70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. MK

Okruchy pamięci

Pierścionki są trzy, każdy inny. Daria Siwiak rozkłada je na stole w pracowni, przygotowuje do zdjęć. Kawałki cegły i zmurszałego drewna, wydobyte z ziemi na Muranowie, zatopione w przezroczystym materiale. Żywica uwydatnia ich kształty i kolor. Nabierają na nowo życia.

Kiedy w 74. rocznicę powstania w warszawskim getcie Daria zamieści na lokalnym forum internetowym fotografie ozdób wraz z ich historią, wzbudzą tak duże zainteresowanie, że będzie zmuszona tłumaczyć, czemu pierścionki nie są na sprzedaż. I dlaczego, choć zawodowo zajmuje się wyrobem biżuterii, nie zacznie wytwarzać ich na większą skalę. „Są tylko trzy i niech tak zostanie” – mówi Daria. Nawet jeśli materiałów mogłaby mieć pod dostatkiem, co więcej, na wyciągnięcie ręki. Te resztki wybrała pieczołowicie z wykopu pozosta­wionego przez robotników przy dawnej ul. Leszno, obecnie al. Solidarności, części osiedla-pomnika, powstałego z gruzów i na gruzach dawnej żydowskiej dzielnicy północnej i getta, które dziś – jak piszą Barbara Engelking i Jacek Leociak – „ist­nieje już tylko pod asfaltem ulic muranowskich, pod chodnikami, pod skwerami podwórek, szkolnymi boiskami, dziedzińcami przedszkoli (…), pod wyjątkowo w tej dzielnicy wybujałymi topolami, lipami, klonami. Tam są sklepienia piwnic przykryte gruzem i ziemią – mocne gettowe korzenie pamięci[1]”.

 

Ocalone z rumowiska

Prostokątna, pokryta jasną emalią blacha o wymiarach 25 na 50 cm oznajmia wersalikami: „LEKARZ-DENTYSTA”. Poniżej nazwisko B. KACENELENBOGEN, wers niżej: „m. 7”. Mieszkanie numer 7 znajdowało się na Muranowie, lecz gdzie dokładnie, trudno dziś ustalić. Emaliowany szyld gabinetu dr Berty Kacenelenbogen trafił w ręce dwojga studentów Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego u zbiegu ul. Karmelickiej i Pawiej. Ryszard Cywiński i jego przyjaciółka Lucyna wydobyli go z gruzów 1 maja 1953 r., w trakcie prac społecznych przy porządkowaniu rumowiska dawnego getta. Nie­oczyszczona jeszcze blacha, z widocznymi na brzegach otworami po śrubach, pojechała z Ryszardem do Legionowa, gdzie jego rodzina rozbudowywała wówczas dom. Gdy odwiedził rodzinę ponownie, usłyszał od ciotki: „To nie jest taka zwykła blacha, to jest szyld dentysty, Żyda, zamordowanego w getcie lub wywiezionego do Oświęcimia i tam zagazowanego. Nie wypada tablicy z nazwiskiem zamordo­wanego człowieka umieszczać byle gdzie”[2].

W 2006 r. pośrodku placu z pomnikiem Bohaterów Getta wyrósł niebieski namiot – ohel, znacząc miejsce, w którym miało stanąć przyszłe Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Zaintrygowani konstrukcją przechodnie mogli zajrzeć do środka i dowiedzieć się, że powstająca instytucja zaprasza do oddawania przed­ miotów związanych z życiem żydowskiej społeczności w Polsce, tkwiących dotąd w szufladach, piwnicach i na strychach. Jednym z pierwszych ofiarodawców był Ryszard Cywiński, który przeczytał o akcji w gazecie. Szyld wrócił do niego w 1969 r. po śmierci ciotki wraz z domem, który po niej odziedziczył. Teraz znalazł swoje miejsce w muzeum, wraz z obrazem Ewy Kuryluk z cyklu Ekrany, medalem Ireny Sendlerowej, świecznikami znalezionymi na wysypisku, zdjęciami, książkami, szkol­nymi zeszytami i puszkami kwestarskimi. Szyld ma numer MHŻP-B9.

