70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Metafizyka w człowieku

Religia nie redukuje się do metafizyki i etyki, tak jak obie te dziedziny do religii. Ale w moim przekonaniu wszystkie one zakładają wymiar metafizyczny i metafizyczną wyobraźnię.

To przy zdrowych zmysłach brałby dzisiaj w obronę metafizykę? O „metafizyce w człowieku” pisał Immanuel Kant, i właśnie do jego sformułowania chcę nawiązać. Równocześnie jednak myśliciel ten zrobił wszystko, żeby metafizyce odebrać prawdziwie filozoficzną wartość, czego skutkiem jest postępująca degradacja opinii na jej temat.

Co Kant krytykował w metafizyce? Jej pretensje do naukowości. Nauką było dla niego to wszystko, co stanowi nowożytne przyrodoznawstwo, a co rozwinęło się ze skrzyżowania pewnego matematycznego a priori, badań empirycznych oraz ontologicznej, rodem z metafizyki Arystotelesa, pojęciowości. Kant wykazał, że ontologiczne pojęcia – takie np. jak substancja, relacja itp. – stosują się do przedmiotów przyrodoznawstwa z tej racji, że naukowy porządek rzeczy ma charakter obiektywny, ale ograniczony do fenomenów, czyli tego, co jawi się dla podmiotu dzięki jego „świadomości transcendentalnej”, dzielonej z innymi podmiotami. Właśnie dlatego możliwe jest intersubiektywnie sprawdzalne przyrodoznawstwo. Te ontologiczne pojęcia – przydatne w przyrodoznawstwie – metafizyka chce stosować do świata ponadempirycznego, nie tyle do „fenomenów”, ile do „noumenów”, czyli „rzeczy samych w sobie”, z definicji pozafenomenalnych, takich jak dusza, całość świata czy Bóg. W ten sposób rozum wpada w paralogizmy, czyli w teorie niesprawdzalne i wzajemnie sprzeczne.

Kant dopuszczał jednak „metafizykę w człowieku”, i to w trojakiej postaci. Po pierwsze, jako sam sens etyki, która polega na posłuszeństwie względem imperatywu kategorycznego. Imperatyw ten mówi, jak wiadomo, że nie jesteśmy związani z determinującymi nas popędami, lecz możemy się od nich wyzwolić; ale wolność nie jest już fenomenem i nie daje się ani badać, ani określać w kategoriach czasoprzestrzennych – w tym sensie wolność jest noumenem meta-fizycznym. Po drugie, działania człowieka podlegają „ideom regulatywnym”. Poznanie naukowe dąży do prawdy, działanie moralne dąży do dobra; ale ani prawda, ani dobro nie są osiągalne, lecz stanowią nieuchronny horyzont naszych działań. Po trzecie, ogląd świata narzuca nam nieuchronnie teleologiczną i estetyczną jego wizję, która wyprowadza nas poniekąd z zamkniętego uniwersum fenomenów w stronę myśli o stwórcy świata. Dla Hegla pojęciowość metafizyczna staje się dialektycznym ruchem pojęć, napędzanym migotliwością bycia i nicości, które uruchamiają pojęciowy rozwój świata, ukoronowany ludzką kulturą, religią i filozofią. Ale filozofia nie jest tylko elementem dziania się świata pojęć, lecz także odkryciem jego genezy w ludzkim duchu. Pojęcie Boga jest pojęciem Ducha, ale Duch ten uświadamia się sobie jedynie w umyśle filozofa, gdyż jest de facto – pod względem swego sensu – tworem filozofa: samoświadomość Boga jest samoświadomością twórczego ludzkiego ducha. W ten sposób także świat metafizyki jawi się jako transcendentny jedynie pozornie, a w istocie jest immanentnym dziełem bosko-ludzkiej świadomości.

