Chronologicznie rzecz biorąc, moim pierwszym kontaktem ze świętymi było spotkanie z Teresą z Lisieux (jak się miało okazać, jest ona lekarzem pierwszego i ostatniego kontaktu). Moja matka była wówczas ciężko chora i u Teresy z Lisieux szukała ratunku, żeby to cierpienie jakoś sobie wytłumaczyć i znieść. Widziałem, że jej to pomagało. Plącząc się koło jej łóżka i biblioteki, czytałem Łaski i cuda Teresy z Lisieux[1], gdzie najbardziej fascynowały mnie obrazki przedstawiające działania św. Teresy w czasie I wojny światowej: ktoś tonie, a ona go ratuje, ktoś ma urwaną nogę, a ona ją przykleja itp. I te wizje: że jest ta okropna rzeczywistość wojenna – bomby, szrapnele, Niemcy, Francuzi, a obok inna rzeczywistość, która interweniuje. Taki był mój dziecinny kontakt ze Świętą.
Jako starszy chłopak zacząłem czytać pisma św. Teresy z Avila, zwłaszcza Autobiografię i Twierdzę wewnętrzną. Na początku ta lektura wywierała na mnie wpływ raczej niszczący: św. Teresa wypowiada się bowiem przeciwko modlitwie ustnej, a zaleca modlitwę myślną. Przestałem więc najpierw nawet odmawiać pacierz, a potem nie byłem w stanie nawet się przeżegnać. Ale Benedykt, następny święty, po którego pisma sięgnąłem, nauczył mnie, że modlitwa ustna jest potrzebna, bo słowo ma sens i…