 

Dopowiadanie historii

„O wcześniejszych losach szyldu, niestety wiadomo niewiele, nieznany jest też jego autor – mówi Aleksandra Przeździecka-Kujałowicz z działu zbiorów Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. – W spisie medyków działających w war­szawskim getcie udało się odnaleźć nazwisko dr Berty Kacenelenbogen. W chwili utworzenia getta przebywało tam prawie 1000 lekarzy, z czego więk­szość prowadziła indywidualną prak­tykę. W lipcu 1942 r. działało ich już czterokrotnie więcej, najliczniej repre­zentowani byli właśnie dentyści, obok chirurgów i ginekologów”.

Medium – tak zatytułowała swój projekt artystka wizualna Patrycja Orzechowska, która wczesną wiosną tego roku w ramach rezydencji w muzeum naświetliła wybrane poży­dowskie przedmioty na materiale świa­tłoczułym. „Zależało mi, by oddać cha­rakter tej kolekcji, tworzonej oddolnie, demokratycznej, złożonej z rzeczy o wartości głównie emocjonalnej, nie materialnej – mówi. – Wybierałam te o niewielkich gabarytach oraz te nio­sące ze sobą najciekawsze historie, lecz kierując się wiernością przekazu, uwzględniłam również te, których pery­petie są niewiadomą; trzeba je sobie dopowiadać na podstawie skąpych informacji”.

Gdy rok po inauguracji działal­ności muzeum w przeznaczonym dlań budynku otwarło wyczekiwaną wystawę stałą, opartą głównie na mate­riale multimedialnym, wśród odwie­dzających powtarzały się głosy zdzi­wienia z powodu takiego wyboru. Nie­wielu zdawało sobie sprawę, że w tym samym gmachu mieści się ponad 2 tys. darów i porównywalna ilość depo­zytów. Zaczynając prace, także Patrycja Orzechowska nie miała pojęcia o ich istnieniu. „Chciałam opublikować ogło­szenie, prosząc ludzi o przynoszenie rzeczy związanych z żydowską historią, jak zrobiła wcześniej inna rezydentka Muzeum POLIN, Eliane Esther Bots, fil­mując później ofiarodawców opowia­dających o losach tych przedmiotów – wspomina. – Kiedy podzieliłam się pomysłem z Agnieszką Pinderą, kura­torką z muzeum, powiedziała mi, że przecież jest ich mnóstwo na miejscu, wystarczy przejść z piętra na piętro”.

Choć początkowo POLIN pla­nowało oprzeć zasoby wyłącznie na materiale wirtualnym, w trakcie prac nad wystawą organizatorzy zmienili zdanie, dochodząc do wniosku, że autentyczne przedmioty wzbogacą przekaz. W przeciwieństwie do kolekcji Żydowskiego Instytutu Historycznego, opartej na cennych, artystycznie wykonanych eksponatach, postawiono jednak na pamiątki o charakterze osobistym, niekiedy niepoddające się wycenie – chodziło o dokumentację nawet najbanalniejszych elementów życia codziennego. 450 spo­śród nich zaprezentowano w 2013 r. na wystawie Biografie rzeczy.

Są w tym zbiorze wieszaki na ubrania z Lublina, dostarczone przez Juliana Lenkiewicza. Latami służyły jego rodzinie, aż domownicy zaczęli dostrzegać w nich nie tylko obiekt użytkowy, lecz i przedmiot z minionej epoki. Zachowy­wano je więc podczas kolejnych przeprowadzek, aż trafiły do muzeum – też były jednymi z pierwszych nabytków. Jeden wieszak ma wygrawerowaną nazwę firmy: „CENTRALA UBIORÓW MĘSKICH, DAMSKICH[,] UCZNIOWSKICH oraz FUTER – N. FISZMAN – Lublin – ul. KRAK.-PRZEDM. 10, róg Bernardyńskiej”, a dolną część jego metalowego uszka osłania szyjka z drewna. Kamienica na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Bernardyńskiej stoi w mieście do dziś, w 1971 r. wpisano ją do rejestru zabytków. Inny, z sygnaturą firmy Szyfman, pochodzi z ul. Kró­lewskiej, przy której działały m.in. żydowskie drukarnie oraz redakcja dziennika „Lubliner Tugblat” publikującego w jidysz.

