70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Tymoteusz Piotrowski

Kto się boi Noli Darling?

She’s Gotta Have It, jest śmiałą i nieortodoksyjną wariacją na film o tym samym tytule, który Spike Lee – jeden z najbardziej wyrazistych amerykańskich reżyserów – nakręcił ponad 30 lat temu.

Nola Darling to młoda Afroamerykanka mieszkająca na stopniowo gentryfikującym się Brooklynie. W filmie z lat 80. jej imienniczka często słyszy pytanie o to, jak to możliwe, że stać ją – jako artystkę – na samodzielne opłacenie czynszu. Wtedy odpowiedź wydaje się oczywista: mieszkanie jest bardzo tanie. W dzisiejszej wersji wykupywanie kolejnych mieszkań przez kapitalistów, wzrost poziomu czynszów i wypieranie mieszkańców żyjących od lat w tej części miasta przez bogatych białych to w serialu tematy równie ważne co życie seksualne Noli.

To, czego dokonał Spike Lee, określiłabym jako doskonały przykład kreatywnego przystosowywania się do współczesności. Rama serialu, imię i podstawowe cechy bohaterki i jej kochanków, miejsce akcji, a nawet muzyka pozostają niezmienione. Wszystko to, co sprawia, że Nola jest bohaterką na wskroś współczesną i bliską widzowi, jest jednak zupełnie nowe. Aktualizacji uległy także standardy obyczajowe, z którymi mierzy się Darling, dalszoplanowe problemy oraz kontekst polityczny. W jednym z ostatnich odcinków pojawia się klaun – Donald Trump, który właśnie wygrał wybory prezydenckie.

Reakcje bohaterów, ich lęk i poruszenie, robią na widzu ogromne wrażenie, ponieważ nie sposób nie dostrzec zapowiedzi przyszłej katastrofy dla mniejszości etnicznych, narodowych i seksualnych.

Nie trzeba dodawać, że bohaterowie She’s Gotta Have It to postaci, których zmiana dotyczy bezpośrednio. Ten kontekst nadaje serialowi ważkości, której pozbawiony jest głupawy film usiłujący znaleźć się na tej samej półce co serial Lee. Mowa o The Incredible Jessica James tego samego producenta, którego pozorna pokrewność boleśnie ujawnia, jak wygląda udawanie ważnego tekstu kultury. Wspominam o tym dlatego, że można pokusić się o obejrzenie filmu zamiast śledzenia dziesięciu odcinków She’s Gotta Have It. Byłby to jednak fatalny błąd.

Poliamoryczne związki Noli Darling mogą budzić sprzeciw, wątpliwości, a nawet oburzenie. Nie sposób zaprzeczyć, że niektóre poglądy czy też stosunek bohaterki do jej kochanków skłaniają do pytań o to, jak dalece jedna osoba może decydować o całości relacji pary (a w tym przypadku: par). Nola Darling na każdą wątpliwość znajduje odpowiedź, eksponując swoją wolność osobistą oraz brak jakiegokolwiek przymusu stosowanego wobec trzech bardzo różnych mężczyzn i jednej kobiety.

Centrum świata malarki stanowi jej mieszkanie, a zarazem studio, w którym najważniejsze miejsce zajmuje „miłosne łóżko”. Tylko w nim uprawia seks. To jej mieszkanie jest scenerią dla wydarzeń w serialu. Lawirowanie głównej bohaterki pomiędzy kochankami to najważniejszy, ale nie jedyny wątek w serialu. Równie interesująca wydaje się przyjaźń z Shemekką, która postanawia powiększyć sobie pośladki i rozwijać karierę sceniczną. Relacja obu kobiet jest złożona i niejednoznaczna. To dzięki niej (i kilku innym postaciom) twórcy mieli okazję wyraźnie ukazać wielość ról i estetyk, które są bliskie młodym Afroamerykankom. Spike Lee nie boi się różnych rejestrów emocjonalnych. Jest tu sporo komediowych scen, nie brak też sentymentów i rzewności. Najważniejszą bohaterką pozostaje jednak zawsze Nola, która regularnie zwraca się bezpośrednio do widza, tłumacząc swoje motywacje i poglądy. Usunięcie czwartej ściany w tym przypadku funkcjonuje dużo lepiej  niż np. w House of Cards, gdzie z czasem stało się pustym gestem.

She’s Gotta Have It z refreniczną regularnością powraca wątek lęku mężczyzn przed śmiałą i pozbawioną kompleksów seksualnością Noli.

Ich niepokój powoduje nie tylko brak pełnej kontroli nad ciałem bohaterki, ale też świadomość istnienia innych ważnych osób w jej życiu. Nola nie przeprasza za swoje decyzje i pragnienia, nie godzi się na poddanie się regułom, które przyjmuje większość społeczeństwa. Siła tej skomplikowanej kobiety tkwi w bezpośredniości i otwartości w definiowaniu tego, kim jest i kim chce być. Kiedy ma już dość zaczepek na ulicy, a w końcu – bezpośredniego zagrożenia gwałtem, decyduje się na śmiałą akcję artystyczną na ulicach Brooklynu.

Nola to postać, która opowiada swoją historię własnym głosem i portretami, jakie maluje. Nie lada sztuką jest nieprzemienienie tych wyznań w pretensjonalne wynurzenia niedocenionej artystki. Sukces serialu nie opiera się tylko na talencie aktorskim DeWandy Wise oraz pozostałych aktorów (zastrzeżenia budzi wyłącznie Cleo Anthony w roli narcystycznego fotografa Greera Childsa). Spike Lee wymyślił estetykę, która pozwala tej historii wybić się ponad konwencję. Jednym z takich pomysłów jest pokazywanie okładek płyt, z których pochodzi aktualnie wybrzmiewająca piosenka lub melodia. To bardzo subtelny, a zarazem oryginalny sposób na nawiązanie kontaktu z muzyką i afroamerykańską kulturą, która tworzy atmosferę serialu. Jego estetyka jest doskonale rozpoznawalna dla produkcji Netflixa, ale w tym przypadku doskonale współgra z projektem aktualizacji filmu z lat 80. To bowiem jeden z tych seriali, który mimo wielu niejednoznacznych elementów, chyba niezbyt dobrego malarstwa (w przeciwieństwie do ulicznej akcji artystycznej) i kontrowersyjnych poglądów wyrażanych przez bohaterów jest boleśnie aktualny. Tak dla mieszkańców Brooklynu, jak dla niespokojnych obywateli gentryfikujących się polskich miast.

_

She’s Gotta Have It
Twórcy: Spike Lee, Tonya Lewis Lee
Netflix 2017

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter