Przed laty jeden z francuskich korespondentów prasy katolickiej napisał, że czas pierwszej Solidarności, słynne szesnaście miesięcy, był czymś analogicznym do przemienienia Chrystusa na górze Tabor. Chrystus objawił zdumionym oczom Europy to, co w nich najlepsze, potencjał i siłę tkwiącą w dobru, zdolnym zwyciężać zło bez przemocy. Nie sądzę, by ten dziennikarz znał idee i teksty polskiego mesjanizmu. Wpisał się jednak w mesjanistyczny paradygmat, bowiem podobnie jak wielu innym obserwatorom, rewolucja Solidarności wydawała mu się czymś tak niezwykłym, że nie znajdował dla niej języka opisu w konwencjonalnych formułach publicystycznych, socjologicznych czy politologicznych, i uderzył w najwyższe tony.
Statek w dokuPrzemienienie wszelako trwało tylko przez chwilę, pozostawiło uczniów pogrążonych w tęsknocie („Panie, dobrze nam tu być”) i pragnących wznieść namiot, czyli zbudować świątynię dla Chrystusa, Eliasza i Mojżesza. Pierwsza Solidarność także trwała krótko. Po mrocznym okresie stanu wojennego, istnienia w podziemiu, wydała niezwykły owoc, jakim były ustalenia Okrągłego Stołu i ostatecznie wolna III Rzeczpospolita. A jednak długo nie mogła…