Są dwie ośmiokątne płytki podłogowe z Zakładów Ceramicznych Dziewulski i Lange, wykonane po 1883 r., pochodzące najprawdopodobniej (słowo „najprawdo­podobniej” wyjątkowo często przewija się w opisach) z nieistniejącej już synagogi na warszawskiej Pradze, która choć uszkodzona, przetrwała wojnę, bo Niemcy urządzili w niej odwszalnię. Choć w 1949 r. wpisano ją do rejestru zabytków, wkrótce została rozebrana. Płytki znaleźli 10 lat później studenci porządkujący teren po świątyni. Mają wzór podobny do tych, które zachowały się w gmachu dawnego banku Wilhelma Landaua przy ul. Senatorskiej 38 w War­szawie, w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca, gdzie stała słynna Wielka Syna­goga na Tłomackiem.

Są też wykopane w okolicach Bolimowa 32 bączki chanukowe i matryca drukarska hebrajskiego modlitewnika. Samowar i waga, jedyne pamiątki po żydowskich rodzicach Romu­alda Jakuba Wekslera-Waszkinela, dziś katolickiego księdza, ocalonego z Zagłady przez polską rodzinę Waszkinelów. Papierośnica z wygrawerowanym widokiem Trasy W-Z, należąca kiedyś do architekta Zygmunta Stępińskiego, ojca obecnego wicedyrektora muzeum, który odziedziczył po nim też imię. Zawartość walizki Anny Trachtenherc, emigrantki z marca 1968 r.

Najwięcej jednak przedmiotów widm, kawałków większej całości o nie zawsze rozpoznawalnym przeznaczeniu: skorup, strzępków, okruchów. Z sąsiedztwa.

 

Atlantyda pod podwórkiem

Gdy na powierzchni nie widać oczywistych śladów przeszłości, jak na Muranowie, którego żydowscy mieszkańcy zginęli, budynki zburzono, a potem zastąpiono częściowo ulepionym z ich resztek nowym osiedlem, o historii mówi ziemia. Czasem sama, niekiedy trzeba ją do tego nakłonić. Tak zro­bili pod koniec września 2015 r. artyści – Asli Çavus¸og˘lu oraz Małgo­rzata Kuciewicz i Simone De Iacobis z grupy projektowej Centrala, odsła­niając na kilka dni grunt na podwórku ul. Karmelickiej, w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze podczas wojny stał szpital ewangelicki, upamiętniony teraz tablicą na ścianie bloku z gru­zobetonu. Interwencję, realizowaną w ramach innej rezydencji arty­stycznej w Muzeum POLIN, nazwali The Cut, czyli cięcie, archeologiczna operacja na tkance miasta. Miała przypomnieć widzom, że pod spodem tego, co oglądają na co dzień – na pozór zwyczajnej, powojennej architektury – kryje się druga, nie­dostrzegana warstwa.

Już pierwszego dnia wykopalisk, prowadzonych przez architekta krajobrazu Krzysztofa Hermana, ziemia wypluła zawartość. Oprócz zdekompletowanego wyposażenia żydowskich domów – kawałków cegieł, płytek podłogowych, skorup po naczyniach – którymi zwykle dzieli się chętnie i w obfitości, tym razem zaofe­rowała odkrywcom kilka przedmiotów o symbolicznym znaczeniu, jak odznakę z rowerem i gwiazdą Dawida, widelec ze srebra, aptekarską butelkę. Wydobycie kompletnych znalezisk wyraźnie poruszyło zgromadzoną w sąsiedztwie wykopu publiczność; inaczej reaguje się na powtarzalne okruchy, które wszędzie wyglą­dają tak samo, inaczej na dowody istnienia konkretnej Atlantydy. Pojawiły się też pytania, co zrobić z przedmiotami wydobytymi w trakcie prac. Do kogo należą – do miasta czy do lokalnej społeczności? Czy powinny znaleźć się w którejś z żydow­skich instytucji, a może w jednej z muranowskich szkół?

„Przez firanki prześwitywały ulotne sylwetki starszych ludzi. Przypominało to grzebanie w garderobie zmarłej babci, której duch znajduje się w tym samym czasie w pokoju. Promienie czasu, załamywane przez artefakty i odbijane od ścian wypełnionych gruzami, zbiegły się, tworząc Wunderkammer – podwórze zapełnione najróżniejszymi ciekawostkami kulinarnymi: garnkami, patelniami, kafelkami z pieców, kuchenną armaturą, zębiskami widelców, świńskimi kłami, żebrami, kręgami…”[3] – jak pisze Jerzy Elżanowski w eseju podsumowującym projekt.

W ciągu tygodnia artystów odwiedziło na miejscu blisko 200 osób. Przycho­dziły z ciekawości, ale też podzielić się relacjami o własnych odkryciach sprzed lat. Pokazywały zdjęcia innych rzeczy wydobytych z muranowskich wykopów. Ziemia, z której cięciem uwolniono opowieść, sprowokowała kolejne.

 

Dotknąć nieżyjących

Zabawy w archeologie˛ – odnajdywanie skrawków codzienności poprzed­nich, żydowskich mieszkańców – tworzą wspólny mianownik dzieci dorastających na Muranowie, niezależnie od wieku. Najwięcej jednak ma do powiedzenia pierwsze pokolenie, dorastające na wielkim placu budowy, jakim w latach 50. było osiedle, rozsławiane przez ówczesną propagandę jako wzorcowa nowoczesna osada dla robotników w centrum Warszawy.

Halina B. (imię i inicjał nazwiska zmienione), która wprowadziła się do tutejszego bloku jako kilkuletnia dziewczynka, pamięta rozsypane na jednym z podwórek koraliki, o których pisała w opowiadaniu Obecność Hanna Krall. Były szklane, w jaskrawych, wesołych kolorach, dokładnie takie, jak opisała je reporterka. Najpewniej produkcji firmy J. Alfus, Nalewki 24. Dziewczynki z sąsiedztwa nosiły je na szyjach nawleczone na nitkę.

Jacek Kamiński, redaktor, miał siedem, może osiem lat, gdy z innymi chłopa­kami z podwórka bawił się w walki Żydów z Niemcami, korzystając z niezliczonych spłonek z brązowego szkła, wielkości papierosowych fifek, które po uderzeniu nogą strzelały tak, że było je słychać na sąsiednich ulicach. Pod cienką warstwą ziemi ciągle coś znajdowali. Niektóre trofea wciąż tkwią w domu Jacka. Talerz z niebie­skim szlaczkiem. Prosty porcelitowy dzbanek ozdobiony tylko u góry zielonym roślinnym motywem, a na dnie – niemieckim orłem wymalowanym białą farbą, wykopany w okolicy kopca na Miłej, gdzie znaleźli śmierć przywódca powstania w getcie Mordechaj Anielewicz i jego towarzysze. „Hitlerowcy – mówi Jacek – nie nosili przy sobie takich naczyń, więc jakiś mieszkaniec dzielnicy północnej musiał go kupić jeszcze przed wojną”. Co jeszcze wtedy znalazł? Kilka nadpalonych książek, zadrukowanych hebrajskimi literami. I lalkę bez kończyn, walającą się w rowie jak przypomnienie o wojnie.

Rzeczy wciąż szukają nowych właścicieli, choć pierwsi poszukiwacze prze­czesywali teren Muranowa tuż po wojnie. To, co naprawdę cenne, z reguły zabrali już Niemcy, choć nawet prasa odnotowywała krążącą w tamtym czasie wśród war­szawiaków opowieść o nierozgarniętej robotnicy, która z eskapady na miejsce-po­-getcie przyniosła do domu żółty krążek z metalu.

Gdy dowiedziała się, że to złota pięciorublówka wartości paruset złotych, miała załamać ręce, bo „tych blaszek tyle tam leżało…”[4]. Podobna, potwierdzona historia przydarzyła się robotnikom pracującym przy odgruzowywaniu rumowiska pod przyszłą ulicę – gdy zawiado­mili milicję o odkryciu szczątków ludzkich szkieletów, ta natrafiła przy okazji na sporą ilość złotej biżuterii, którą „zaplombowano i przekazano na rzecz Skarbu Państwa”[5]. Wobec braku złotych monet brało się to, co miało praktyczną wartość. Głównie całe cegły, służące do budowy prowizorycznych domów. Kawałki desek, resztki ram okiennych i drzwi, drewno podłogowe wygrzebane spod gruzów. Na ludzkie kości natrafiano jeszcze pod­czas odgruzowywania w latach 50. „Są one pieczołowicie zbierane i składane do specjalnych pudełek, których wiele rozmieszczonych jest na terenie Mura­nowa” – podawało „Życie Warszawy”[6].