Kant, a przedtem już Kartezjusz, pojmował ludzką świadomość jako „uprzedmiotawiającą”, przynajmniej w porządku naukowym i filozoficznym. Znaczy to, że przedmioty poznania i pojęć można uznać za skrojone na miarę myślenia zakotwiczonego w podmiocie, nieprzekraczające jego poziomu. Późniejsza hermeneutyka przedmiotowości – przedmiotu jako takiego – widoczna choćby w filozofii Heideggera, dodaje do tego echa poglądów Giambattisty Vica oraz Francisa Bacona: przedmiot jest tym, nad czym można mieć władzę, zapanować, stać się nie tylko jego właścicielem, ale wręcz twórcą. Vico mówił, że nieweryfikowalną metafizykę wiecznych idei trzeba wreszcie zamienić na naukę o factum, czyli o tym, co człowiek faktycznie czyni i czynił; stąd ważniejsza od metafizyki jest historia. Z kolei Baconowska teza owocuje współczesną cywilizacją techniczną w szerokim tego słowa znaczeniu; właśnie nad przedmiotami techniki de iure można panować. Współbrzmi z nią i przedłuża ją słynna teza Karola Marksa, że ważne jest nie tyle, by świat poznawać, ile by go zmieniać: nie tyle factum, ile faciendum. W ten sposób metafizyka przedmiotowo-pojęciowa z definicji traci swoją użyteczność, a wraz z tym prawomocność, nie jest zdolna pomyśleć Boga na wzór św. Anzelma jako „Tego, nad co nic większego pomyśleć się nie da”, gdyż przez sam fakt pomyślenia – a co dopiero wysłowienia – to, co w tym sensie transcendentne, staje się immanentne, „panuje nad nim”.

To jednak, jak się zdaje, nie unicestwia metafizycznej intencji – czyż nie jest możliwe pomyślenie i nazwanie czegoś, co myślenie i nazywanie przekracza w pewnym szczególnym kierunku – obecnym na swój sposób w kulturze od zawsze: w religii, mitologii, poezji? „To, co metafizyczne”, jest tym, co pierwsze i najważniejsze, i co w najstarszej europejskiej metafizycznej myśli przybiera postać pytania o arche – pytania, na które można odpowiedzieć wielorako, ale co zawsze wyznacza kierunek poza to, co „jasne i wyraźne”, a ostatecznie poza dostępny horyzont świata.

„Meta” oznacza m.in. to, co „poza”. Lecz losy metafizyki przypieczętowało przede wszystkim nałożenie się tego, co metafizyczne, i tego, co religijne.

Ateizm poheglowski oraz tzw. systemy podejrzeń uznały bowiem za główny przedmiot metafizyki nie tyle Boga jako łup człowieka, ile odwrotnie: człowieka jako łup Boga – fikcyjnego pana i władcy, będącego w rzeczywistości „wyobcowaną” istotą człowieka.

Ów metafizyczny Bóg jest myślany jako gigantyczny nad-przedmiot o wszechmocy i zarazem natrętnej wszechwiedzy, który dla Nietzschego, a potem także Sartre’a pełni funckję zarazem pana i świadka, „wielkiego brata”, niepozwalającego rozwinąć się ludzkiej wolności. W rezultacie Bóg metafizyki tożsamy z Bogiem mono-teizmu staje się tworem ludzkiego strachu, uległości, potrzeby opieki i filozoficznej naiwności, bogiem zreifikowanego pojęcia o podejrzanej genezie, której nie przestawała tropić freudowska i pofreudowska psychoanaliza. Dla Nietzschego grecko-sokratejski rozum i żydowski Bóg zemsty to dwie twarze europejskiej degeneracji – ducha nienawiści wobec suwerennej ludzkiej wolności, której chrześcijańska miłość jest jedynie najbardziej wyrafinowaną odmianą. W stosunku do tak rozumianego boga Nietzsche ma jedynie instynkty niszczycielskie, nihilistyczne. W ten sposób Bóg metafizyki podzielił los Boga religii kapłańskiej – antropomorficznego tworu, w dużej jednak mierze w dalszym ciągu faktycznego obiektu czci. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata