Jacek Kuroń
Postawa Kościoła wobec Jacka Kuronia boli mnie jakoś szczególnie. Może dlatego, że jego „niereligijne chrześcijaństwo”, wybiegające daleko poza urzędnicze sprawdziany religijności, zostało sprawdzone doświadczalnie. Czystość intencji potwierdzał przez całe życie: jako wychowawca młodzieży w latach pięćdziesiątych, jako działacz opozycji demokratycznej (a swą opozycyjność zamanifestował po raz pierwszy w 1964 roku, podpisując z Karolem Modzelewskim list otwarty do członków partii, nie mając za sobą nawet minimalnego poparcia społecznego), jako minister pracy i polityki społecznej, dla którego zawsze najbardziej liczyli się wykluczeni.
Kościół nie ujął się jednak za Jackiem, gdy pomawiano go o przeszłość agenturalną (co można wyczytać choćby w publikacjach historyka Piotra Gontarczyka) albo niesprawiedliwie oskarżano. Wystarczy przypomnieć jedno z takich wystąpień przeciwko Jackowi, z lipca 1995 roku, kiedy ojciec Tadeusz Rydzyk w programie telewizyjnym Puls Dniaobarczył Jacka Kuronia odpowiedzialnością, z racji prowadzenia przez niego „czerwonego harcerstwa” w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, za zbrodnie stalinizmu, łącznie z Katyniem i wywózkami na Sybir. Zasugerował także, że dziesięć lat spędzone przez Jacka w więzieniach było elementem politycznej gry. Krzywdzono człowieka, więc czekałam na głos kościelnego autorytetu, który by publicznie oświadczył: „Tak się nie godzi, to nie po chrześcijańsku”. Nie wydaje mi się, bym oczekiwała zbyt wiele. Jacek, mimo że nie można mu było…