Jakub Duszyński, o którym pisałam kilka lat temu w książce Stacja Muranów, nauczył się uważnie patrzeć pod nogi. Dzięki temu do jego domu trafiły: kawałek ramy łóżka, stary zamek do drzwi, jakieś bute­leczki, solniczka. Część przedmiotów podarowali mu robotnicy pracujący przy wymianie kabli. „Nie kieruje mną potrzeba kolekcjonerstwa, zresztą z takiego punktu widzenia większość tych rzeczy jest kompletnie bezwarto­ściowa. Służą mi do refleksji, że przez te same dziurki w solniczce ktoś inny sypał sól podczas śniadania i obiadu, a z butelki wklepywał sobie w policzki wodę kolońską, i pośrednio mogę też w pewien sposób dotknąć nieżyjących już ludzi” – mówił.

 

Widmowy łącznik

„To był impuls” – stwierdza Daria Siwiak, odtwarzając w pamięci prze­bieg tamtego wieczoru sprzed roku, kiedy po wyjściu z kina Muranów dostrzegła świeży wykop, wyjątkowo niepilnowany przez robotników, i nie­wiele myśląc, chwilę później już stała wewnątrz, zgarniając do kieszeni kawałki cegieł i drewna. Urodzona w tej okolicy, w pobliżu nieistnieją­cego już kina Femina, niegdyś teatru o tej samej nazwie kierowanego w czasach getta przez Jerzego Juran­dota, w którym występowały Marysia Ajzensztadt i Stefania Grodzieńska – odkąd podczas jednego z dziecię­cych spacerów ojciec wytłumaczył jej, co kryje się za charakterystyczną pagórkowatością okolicy, podobnie jak Jakub Duszyński nie mogła

 

się oprzeć zaglądaniu w głąb ziemi odsłanianej podczas prac remonto­wych lub budowlanych. Dwa metry pod powierzchnią prześwitywało tam drugie dno, ściany przedwojennych budynków, przykryte dotąd betonem.

Rozłożyła pozyskane kawałki na stole, taksując je fachowym okiem. Były zbyt drobne, z takich składników trudno coś stworzyć. Następnego dnia, wyposażona już w rękawiczki i foliowe torebki, wróciła na poszukiwanie więk­szego fragmentu. Robotnicy nie zdzi­wili się na jej widok. „Pani z muzeum?” – usłyszała. Odpowiedni kawałek odna­lazł się bez przeszkód, dopełniając oso­bistą kolekcję o niewiadomym jeszcze przeznaczeniu.

Daria zastanawiała się, jak by ją utrwalić. Drewno było tak zbutwiałe, że rozpadało się w rękach. „Wyobraźnia podsunęła przezroczystą substancję i zatopione w niej przedmioty. To obca mi technologia, tworząc biżu­terię, pracuję z kamieniami i srebrem”– opowiada. Pomogła koleżanka, spe­cjalizująca się w zatapianiu w żywicy przedmiotów, które przynoszą jej klienci, chcąc je utrwalić i nosić jak talizman. Trafiają się pukle włosów ukochanych osób, sierść zwierząt, ale i powietrze pochodzące z koncertu Justina Biebera, które przyniosła w słoiku nastoletnia fanka. Na tym tle okruchy z getta mogły wydać się czymś wręcz banalnym. Nowa forma nadała im wyrazistość. Odwrotnie niż dzia­łanie Patrycji Orzechowskiej w ramach projektu Medium, nawiązującego do pierwszych skojarzeń związanych z odkryciem fotografii analogowej i nastrojom towarzyszącym wykony­waniu w ten sposób pierwszych zdjęć. „Naświetlając przedmioty i utrwalając ich kształt na papierze, na swój sposób dematerializowałam kolekcję, akcen­tując jej widmowość, którą czuje się niemal fizycznie, obcując z tymi przedmiotami, myśląc o pustce, jaka została po polskich Żydach – mówi. – Medium stawała się zarówno dana rzecz, łącznik między poprzednim właścicielem i znalazcą, medium jest w pewnym sensie muzeum, jako zbiór, nośnik idei, oraz ja sama, osoba, która naświetla, prześwietla, pośredniczy między przeszłością a teraźniejszością” – dodaje Patrycja.

***

Srebrne sztuc´ce z łodzi – łyz˙ke˛ i widelec – podarowała muzeum ludwika Wujec. Pochodzą ze ślubnego kompletu Zofii Ulman z domu Okrent, siostry Oskara Okrenta, ojca Ludwiki. Zofia Okrent urodziła się w 1914 r. w Łodzi; po wybuchu wojny trafiła do Związku Radzieckiego. Wstąpiła w szeregi 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, z którą wróciła do Polski. Po wojnie zamieszkała w Łodzi razem z wdową po bracie Reginą Okrent i jej córką Ludwiką. Pracowała m.in. jako tłumaczka z języka rosyjskiego oraz w szkole. Po wydarzeniach marcowych 1968 r. razem z synem wyjechała do Szwecji, gdzie zmarła.

Dla Ludwiki Wujec sztućce to nie tylko pamiątka po ciotce, lecz również wyraz pamięci o całej rodzinie, ofiarach Zagłady.

Biała serwetka w kształcie zbliżonym do rombu, z zaokrąglonymi krawę­dziami, też z muzealnych zbiorów, służyła kiedyś żydowskiej rodzinie Frymelów do przykrywania dwóch bochenków chały w czasie kolacji szabatowej. Frymelowie przekazali serwetkę polskiej rodzinie Adamczyków, która udzieliła im schronienia podczas wojny, w dowód wdzięczności. Adamczykowie zostali uhonorowani medalami Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Patrycja Orzechowska: „Obcując z przedmiotami z kolekcji, myślałam o tym, jak ich potencjał ujawnia się dopiero wówczas, gdy zabrakło podmiotu, ludzi, do których należały. Postrzeganie rzeczy się zmienia: początkowo patrzymy na każdą z nich jak na coś zwyczajnego, bezwartościowego, zwłaszcza jeśli była wytworzona masowo, dopiero po czasie okazuje się, że nawet najbanalniejszy przedmiot zyskał indywidualny rys”.

Jedna z uczestniczek projektu rezydencyjnego Eliane Esther Bots przyniosła ze sobą przedmiot, którego nie chciała pokazać przed kamerą, bo dotyczył rodzinnej tajemnicy i nie była jeszcze gotowa go upublicznić – sfilmowano go w pudełku.

„To jest rodzaj epitafium (…), niemy świadek zbrodni ludobójstwa hitle­rowskiego”[7] – mówiła o szyldzie znalezionym w ruinach getta ciotka Ryszarda Cywińskiego.

Ofiarodawca dwóch pamiątkowych pierścieni z getta warszawskiego, zakupio­nych przed laty w desie, przekazał je do muzeum po ciężkiej chorobie – jak powie­dział, wierzył, że były rodzajem talizmanu, który pozwolił mu wrócić do zdrowia.

Jak pisze Ewa Klekot, „dziedzictwo to nie zbiór obiektów, lecz postawa wobec przeszłości”[8]. Rozmówcy Eliane Esther Bots „mieli przynieść rzeczy związane z żydowską przeszłością – przynieśli natomiast to, co umożliwiało im snucie opo­wieści o tym, kim są sami tu i teraz”[9].

„Naświetlając obiekty z kolekcji w ciemni zaaranżowanej na miejscu, w Muzeum POLIN, niewidoczna dla pracowników ani odwiedzających, czułam, że choć większość z nich nie ma wartości kolekcjonerskiej, mają ogromny ładunek emocjonalny – mówi Patrycja Orzechowska. – Bałam się, żeby w tych ciemnościach przez przypadek niczego nie uszkodzić, nawet zwykłego kafelka z rumowiska, bo jeśli rozbije się na podłodze, drugiego takiego już nie będzie”.

Ręka jej drżała, ale żaden z przedmiotów nie doznał uszczerbku.

_

[1] B. Engelking, J. Leociak, Getto warszawskie. ­Przewodnik po nieistniejącym mieście, Warszawa 2001, s. 766.

[2] Cytat według relacji dołączonej przez dar­czyńcę do obiektu.

[3] J. Elżanowski, Udomawianie przemocy: zapiski ze społeczno-przestrzennego wtargnię­cia w antropologiczną warstwę Warszawy, w : Obecność / Brak / Ślady. Współcześni artyści o żydowskiej Warszawie, katalog pore­zydencyjny, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Warszawa 2016, s. 174–175.

[4] „Express Wieczorny” z 29 listopada 1946 r.

[5] „Robotnik” z 5 września 1945 r.

[6] Ze starej cegły – nowe domy, „Życie Warszawy” z 26 września 1949 r.

[7] Cytat według relacji dołączonej przez dar­czyńcę do obiektu.

[8] E. Klekot, Zerwana ciągłość pamięci i rzeczy, w: Obecność / Brak / Ślady…, dz. cyt., s. 60.

[9] Tamże.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter