Księdza Piotra Natanka bardzo łatwo jest ustawić w roli chłopca do bicia. Wystarczy zacytować fragment jego kazania albo jeszcze lepiej ściągnąć go sobie z Internetu na komórkę – i zabawa gotowa. Wiadomo: oszołom. Albo poważniej: przypadek dla psychiatry. I pewnie coś w tym jest, a profesjonalny psychiatra mógłby tu rzeczywiście pomóc. Sprawa ks. Natanka wydaje mi się jednak na tyle ważna, że zasługuje na coś więcej aniżeli tylko prezentowane ostatnio w mediach i na tzw. salonach szyderstwo, uśmiech politowania czy wzruszenie ramion. Odsłania ona, moim zdaniem, kilka zasadniczych problemów, z jakimi boryka się dziś Kościół w Polsce. Natanek jest jak papierek lakmusowy: dzięki niemu rzeczy zakryte stają się jawne. Problem pierwszy nazwałbym niedostatkiem myślenia religijnego. Nasz Kościół w swej pracy duszpasterskiej stawia na pobożność, nie zawracając sobie – i wiernym – zbytnio głowy trudnymi kwestiami teologicznymi, a nawet uznając je chyba za lekko podejrzane. W takiej zaś atmosferze, w której ważniejsze od myślenia są na przykład prywatne − siłą rzeczy subiektywne − objawienia i wizje, mogą pojawiać się zjawiska podobne do ruchu ks. Natanka (sto lat temu na podobnej zasadzie narodził się mariawityzm, zwłaszcza w jego wersji felicjanowskiej. Chciałoby się rzec: jaka kultura…
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.