70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O wstydzie monologi bezwstydne

Przekroczenie pewnej granicy wstydu prowadzi do cyfrowego ekshibicjonizm (digital exhibitionism), paradoksalnie, piętnowanego. Mamy się wstydzić tego, że się nie wstydzimy. Ale i przeciwnie, mamy się wstydzić tego, że się wstydzimy. Wstyd jest na pokaz. Wydaje się bardziej powierzchowny niż poczucie winy, mniej zaawansowany. Wiąże się z lękiem przed tym, co ludzie powiedzą, przed zhańbieniem, ujmą na honorze lub złą reputacją.

Mira Marcinów: Zanim opowiemy sobie o tym nowoczesnym (bez)wstydzie, chciałam zacząć od dwóch interesujących obszarów, na których bezwzględnie zaatakuję wstyd. Chodzi o pewien model twórczości literackiej oraz o swoistą wizję kobiecości. Po pierwsze, bronię „bezwstydnego” pisarstwa, takiego jak u Thomasa Bernharda, który przyznał w „Autobiografiach”, że gdyby odczuwał choćby najmniejszy wstyd, nie mógłby w ogóle pisać, pisze tylko absolutny bezwstydnik, jedynie wtedy jest autentyczny. Mamy też polski głos w tej sprawie: „Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu” – stwierdził Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”. Do mnie właśnie taka wizja bezwstydu jako katalizatora zachowań twórczych trafia. Nie trzeba nawet sięgać po przykłady z psychologii twórczości. Po drugie, to wszystko, o czym będziemy mówili, poruszając temat wstydu w dobie Internetu, dotyczy rozbieżności pomiędzy „ja” idealnym a „ja” aktualnym, a zatem przedmiotem wstydu są pewne cechy psychiczne. Co jednak ze wstydem tak często wiązanym ze sferą cielesną? Powiedziałabym, że możemy przyjąć pewien dualizm psychofizyczny, jeśli chodzi o przedmiot wstydu. Slavoj Žižek zauważył, że czujemy wstyd, gdy musimy stawić czoła wybrykom („excess”) naszego ciała. Dla niego przedstawienie wstydu w najczystszej postaci odnajdujemy w scenie ze „Świateł wielkiego miasta”. Tam Chaplin połyka gwizdek i dostaje czkawki, w wyniku czego z głębi jego ciała wydobywa się komiczne fiuczenie. Według mnie czystą sceną wstydu jest incydent z „Nieznośnej lekkości bytu” Kundery, kiedy Teresie, po raz pierwszy przekraczającej próg mieszkania Tomasza, głośno burczy w brzuchu. Na taki wstyd, którego obiektem jest cielesność, z pewnością znajduje się miejsce współcześnie. Nie oznacza to natomiast, że musimy przystać na wyłaniającą się z tego obrazka wizję wstydliwej kobiety. Cielesność nie implikuje tu erotyki rozumianej za Audrey Lorde jako kobieca siła życiowa. Przeciwnie, wstyd zdaje się niszczyć tak rozumiany eros. Nie widzę dla siebie jako kobiety żadnej pozytywnej strony nostalgii za niewiastą wstydliwą, tęsknoty za tą, która w reakcji na męskie spojrzenia spuszcza wzrok i się rumieni. Kazimierz Przerwa-Tetmajer mógł pisać: „I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania przyznać, że czuje rozkosz”, ale dzisiejsze utyskiwanie na kobiety bezwstydne odbieram jako narzędzie dyscyplinujące, jako anachronizm.

 

Bartłomiej Dobroczyński: Obydwoje więc pytamy, czy współcześnie jeszcze mówić o tak staromodnym pojęciu jak wstyd. Z jednej strony wydaje się, że jest on fenomenem znajdującym się niejako w zaniku, gdyż zdolność do wstydzenia się wymaga nie tylko pewnego poziomu refleksji i dojrzałości etycznej, ale także uznania prawa do intymności własnej i innych ludzi. Zaś już w latach 50. Karl Jaspers skarżył się na rozprzestrzeniający się jego zdaniem w naszej kulturze „bezwstyd duchowy”, nadmiernie rozbudzoną ciekawość, a wręcz wścibstwo w odniesieniu do różnych sfer życia naszych bliźnich, także sfer obyczajowych, intymnych i moralnych. Co zatem powiedziałby w epoce nowych mediów i portali społecznościowych, w czasach wszechobecnego wręcz ekshibicjonizmu, kiedy to postaci publiczne, ludzie kultury i celebryci, ale także zwykli obywatele prześcigają się wręcz w eksponowaniu i udostępnianiu innym takich obszarów życia, które dawniej były uznawane za zdecydowanie prywatne i nie na pokaz? Zainteresowanie seksualnością i innymi „pikantnymi” szczegółami funkcjonowania przedstawicieli tego samego gatunku nie jest domeną wyłącznie ludzką, odnotowujemy ją także u szympansów, pawianów czy w ogóle u zwierząt stadnych. Jednak dzisiaj w społecznościach zachodnich przybrało ono formy wręcz monstrualne. O tabloidyzacji można mówić nie tylko w odniesieniu do mediów, lecz także w kontekście tzw. życia codziennego. Coraz bardziej interesujemy się bowiem sytuacjami, w których inni zostają przyłapani w różnych ekstremalnych sytuacjach emocjonalnych (im bardziej zawstydzających, tym lepiej), zaś media równie bezwstydnie na tym naszym zainteresowaniu żerują. Wiemy też, że nic się tak dobrze nie sprzedaje jak np. filmik, na którym możemy zobaczyć znanego twórcę i polityka, gdy jest oszołomiony alkoholem lub narkotykami, przebrany za kobietę, a do tego zachowuje się niezbornie lub agresywnie i wygaduje bzdury. Z drugiej strony zaś, mam wrażenie, że ten swoisty medialny i internetowy „bezwstyd” staje się coraz doskonalszym narzędziem do generowania lęku przed znalezieniem się samemu w podobnych sytuacjach, a często do jeszcze większego zawstydzania i upokarzania innych. Nie trzeba wiele szukać w Internecie, żeby znaleźć tytuły w rodzaju: „Barca upokorzyła Real”, „Wpadka modowa Jenifer Lopez – co za wstyd”, „Wielka kompromitacja polityka” – i wiele innych, tym podobnych. Na nieco głębszym, choć nadal żenująco prymitywnym, poziomie opatruje się epitetem „wstydliwe” czy też „obciachowe” np. czyjeś gusty modowe, literackie, muzyczne. Niestety, w świecie kapitalistycznych wartości wstydliwe jest także nazbyt często to, że nas na coś nie stać, że nie możemy sobie na coś pozwolić: na atrakcyjne wakacje, najnowszy model laptopa czy smartfona modnej firmy, markowe ubranie, torebki czy buty. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że wstydzimy się i czujemy się upokorzeni coraz częściej, podobnie jak chętnie zawstydzamy i upokarzamy innych, choć kontekst i powody zmieniają się wraz z modami i obyczajami. Odnoszę natomiast wrażenie, że jednocześnie coraz częściej nie wstydzimy się tego, czego zdecydowanie powinniśmy się wstydzić. Co o tym sądzisz? 

 

