Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

Pogaństwo nasze codzienne

Nie ma lepszego sposobu na poznanie obcego kraju, oswojenie się z jego kulturą i mentalnością narodu, niż zamieszkanie na pewien czas u miejscowego człowieka, wejście w jego codzienność, spędzanie czasu z jego rodziną. Starałem się tak robić, jeśli tylko mogłem.

Kiedy – już dawno temu – pierwszy raz włóczyłem się po Tajlandii, nie mając jeszcze pojęcia, że będę tam kiedyś ambasadorem, udawało mi się nieraz zagnieżdżać w domach tych uśmiechniętych i gościnnych ludzi. Bardzo to pouczające, a nieraz i szokujące doświadczenie. Jedną z pierwszych niezrozumiałych dla mnie obserwacji była obecność przy każdej budowli – obojętnie, czy to przy miejskim biurowcu, hotelu, wiejskiej chacie czy nawet garażu – małego pomalowanego na złocisto domku na smukłej nóżce przypominającego ptasi karmnik. Co rano składa się tam banany lub inne owoce, świeże kwiaty i pali kadzidło; potem rzeczywiście ptactwo, a nieraz i węże mają tam ucztę. Innym wymagającym dociekań zjawiskiem było oznaczenie niektórych drzew – zwłaszcza na świątynnych dziedzińcach – złocistymi przepaskami przypominającymi owiązane wokół pnia szale. Albo wchodzenie do mieszkania – niezależnie od tego, czy do wiejskiej izby czy apartamentu w wielkomiejskim wieżowcu – przez najmniejszy chociażby stopień. Po co, kiedy wygodniej umieścić wszystko na jednym poziomie? A już w konfuzję wprawiają tamtejsze świątynie. Rozumiem, że prorok Budda ma być korpulentny, nawet jowialny, ale trochę bezpłciowy, zatopiony w swej medytacji i przez to mentalnie odseparowany od bulgoczącego tropikalnym życiem świata. Ale skąd bezmiar innych dziwacznych posągów: jakieś kompilacje ludzi i słoni, wielogłowe węże, a nawet mistyczne fallusy w ruinach prastarych khmerskich świątyń buddyjskich, jakie dotrwały do naszych czasów na rozległej, suchej równinie Issan? Przecież to wielka religia monoteistyczna, która zabrania nawet mówić o Bogu, przedstawiać go i nazywać, kontentując się jedynie wyobrażeniem jego oświeconego, lecz ludzkiego proroka medytacji. Skąd ten pstrokaty synkretyzm zanieczyszczający wzniosłą mistykę Najwyższego?

ADRES DEMONAPewnego razu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prezydencja na czas kryzysu