70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niepojęty świat obozów zagłady

W zbiorowej pamięci obóz w Auschwitz i Holokaust stały się jednym. Obozy koncentracyjne to jednak nie tylko eksterminacja Żydów, Polaków, Rosjan, Cyganów. „Ów system zawsze krył w sobie coś więcej” – pisze w Historii nazistowskich obozów koncentracyjnych Nikolaus Wachsmann i jest to jedno z najbardziej frapujących zdań w książce.

Nie dysponujemy jednym obrazem obozów, ponieważ nie pełniły one tylko jednej funkcji. W swej mrocznej historii dostosowywały się do aktualnych potrzeb III Rzeszy. Były więc i „aresztami ochronnymi” dla więźniów politycznych, obozami dla jeńców, później dla pracujących, wreszcie dla ginących. Ale były także fabrykami broni, eksperymentalnymi placówkami medycznymi, miejscami kwarantanny. Jak pisze Wachsmann: „Zdolność systemu obozów koncentracyjnych do absorbowania zmian i adaptacji bez utraty nadrzędnego celu miała okazać się jedną z jego najbardziej przerażających cech”. W szczytowym momencie było ich około 560, wraz z licznymi obozami filialnymi. Opisując KL, autor przedstawia w zasadzie zupełnie odrębny świat. Przedziwny, ale naprawdę istniejący kosmos zbrodni.

 

Na froncie politycznym

Imponuje objętość pracy, przystępny język, skonstruowanie jednej, konsekwentnej narracji. Jeszcze większe uznanie budzi umiejętność wielorakiego spojrzenia na KL. Autor chętnie oddaje głos zarówno więźniom, jak i oprawcom, okolicznym mieszkańcom, wreszcie stara się spojrzeć na zagadnienie przez pryzmat samej III Rzeszy. W efekcie otrzymujemy dzieło, którego lektura nie nuży pomimo ogromnych rozmiarów.

Autor wielokrotnie stawia trafne pytania, jak choćby o to, skąd tyle przemocy w obozach koncentracyjnych. Pierwsi strażnicy to bezrobotni – swoją gorliwością odwdzięczali się państwu, które się o nich zatroszczyło. Po rozpoczęciu II wojny światowej obozowe SS będzie kreować własny wizerunek: żołnierzy walczących na froncie politycznym. Inni mogli strzelać z dział, latać samolotami, ale to strażnicy obozów koncentracyjnych poświęcali się, pilnując łajdaków i jednostki aspołeczne. Jakkolwiek esesmani próbowali usprawiedliwić swoją morderczą działalność, Wachsmann celnie punktuje, że bez pomocy wódki nie byliby w stanie prowadzić masowego zabijania. Alkohol stawał się niezbędny, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia, aby stępić ostrość obrazu. Z czasem uzależniał do tego stopnia, że zabijano tylko po to, aby dostać swój przydział wódki. Wciąż powtarzano, że więźniowie nie są ludźmi. Obozowi strażnicy mówili to tak często, że po wojnie recytowali niemal bez zająknięcia: nie mordowaliśmy, tylko dokonywaliśmy aktu humanitaryzmu; nie katowaliśmy, tylko wprowadzaliśmy dyscyplinę. Zaskakujące jest, że obozy koncentracyjne miały wtopić się w krajobraz tak bardzo, że aż stać się jego częścią integralną.

Każdy obóz to w rzeczywistości małe miasteczko – własne magazyny, uniezależnienie od świata zewnętrznego, sprowadzanie przez personel wyższego stopnia swoich żon i dzieci, miłosne relacje pomiędzy strażnikami a strażniczkami.

Okolica chętnie podejmowała ekonomiczną współpracę. W pobliżu obozu Auschwitz miał powstać nawet park wypoczynkowy dla mieszkańców pobliskiego miasteczka. Pisząc zupełnie brutalnie: każdy na zewnątrz drutów korzystał z obecności obozu.

 

Niewidzialne obozy?

Od jakiegoś czasu w historii zagłady najbardziej interesują mnie dwa przenikające się zagadnienia: czy Niemcy wiedzieli o zbrodniach dokonywanych w obozach koncentracyjnych oraz jak współcześnie wygląda pamięć o tamtych wydarzeniach? Próbując odpowiedzieć na te pytania, Nikolaus Wachsmann przytomnie zauważa, że obozy koncentracyjne nie działały w próżni. Więźniowie podejmowali przeróżne prace w okolicznych miasteczkach (np. odgruzowywanie po nalotach), w gospodarstwach rolnych lub byli zatrudniani w fabrykach wielu firm (np. Bayer, Siemens). Przeprowadzani byli też przez miasteczka – ich pasiaste ubranie rzucało się przecież w oczy. Natomiast gazety niemieckie nie rozpisywały się o funkcjonowaniu obozów. Jeśli wspominano o więźniach, to wedle propagandowego schematu, w którym wszyscy zamknięci w obozach to kryminaliści i prostytutki, niebezpieczni zwyrodnialcy. Ich odstraszający wygląd – ogolone głowy, przerażające wychudzenie, podkrążone oczy, niezdrowa cera – potęgował jedynie odrazę, jaką mogli odczuwać wobec więźniów zdrowi Niemcy. Jak pisze Wachsmann: „Zamykanie oczu na akty przemocy było dla nich sposobem ignorowania nieprzyjemnej rzeczywistości polityki, z którą zasadniczo się zgadzali”. Historycy odwracanie wzroku nazwą mitem „niewidzialnych obozów”. Czy można zatem powiedzieć, że Niemcy zasadniczo wiedzieli o zbrodniczym charakterze obozów, ale nie znali szczegółów? Bardziej interesuje mnie coś innego: jak taka próba odpowiedzi wpływa na moje / nasze emocje? Wachsmann podsuwa liczne tropy, ale unika rozstrzygającej odpowiedzi. I jeszcze jeden mit: Niemcy też byli ofiarami polityki nazistowskiej. Trudno powściągnąć emocje, gdy zestawi się obok siebie postawy dwóch ofiar – jednej domniemanej (zwyczajni Niemcy), drugiej rzeczywistej (ludności okupowanej). „Ludzie mieszkający w pobliżu obozów koncentracyjnych w okupowanej Europie również okazywali więcej odwagi niż obywatele Trzeciej Rzeszy – pisze Wachsmann. – Polska Armia Krajowa i inne organizacje podziemne szmuglowały pieniądze, żywność, leki i odzież dla więźniów w Auschwitz”. Zastanawia przy tym fakt, że autor jest bardzo pesymistycznie nastawiony do możliwości oporu więźniów w obozach koncentracyjnych. Do tego stopnia, że nie wspomina o buncie w Sobiborze. Dla przykładu: Daniel Jonah Goldhagen w Wieku ludobójstwa na podstawie tego samego wydarzenia wyprowadza zupełnie odmienne wnioski…

Ocaleni z obozów koncentracyjnych nie mogli zapomnieć o tym, co przeszli. Rany psychiczne i fizyczne długo nie dawały o sobie zapomnieć. Upokarzająca walka o odszkodowanie, dopominanie się o sprawiedliwość, poszukiwanie nowego domu i pracy, obojętność społeczeństwa, które nie doświadczyło takiego losu. Oprawcy zaś zapominali bez problemu. Nie wszyscy odpowiedzieli za swoje czyny, a przykład doktora Mengele, który przypadkowo utonął w brazylijskim kurorcie wypoczynkowym w 1979 r., jest tego najlepszym dowodem. Wachsmann zauważa, co w pierwszym odruchu budzi sprzeciw, że kapo byli też przede wszystkim więźniami. Na ile mogli, a na ile chcieli wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję do ratowania innych? I czy ratując jednych, nie musieli (jednak) skazać innych? Nie przestając być rzeczowym historykiem, Wachsmann posiadł także umiejętność stawiania frapujących pytań. Niezwykle zastanawiający jest los obozów koncentracyjnych po zakończeniu wojny. Buchenwald od sierpnia 1945 do lutego 1950 r. służył Armii Czerwonej do zatrzymywania swoich więźniów. Część z nich stanowili działacze nazistowscy, część zaś to przeciwnicy obecnej radzieckiej okupacji. Dachau z kolei zostało przekształcone w… osiedle mieszkaniowe. Baraki więźniarskie, po drobnym remoncie, zostały wykorzystane na mieszkania. Tam gdzie dawniej mieściła się odwszalnia, teraz stała restauracja pod szyldem W Krematorium. Dopiero w latach 60. Dachau stało się miejscem pamięci. Dokonane zmiany na teranie dawnego obozu były jednak tak duże, że dziś żaden z historyków nie może wskazać z całą pewnością budynku, gdzie rozpoczęła się historia pierwszego obozu koncentracyjnego.

_

Nikolaus Wachsmann

Historia nazistowskich obozów koncentracyjnych

tłum. Maciej Antosiewicz, Świat Książki,

Warszawa 2016, s. 96

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata