjemy w społeczeństwach demokratycznych, rządzonych aksjomatem praw człowieka i nową wrażliwością społeczną wyrobioną między innymi przez presję ruchów socjalistycznych (Saint-Simon nazywał socjalizm „nowym chrześcijaństwem”). W dodatku epoka globalizacji narzuciła spojrzenie relatywizujące poszczególne kultury i religie, co II Sobór Watykański odnotował jako semina verbi rozsiane w różnych wierzeniach. Podstawowym rozróżnieniem pojęciowym, by podjąć temat, wydaje się oddzielenie „religii” od „wiary”. Dyskurs religijny jest instytucjonalny, natomiast wiara jest zawsze osobowa – i nie sposób wyobrazić sobie dzisiaj „socjologicznego chrześcijanina” rozumianego jako uniwersalny typ człowieka. Wierzenia muszą dzisiaj ulec personalizacji, konieczny jest rodzaj inicjacji egzystencjalnej, dojrzałości duchowej, by…