Myślę o pewnym paradoksie. Z jednej strony żyjemy w zachodniej „kulturze winy”, a nie w japońskiej „kulturze wstydu”, jak twierdzi Ruth Benedict, amerykańska antropolożka. W kulturze wstydu większe znaczenie ma to, co ludzie powiedzą, niż to, co ja myślę o sobie. Tam zaś gdzie dominującą sankcją jest poczucie winy (według psychologów uczucie bardziej dojrzałe niż wstyd), ważniejsza jest moja świadomość przekroczenia pewnych norm moralnych. A zatem ten dosyć kontrowersyjny podział mówi o tym, że poczucie winy, w którym żyjemy, jest wynikiem wewnętrznej świadomości złamania norm, podczas gdy wschodnie poczucie wstydu to odpowiedź na zewnętrzną dezaprobatę, na to, że otwarcie mnie wyszydzono lub wydaje mi się, iż stanę się obiektem drwin. Pomimo wielu zastrzeżeń to rozgraniczenie pozwala lepiej zrozumieć subtelną różnicę między wstydem a poczuciem winy, z którym psychologowie wciąż mają problem. Przedmiotem wstydu jest niedoskonałość podmiotu. Wstydzimy się siebie: tego, że nie jesteśmy, nie byliśmy lub nie będziemy tacy, jacy być powinniśmy. Przedmiotem winy zaś jest nasze obecne, byłe lub zamierzone działanie. Różnice między wstydem i winą dobrze oddaje słynne zdanie Jana Jakuba Rousseau: „Nie to najciężej wyznać, co w nas jest zbrodnicze, ale co wstydliwe”. Zbrodnia dotyczy czynów, działań, jakie podejmuję, a nie tego, jak niekompetentny jestem, niedorastający do standardów zinternalizowanego „człowieka doskonałego”. Tu spowiedź i pokuta nie przyniosą ulgi, jak w przypadku winy, ze wstydem trzeba żyć. Z drugiej strony to właśnie w amerykańskiej kulturze kategoria wstydu, jako znane od dawna narzędzie kontroli społecznej, nigdy nie miała się tak dobrze jak teraz, w epoce Web. 2.0. Karierę robi pojęcie „online public shaming” – publicznego zawstydzania w Internecie. W tym szczególnie dobrze rozpoznanym zjawiskiem jest „teen shaming”, czyli kontrowersyjna praktyka wychowywania przez publiczne poniżanie. Narzędziem upokarzania jest tu przesyłanie żenujących zdjęć i filmów do serwisów społecznościowych takich jak Facebook czy YouTube. Ojciec zamieszcza w Internecie film, na którym obcina nastoletniej córce włosy za karę. Niedługo po tym 13-latka popełnia samobójstwo. Mężczyzna, który odczytuje przed kamerą negatywny wobec rodziców wpis swojej córki na Facebooku, strzela z pistoletu w laptop nastolatki. Ta metoda dyscyplinowania ma wielu zwolenników. Inną płaszczyzną zawstydzania, do którego narzędzi dostarczają media społecznościowe, jest „slut shaming” – piętnowanie kobiet i dziewcząt z powodu ich faktycznej lub domniemanej aktywności seksualnej. Dziewczyna, której ojciec obciął włosy, miała być ukarana w ten sposób za przesłanie swojemu chłopakowi zdjęcia w wyzywającej pozie, które ten opublikował w Internecie. Samobójstwo było ekstremalną formą reakcji na obydwa rodzaje upokorzenia. Wstyd okazuje się współcześnie czymś znacznie bardziej elementarnym, niż myślimy.

 

W słowniku Lindego, którego studiowanie nawet i dziś jest pouczające, czytamy, że „wstyd nic innego jest, jak stoikowie wykładają, bojaźń złej sławy”. A sława to opinia, którą o nas mają inni. Zatem wstyd jest doświadczeniem czy też przeżyciem, które ma charakter przede wszystkim społeczny, choć możemy doznawać go także w samotności. Powiedziałbym nawet, że wstyd ma charakter wspólnotowy w takim sensie, że jego naturalnym tłem jest grupa ludzi, z którą się utożsamiamy i czujemy więź, której opinia jest dla nas istotna. Jeśli jako dojrzały mężczyzna nie umiałbym wytropić niedźwiedzia polarnego czy powozić psim zaprzęgiem, to wstydziłbym się z powodu tego defektu pośród Eskimosów z Grenlandii, jednak na tle krakowskich mieszczuchów nie stanowi to raczej problemu. Wstyd jest zatem jednym z regulatorów zachowania. Odgrywa specjalną rolę, dlatego że dotyczy bezpośrednio reputacji i wizerunku jednostki, a w konsekwencji czegoś bardzo istotnego, mianowicie jej tożsamości. Innymi słowy: wstyd to nie tylko obawa przed złą sławą u innych, ale sygnał zagrożenia naszej wewnętrznej istoty, uwierające i niedające się zlekceważyć ostrzeżenie: nie jesteś taki dobry, doskonały, porządny, uczciwy etc., jak ci się wydawało, że jesteś, ale też, jaki powinieneś być z racji tego, kim jesteś, bądź jaką funkcję sprawujesz. „Jesteś Polką – jak mogłaś się tak zachować?”, „Wstydź się, grzeczne dziewczynki tak nie robią!”, „Wstydź się, mężczyźnie to nie przystoi!”, „Wstydź się, mężatka się tak nie zachowuje!”, „Wstydź się, prawdziwy uczony się tak nie zachowuje!”, „Wstydź się” – itd. Wstyd jest więc pewną sytuacją, w której tożsamość pożądana przez nas lub przez społeczność (ale także nasza tożsamość deklarowana) zostaje mniej lub bardziej brutalnie zakwestionowana i zdemaskowana. Wstyd jest wtedy uczuciowym, intelektualnym, a także wolicjonalnym odzewem naszego organizmu, który, po pierwsze, zdaje sobie z tego sprawę, po drugie, odczuwa z tego powodu emocjonalny dyskomfort, a po trzecie, uruchamia w sobie chęć naprawienia zaistniałego, choć zdecydowanie niechcianego, stanu rzeczy. Co więcej, wstyd nie musi mieć wyłącznie indywidualnego wymiaru, bowiem możemy wstydzić się czegoś, czego wprawdzie nie zrobiliśmy sami, indywidualnie, ale zrobili to ci, z którymi się utożsamiamy, których uważamy za część siebie, i w ten sposób nasza tożsamość też – choć tylko pośrednio – doznaje uszczerbku. Mogę więc wstydzić się i mieć poważny problem tożsamościowy w związku z tym, co kiedyś zrobili Polacy (np. Żydom czy Czechom), ludzie biali (np. Aborygenom i Indianom obu Ameryk), mężczyźni (kobietom), katolicy (innowiercom) etc.

 

Etyka wstydu, charakterystyczna dla wczesnego okresu kultury greckiej, stanowiła fundament istnienia wspólnoty. Wstyd uznawano za cnotę. Ale i tu potrzebny był pewien umiar, wstyd może być manifestowany zarówno niedostatecznie, jak i nadmiernie. Obecnie na serwisach społecznościowych wstyd również wydaje się użytecznym narzędziem regulacji pewnych zachowań, np. tego, jakich publikowanych treści należy się wstydzić. Przed kilkoma laty tytuł słowa roku (przyznawany przez Webster Dictionary) otrzymał „oversharing” – nadmierne dzielenie się informacjami o sobie, ujawnienie nieodpowiedniej ilość szczegółów o życiu osobistym, przede wszystkim na serwisach społecznościowych. Internet, jako idealny obszar działań dla uprawiających „oversharing”, zatarł jeszcze bardziej podział na dziedzinę prywatności i sferę publiczną. Skoro mamy jednak kategorię nadmiaru, to musimy zakładać jakąkolwiek normatywność. Chcę przez to powiedzieć, że istnieje niepisany złoty środek w dzieleniu się szczegółami ze swojego życia, regulowany przez poczucie wstydu, zależny od środowiska i okoliczności. Przekroczenie pewnej granicy wstydu prowadzi do cyfrowego ekshibicjonizm („digital exhibitionism”), paradoksalnie, piętnowanego. Mamy się wstydzić tego, że się nie wstydzimy. Ale i przeciwnie, mamy się wstydzić tego, że się wstydzimy. Wstyd jest na pokaz. Wydaje się bardziej powierzchowny niż poczucie winy, mniej zaawansowany. Wiąże się z lękiem przed tym, co ludzie powiedzą, przed zhańbieniem, ujmą na honorze lub złą reputacją.

 

Sugerujesz, że wstyd jest nieco mniej wyrafinowaną formą negatywnej refleksji niż poczucie winy, ale istnieją psychologowie, którzy by się z tym nie zgodzili. Poczucie winy może bowiem mieć nader destrukcyjny charakter, podkreśla się też, że jest ono egocentryczne, bowiem skierowuje uwagę przeżywającego przede wszystkim na własną osobę – to „ja” jestem winny i „ja” odczuwam dyskomfort – podczas gdy o wiele lepsze byłoby poczucie odpowiedzialności, które uruchamia w nas chęć zadośćuczynienia, naprawy czy odbudowy tego, co zniszczyliśmy. W moim odczuciu ten wspólnotowy, a więc w sporej mierze konformistyczny, charakter wstydu ma jednak pewne zalety. Przecież zawstydzeni ludzie chcą uciec, schronić się przed wzrokiem innych, a jeśli tego nie mogą, to przynajmniej chowają twarz w dłoniach albo zasłaniają się szalami, kapturami, płaszczami. W Azji mówi się w tym kontekście wręcz o „utracie twarzy”. Wstyd bywa niekiedy odczuwany jako „palący”, co wiąże się z obecnością wyraźnych komponentów fizjologicznych: czerwienimy się, kulimy się i przygarbiamy, odczuwamy gorąco albo zimno – wszystko to ma charakter wypływania na widok publiczny czegoś, co powinno być ukryte, albo chcielibyśmy, żeby takie było. Zatem wstyd jest zarówno przykry, wręcz nieznośny, jak i stymulujący, skłaniający nas do zmiany i poprawy. Wyraźnie pokazuje, że nam na czymś zależy, że coś jest dla nas ważne. Zauważ, że taki Anders Breivik podczas procesu miał twarz niemal kamienną, obojętną, choć zabił prawie 70 osób. Nie malowały się na niej żadne oznaki ani wstydu, ani poczucia winy… Byłbym mniejszym pesymistą, gdyby on, ale także wielu innych ludzi: polityków różnych opcji, duchownych, działaczy społecznych i ludzi mediów, raczyło czasem objawić zdolność do wstydu, gdyby przyznali, że odczuwają dyskomfort z powodu czegoś, co zrobili, i że ten palący dyskomfort dopinguje ich do naprawy, przemiany.

 

Platon chciał ze wstydu uczynić na powrót jedno z centralnych pojęć etyki i polityki. Zgadzam się z tym, że wstyd ma pozytywne rysy, ale raczej mówiłabym tu o funkcjach adaptacyjnych niż o rzeczywistych zaletach. Widzę we wstydzie więcej szkód niż zysków. O pozytywnych stronach wstydu już mówiłam. Jeśli chodzi o funkcje społeczne, jakie pełni wstyd, to możemy wspomnieć o powstrzymywaniu zazdrości i rywalizacji. Wstydzę się mówić o swoich kompetencjach, nie afiszuję się z nimi, nie wzbudzam tym samym uczuć współzawodnictwa. Ponadto gdy się wstydzę i nie ujawniam pewnych informacji o sobie, to chronię zarówno swoją siłę, jak i słabość, pozostają one niezakwestionowane i niezranione. Dzięki uczuciu wstydu unikamy konfliktów. Nie oznacza to jednak, że będę broniła wstydu. Twoja postawa przypomniała mi debatę z początku lat 90., która pojawiła się jako odpowiedź na książkę Petera Kramera „Wsłuchując się w Prozac”, wprowadzającą termin psychofarmakologii kosmetycznej (analogicznie do chirurgii plastycznej). Prozac (fluoksetyna) jako tabletka szczęścia miał nie tylko ratować ludzi w depresji, ale również poprawić codzienne funkcjonowanie osób niebędących w jednoznacznie patologicznym stanie. Za społecznie atrakcyjne uchodzi, szczególnie w Ameryce, bycie przebojowym, energicznym, co wydaje się przeciwieństwem wstydliwości i idącego za tym wycofania. Gdy wynaleźliśmy idealne, jak sądzono, lekarstwo na wstyd i smutek, tak że emocje te mogłyby zostać skutecznie wyeliminowane z naszego życia, okazało się, że wcale tego nie chcemy. Ujawniło to nasz pozytywny stosunek do wstydu, wręcz romantyzację tego stanu. Okazało się, że my często ten swój wstyd lubimy, ale też bez przesady. Problem dotyczy tego, co jest bardziej niebezpieczne: nadmierne promowanie wstydu czy niedostateczne? Społeczne promowanie manifestowania wstydu przez Japończyków miało doprowadzić do sytuacji większego niż gdzie indziej odsetka chorych na fobię społeczną, czyli typową patologiczną formę wstydu. Jednak może jest to skrajna forma medykalizacji wstydu, nawet tam gdzie jest on pożądany, czyli mówienia o emocjach i stanach, dotychczas należących do kondycji ludzkiej, w terminach medycznych.

 

Wstyd wydaje mi się przede wszystkim zjawiskiem o charakterze kontekstowym, relatywnym. Takie samo zachowanie może być przyczyną wstydu bądź dumy w zależności od kontekstu, np. kiedy kradnę żywność sąsiadom, bo nie chce mi się pracować, i kiedy robię to samo na wojnie wrogowi, żeby wyżywić rodzinę. Podtrzymam też tezę, że wstyd jest zawsze psychologiczną daniną na rzecz wspólnoty. Wstydzić mogę się wyłącznie przed innymi bądź jakimś pojedynczym „innym” będącym symbolicznym ucieleśnieniem ideałów tej wspólnoty. To może być bóg bądź bogowie, to może być jakiś mistrz, przywódca czy człowiek, który jest dla mnie ważny, to mogę być wreszcie ja sam. Mogę bowiem wstydzić się przed samym sobą o tyle, o ile – jak to się mówi w psychologii – zinternalizowałem, a więc uwewnętrzniłem i uczyniłem własnymi, pewne normy wspólnotowe. Lubię myśleć biologicznie i zastanawiam się natychmiast, czy zwierzę może się wstydzić. Czy może się wstydzić wąż, borsuk, wilk albo szympans? Wydaje mi się, że jakieś namiastki, protofiguracje wstydu mogą posiadać tylko zwierzęta stadne, tzn. takie, jakie mają pewną wspólnotę, w której nawzajem od siebie wymagają. Zrobiono kiedyś taki eksperyment poświęcony zjawisku altruizmu odwzajemnionego („reciprocalaltruism”) u pewnego gatunku nietoperzy, w którym matki przynoszą pokarm dzieciom metodą „przedszkola”, tzn. karmią bez rozróżnienia na swoje i cudze. To, czy matka ma pokarm czy nie, jest widoczne dla innych po powiększonych wolach. I w ramach tego eksperymentu napompowano jednej matce wole, więc choć nie miała pokarmu, to inne samice widziały, że ona go ma. Z kolei napompowana samica „wiedziała”, że nie dysponuje jedzeniem, więc nie karmiła żadnych dzieci. I co się okazało? Oto inne samice w rewanżu nie karmiły potem jej dzieci, karząc ją niejako za jej „egoizm”. Moim zdaniem to jest taka prototypowa sytuacja ukazująca, jak mogłaby wyglądać geneza wstydu. W tym kontekście byłaby to symboliczna kara, w postaci uwewnętrznionego dyskomfortu i dezaprobaty innych za niesprostanie pewnym wymaganiom wspólnoty. Skoro tak, to aby w ogóle można było mówić o jakimkolwiek wstydzie, musi istnieć rzeczywista wspólnota: nie wystarczy społeczeństwo, bycie obywatelem lub konsumentem – o którym mówiła Margaret Thatcher – tylko właśnie wspólnota generująca więź i odpowiedzialność, ale też posiadająca swoisty etos i podzielane przez jej członków uniwersalia. Dzisiaj, kiedy różnego rodzaju spoiwa czy kleje społeczne zostały utracone, bo żyjemy w czasach „śmierci wielkich narracji”, a więc w domenie postreligii, postnarodu, wręcz postwszystkiego, wstyd zamieszkał w różnego rodzaju gettach i niszach. Czego innego wstydzi się hipster, czego innego aktor filmów pornograficznych, a czego innego słuchacz Radia Maryja. W dyskursie korporacyjnym zaś wstyd przeistoczył w tzw. straty wizerunkowe, czyli de facto zniknął zupełnie. Dodatkowo stało się to, o czym mówiłaś, a mianowicie pojawiły się poglądy, według których wstyd jest nieadaptacyjną skazą na naszej psychice, którą należy zmedykalizować, tzn. pozbyć się jej za pomocą oddziaływań o charakterze farmakologicznym bądź psychoterapeutycznym. Cały czas jednak nie należy zapominać, że żyjemy w postulowanym przez Deborda „społeczeństwie spektaklu”, w którym zawstydzanie pełni polityczną funkcję, jest wręcz sposobem sprawowania władzy. Prowadzi to jednak do swoistego paradoksu, bowiem w takim „medialnym kontekście”, od Breivika, jako dostarczyciela widowiska, nie domagamy się zawstydzenia w takim stopniu, w jakim domagamy się go od nastolatki, która zazdrościła koleżance torebki i ją ukradła, a w dodatku nie była to torebka od Prady za 7 tys. zł, tylko „nędzna podróbka” za 200. I wszyscy machają ręką na Breivika, a tu się oburzają: „Co za obciach!”…

 

Bronimy tego, czego nie mamy. Jestem wstydliwa, choć zwykle staram się to ukryć, i dlatego koncentruję się na trudnościach związanych ze wstydzeniem się współcześnie, z byciem Japończykiem w zamerykanizowanej Polsce. U Ciebie może jest odwrotnie i dlatego wstyd Ci się podoba albo polubiłeś swój wstyd, więc go bronisz. Dla mnie przeciwieństwem wstydu jest odwaga. Nawet na portalach społecznościowych trzeba mieć odwagę, żeby upubliczniać szczegóły ze swojego życia, trzeba być bezwstydnym. To jest konflikt  dwóch haseł: „Nie wstydź się! Uwierz w siebie!” z nieco mniej znanym sloganem: „Wstydź się! Uwierz w zbiorowość!”. Wyszedł nam więc stary poczciwy podział na kulturę indywidualistyczną i kolektywistyczną.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata