70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Tymoteusz Piotrowski

Na telewizyjnej kozetce

Pomysł na In Treatment wydaje się prosty, a jednocześnie szalenie wymagający – wobec twórców, aktorów, a przede wszystkim widzów. Składa się właściwie wyłącznie z sesji terapeutycznych kolejnych, powracających co tydzień, pacjentów. Jest to terapia w najbardziej klasycznym sensie.

Do doktora Paula Westona (w nagradzanej roli Gabriel Byrne) pacjenci przychodzą, opowiadają o swoim życiu i problemach, przekraczając granicę, która wydaje się niejednokrotnie podczas oglądania serialu zatarta czy wręcz sztucznie wykreowana. A jednak to jej istnienie napędza niejedną rozmowę. Od początku wiemy, że Paul jest rozczarowany swoją rolą, zmęczony pacjentami i brakiem autentyczności. Szybko okazuje się, że problemy pacjentów nie są jedynymi. Nie ma niespodzianki – Paul także nie jest od nich wolny.

Każdy pacjent ma przypisany dzień tygodnia i godzinę. Każdy odcinek trwa niespełna 30 minut i obejmuje całą sesję. W pierwszym sezonie mamy aż dziewięć tygodni, w kolejnych dwóch – siedem. To naprawdę wiele, zważywszy na radykalność pomysłu. Jedyne, co się dzieje, to rozmowy. To jedna z niewielu produkcji, w której sam dialog jest akcją, nie zaś jej uzupełnieniem. Sesje są faktycznie jedynym sposobem poznawania wszystkich postaci. Nie mamy tu wydarzeń z ich udziałem, niewielki wkład w tworzenie serialowego świata ma też zewnętrzna rzeczywistość. Nie ma nawet większego znaczenia, gdzie mieści się gabinet, który sprawia wrażenie utopijnej enklawy. To zarówno wada tego serialu, który zdaje się chwilami sztucznie oddzielać przestrzeń terapii od problemów współczesności, jak i jego zaleta. Dzięki temu zabiegowi mamy okazję stanąć oko w oko z terapią jako procesem aspirującym do uniwersalności.

Na tę strategię składa się także fakt, że In Treatment nie jest serialem oryginalnym, a „krajowych” wersji (w tym polskie Bez tajemnic) powstało kilkanaście. Dowodzi to nie tylko atrakcyjności formatu, ale przekonania twórców o podobieństwie ludzkich problemów w różnych kontekstach kulturowych. Trudno nie odnieść wrażenia, że skutkuje to nieco schematycznymi historiami. Są to jednak raczej wyjątki aniżeli reguła. In Treatment to serial śmiały i innowacyjny. Do dziś nie utracił tego statusu, mimo że od premiery dzieli nas prawie 10 lat. Współczesna amerykańska telewizja przyzwyczaiła nas, że sesje terapeutyczne stanowią mniej (Casual) lub bardziej (The Sopranos, Tell Me You Love Me) istotne części składowe seriali. Tu jednak twórcy poszli krok dalej i nie oglądali się za siebie.

Trudno powiedzieć, że każdy pacjent jest równie interesujący lub przekonujący. W pierwszym sezonie najmocniejszym punktem miała być skandaliczna relacja terapeuty i pacjentki. Paradoksalnie, to ona okazuje się najmniej zajmująca – przewidywalna, chwilami wręcz tandetna i pozbawiona napięcia. Najbardziej elektryzujące są inne sesje, również stawiające pod znakiem zapytania etykę terapeutów i granice, które ustanawiają. Gina (w tej roli znakomita Dianne Wiest) to była terapeutka / przełożona Paula. Jej tajemniczość, powściągliwość i nieco wymuszona serdeczność sprawiają, że nie tylko relacja obu postaci zyskuje toksyczny charakter. Właściwie do ostatniego odcinka z jej udziałem trudno przewidzieć, czy będziemy się wzruszać, podążać za osobistą historią Paula czy obawiać się o życie i zdrowie ich obojga.

Docieramy do sedna In Treatment.

Ponad 100-odcinkowy serial buduje świat, w którym terapia nie tyle jest jedynym rozwiązaniem, ile najbardziej inspirującą drogą.

Zarówno dla samego terapeuty, którego neutralny stosunek do pacjentów wielokrotnie i świadomie jest podważany przez niego samego, jak i osób szukających pomocy. Widz często może odnieść wrażenie, że terapia u Paula nie zawsze im pomaga, a to, co ich przyciąga do jego gabinetu, to raczej on sam. Nieneutralny, nieobiektywny, niezdystansowany. Paul z nużącą wręcz regularnością powtarza swoje wątpliwości dotyczące praktyki terapeutycznej. Niecierpliwi się (to też pierwszy powód powrotu po latach do Giny), przekracza ramy rozmowy, nie tylko bezpośrednio ingerując w życie pacjentów, ale także nierzadko pozwalając im przejąć kontrolę nad własnymi emocjami. A jednak Paul Weston, wykreowany dla stacji HBO, z odcinka na odcinek staje się niemal fantazją o terapeucie. Jest jak lekarze z polskiego serialu Na dobre i na złe, za którymi widzowie tęsknią, idąc do swoich przychodni i szpitali. Za oboma serialami stoją zupełnie inne ambicje telewizyjne i dramatyczne. A jednak emocje są podobne. Paul jest nieustępliwie zaangażowany w losy pacjentów. To one są jedynym, co tak naprawdę go interesuje. Trudno nie zauważyć, że w budowaniu tego wrażenia twórcy posługują się sprawdzonymi trikami kreowania postaci. Gabinet Paula, niemal wyłączony ze świata, jest częścią jego domu. Mimo to każde pojawienie się w nim rodziny sprawia wrażenie wtargnięcia, zagrożenia dla pacjenta i widza. W gabinecie – koc, herbata, kolekcja modeli statków, biblioteka, a także osobne drzwi do wychodzenia i wchodzenia. To nie tylko niewinna scenografia. W tym serialu, skądinąd bardzo konserwatywnym wizualnie, nawet ograniczenie przestrzeni odgrywa istotną rolę.

Kilkakrotnie pojawia się sugestia, że Paul ma też innych pacjentów, ale to ci prezentowani są w danym okresie najważniejsi. Pozycja widza wymaga pełnej uwagi. In Treatment ma stać się jego codziennością. Ciągle nowe odcinki i nieustanna sesja. To ciekawy pomysł na przekroczenie kolejnej bariery realizmu. Nie tylko prostota wizualna, ograniczenie liczby kamer i bardzo statyczne zdjęcia odgrywają w tym procesie rolę – zbudowanie relacji z widzem na zasadzie cykliczności wydobywa z tej historii coś więcej. Może powtarzalność ludzkich błędów i schematów. Może fantazję o współodczuwającym terapeucie, gotowym zawiesić profesjonalizm na rzecz autentyczności i wyprowadzającym nas ku podmiotowej wolności. Dwuznaczna to gra.

In Treatment zdaje się też kreować wyrazistą wizję terapii. Brakuje tu trudności pacjentów w wyrażaniu swoich emocji i problemów. Duża łatwość ekspresji co jakiś czas kastruje dramatyzm serialu. To, co jest chyba największym problemem, to chwilami niedorastanie dramatu psychologicznego do radykalnego w zamyśle realizmu. Chciałoby się powiedzieć: widać, że In Treatment nie jest dziełem Bergmana i dwie rozmawiające postaci to zbyt mało. Ale nie w tym rzecz. In Treatment może być chwilami nużące – w swoich powtórzeniach – ale również na tym opiera się budowanie odbioru u widza. Że w finale mamy już dość terapii. Że mamy ją za sobą.

_

Już za miesiąc W ODCINKACH tekst Wita Szostaka!

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata