Józefa Hennelowa Styczeń 2015

Coraz bliżej albo coraz mniej

Wiara otwarta to nie jest ogródek ani tym bardziej oranżeria, dla specjalnego gatunku wiernych, ale coś, co człowieka wyraża najgłębiej w jego prawdzie. Nie jest to zatem, jak się wielu obawia, wiara prywatna, ale osobista, najgłębiej własna, bo tylko taka odpowiada na ewangeliczne przesłanie.

Artykuł z numeru

Wolność od/do religii

Wolność od/do religii

17 listopada 2014, poniedziałek

Przed nami jubileusz 1050-lecia chrztu Polski. Jego najbardziej spektakularnym wyrazem będą Światowe Dni Młodzieży, które w lipcu 2016 r. zostaną zorganizowane w Krakowie. Mottem tego święta stają się papieskie słowa z pl. Zwycięstwa z 1979 r. – wezwanie, by Duch Święty „odnowił oblicze ziemi – tej ziemi”. W 1991 r. Jan Paweł II wyznaczał nam program w sposób bardziej dobitny: aby nie pojmować neutralności światopoglądowej państwa jako zwolnienia się z powinności czy wręcz obowiązku „wprowadzania sacrum w życie publiczne i państwowe”. To zadanie dla Kościoła polskiego, które musimy zobaczyć w całej jego rozciągłości, a jest ono olbrzymie. Artykuł o. Ludwika Wiśniewskiego OP Jesteśmy na zakręcie („Tygodnik Powszechny”, 16 listopada 2014) był dla mnie wielkim przeżyciem. Także za sprawą cytatów z ks. Czesława Bartnika, uważanego od lat przez kościelne przecież Radio Maryja za autorytet. Przeczytałam więc, że ten autorytet traktuje postawę katolicyzmu otwartego, wymieniając z imienia wspólnoty i osoby, jako wrogów wiary w Polsce. Niewiele później zdarzyło mi się wysłuchać w radiowej „Dwójce” niedzielnego kazania biskupa Kościoła ewangelicko-reformowanego, który oparł je na… obrazie przywołanym przez papieża Franciszka: Kościoła jako szpitala polowego, w którym powinno się ratować ludzi od śmierci, a nie dydaktycznie umoralniać. Po cytatach z ks. Bartnika ta homilia była dla mnie jak znak nadziei.

20 listopada 2014, czwartek

Kalendarz wydarzeń zagęszcza się tak bardzo, że 25-lecie historycznego spotkania naszego premiera i kanclerza Niemiec w Krzyżowej 12 listopada 1989 r. nie zostało zauważone przez media tak, jak na to zasługiwało. Tymczasem rozmowa z emerytowanym arcybiskupem Opola Alfonsem Nossolem („Gazeta Wyborcza”, 22–23 listopada 2014), celebrującym ćwierć wieku temu mszę św. w Krzyżowej, należała do najpiękniejszych świadectw i programów duszpasterskich. Abp Nossol wspomina opory, jakie towarzyszyły wykonaniu znaku pokoju podczas mszy. Ówcześni przeciwnicy wskazywali, że msza może przez to zamienić się w spektakl. Abp Nossol przekonał jednak wiernych, że jest to znak, który zmienia „oblicze ziemi”, jeśli tylko przyjmuje się go z dobrą wolą. Jak bardzo serio ludzie potraktowali wtedy ten znak liturgiczny (wprowadzony po II Soborze Watykańskim), który w praktyce coniedzielnej mszy często wykonujemy zbyt formalnie, jakby nie wynikał z tego dla nas żaden nakaz… Tak jak to zrobili Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl. Abp Nossol, odchodząc od ołtarza, by wymienić znak pokoju z przywódcami obu krajów, dobitnie pokazał, że liturgia ma naszą wiarę i życie przetwarzać, a nie tylko dekorować.

Wiara otwarta to nie jest ogródek ani tym bardziej oranżeria, dla specjalnego gatunku wiernych, ale coś, co człowieka wyraża najgłębiej w jego prawdzie. Nie jest to zatem, jak się wielu obawia, wiara prywatna, ale osobista, najgłębiej własna, bo tylko taka odpowiada na ewangeliczne przesłanie. O sacrum w życiu publicznym i państwowym można zacząć myśleć dopiero, gdy chrześcijaństwo przestaje być obrazkiem zawieszonym pro forma w pewnym kącie rzeczywistości, a zaczyna przenikać nasze życie naprawdę. Stefan Wilkanowicz w książce zatytułowanej przez swego rozmówcę Chrześcijanin (Znak, 2009) wypowiada w paru słowach własne credo: wiara to osobisty związek ze Zbawicielem. I od tego nie można odstępować ani udawać, że formułki pobożności okazywanej tak łatwo i tak wygodnie podczas masówek organizowanych, np. przy okazji łączenia świąt narodowych z religijnymi (dla wspierania tych pierwszych), to jest realizacja tego zadania, które Jan Paweł II postawił przed nami w 1979 r. A potem tyle razy o nim przypominał.

24 listopada 2014, poniedziałek

Kilkakrotnie wydarzenia z czasów młodości dały mi klucz do obrania stanowiska, które zajmuję do teraz. Jednym jest wspomnienie gabinetu lekarskiego z rodzinnego Wilna, gdzie wykonywano zakazaną wówczas aborcję. Otoczenie przyjmowało tę sytuację zakłamania bez szczególnej reakcji, jakby obojętnie. Z kolei w czasie niemieckiej okupacji miasta zetknęłam się ze zjawiskiem pobożności praktykowanej z całego serca, a równocześnie chyba jednak nieprawdziwej. Jedna z koleżanek straciła w katastrofie kolejowej (pociąg został wysadzony przez partyzantów) obie stopy. Mimo wojny rodzina z Anglii przysłała jej bardzo dobre protezy, dzięki czemu dziewczyna w ciągu kilkunastu miesięcy zaczęła chodzić. Tyle że musiała ubierać spodnie, co było wówczas nie tylko niepowszechne, ale nawet źle widziane. Któregoś dnia spotkana w przedsionku świątyni kobieta zrobiła jej awanturę, zarzucając obrażanie świętości strojem. Naturalnie, nie wiedziała, jak okropnie ją krzywdzi. Ale właściwie po co interweniowała?

To właśnie dziś robimy najchętniej: pouczamy i osądzamy. Tymczasem, co wówczas zrozumiałam, najpobożniejsza modlitwa nie pomoże, jeżeli człowiek za bardzo uwierzy, że „posiadł prawdę”. Poszukiwanie, dociekanie i poczucie znajdowania się w drodze, a nie na szczycie sukcesu, choćby świętego, nie może nas opuścić chyba do samego końca. Nie wiem, oczywiście, czy komuś nie bywa dane Pawłowe poczucie dojścia, opisane tak wyraźnie w jednym z jego listów: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości…” (2 Tm 4, 7–8a). Sama nie potrafię sobie jednak tego wyobrazić.

Kup numer