70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Znaki zastane

Człowiek zaczyna się rozglądać za ukrytymi kamerami, gdy w kolejnym wynajmowanym pokoju znajduje książkę o okładce utrzymanej w granacie i bieli lub, przeciwnie, smolistej czerni, z charakterystycznymi trójkątnymi kształtami mającymi nasuwać na myśl a to zdradzieckie skały, a to kły potwora czającego się w ciemnościach, a to XIX-wieczne okręty.

Zdarzają się znaki, na które nie tyle my natrafiamy, ile one cierpliwie czekają na nas w jakimś miejscu, gdzie prędzej czy później mieliśmy trafić. Jak miniaturowe kosmetyki i jednorazowe czepki kąpielowe w hotelach. Przy czym w przypadku standaryzowanych vanity kits trudno doszukiwać się spersonalizowanego, tylko dla naszych oczu przeznaczonego komunikatu – choć można, oj, można – zdarzają się jednak znaki, które potrafią nieźle dać do myślenia. W hotelach, motelach, pensjonatach, apartamentach na wynajem, gospodarstwach agroturystycznych, domach pracy twórczej. To książki.

Brałam kiedyś udział w ankiecie, w której zapytano mnie, jakie książki czytam w wakacje. Nie rozpoznałam do końca intencji pytającego, wydawcy o ugruntowanej pozycji na rynku, oferującego potężne spektrum polskojęzycznych publikacji z zakresu szeroko pojętej beletrystyki i trochę węziej eseistyki. Naiwnie więc i szczerze odpowiedziałam: „zastane”. Z entuzjazmem i pieczołowicie rozwijałam temat książek, które zdarzało mi się znajdować w wynajmowanych w okresie letniej kanikuły lokalach pobytowych. Z założenia miały one służyć dodatkowej rozrywce pobywającego, cechowała je więc lekkość tematyki (choć niekoniecznie stylu) i chaotyczny layout, ale tylko z założenia, bo wśród pozycji kryminalnych i obyczajowych zdarzyło mi się znaleźć biografię Szczęsnego Potockiego pod ociekającym krwią i żółcią tytułem Dzieje zdrajcy i pamiętam, że ogromnie mi się wtedy ten tytuł spodobał, wydał mi się bowiem taki uniwersalny, pasujący do co drugiej biografii. Rozwijałam zatem ten temat do niespotykanej u mnie objętości chyba już ponad sześciu tysięcy znaków ze spacjami, gdy wydawca kompletnie zbił mnie z tropu pytaniem, czy któreś z wymienionych przeze mnie kuriozów nosi na sobie logo jego wydawnictwa. Zawstydziłam się swojego entuzjazmu, bo istotnie, nie nosiło.

Z hotelami, zwłaszcza sieciowymi, jest stosunkowo najmniej przygodowo, za to najbezpieczniej: jeśli coś mają na stanie, to zazwyczaj Biblię, w dodatku często w językach narodowych, w najlepszym razie po angielsku. Pismo Święte jest zawsze a propos, „napruci winem i palący jakieś zioła” autorzy Biblii tak ją skonstruowali, że gdziekolwiek otworzysz i którykolwiek werset wybierzesz do przeczytania, zawsze będzie się on odnosił do twojej aktualnej sytuacji i zazwyczaj będzie ci wskazywał ten jeden jedyny sposób wybrnięcia z niej – bądź przeciwnie, przyjemnego i pożytecznego w niej trwania – który tobie wydaje się najmniej pociągający. No, tak to działa. Ale już w pensjonatach, a zwłaszcza w gospodarstwach agroturystycznych, możemy znaleźć książki – w tych ostatnich pozostawione też przez poprzednich gości – których tematyce, wspólnym wątkom, tajemniczemu kluczowi doboru warto poświęcić chwilę refleksji.

To lato upłynęło mi pod znakiem nocy polarnej. Dowiedziałam się o niej wszystkiego, czego można się dowiedzieć z popularnej, rozrywkowej literatury, los podsuwał mi bowiem głównie historie osadzone w realiach koła podbiegunowego. Powiem krótko: człowiek zaczyna się rozglądać za ukrytymi kamerami, gdy w kolejnym wynajmowanym pokoju znajduje książkę o okładce utrzymanej w granacie i bieli lub, przeciwnie, smolistej czerni, z charakterystycznymi trójkątnymi kształtami mającymi nasuwać na myśl a to zdradzieckie skały, a to kły potwora czającego się w ciemnościach, a to XIX-wieczne okręty, które utknęły wśród lodowców i dopiero się zaczęło!; trójkąty są niedoceniane przez inne dziedziny sztuki jako środek artystycznego wyrazu, teraz to widzę. Szczególnie przez muzykę. Na kolejnych kartach kolejnych powieści z ludzi wrzuconych w czarną gardziel polarnej nocy wychodziło kolejne zło, część zła przychodziła z zewnątrz, będąc nadprzyrodzonym skutkiem dawnych, niepomszczonych zbrodni, a raz w jednej książce obok bazy szlachetnych amerykańskich naukowców spadł cały samolot z bandytami.

Ten mroczny festiwal wydawał mi się niecelowy aż do pewnego wrześniowego dnia, kiedy w porze dobranocki zorientowałam się, że dzieci nie grają w piłkę na moim podwórku studni, bo jest tam za ciemno, i wtedy czynione w zenicie lata badania nad polarną nocą nabrały sensu, tak głębokiego, jaki może mieć jedynie łykanie witaminy D na długo przed tym, nim dopadnie nas jesienna depresja.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter