70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Studio Munka

Krótkie jest piękne! Zwłaszcza w polskim kinie

Dla wielu reżyserów to jedynie wprawka przed pełnometrażowym debiutem, dla innych sprawdzian własnych możliwości, bo w miniaturze filmowej minimum czasu należy wykorzystać maksymalnie. Polskim twórcom wychodzi to coraz lepiej – nadwiślański krótki metraż ma się dziś wyjątkowo dobrze.

Zaznaczamy swoją obecność na najważniejszych światowych festiwalach filmowych i zbieramy tam pozytywne recenzje. Mazurek Julii Kolberger nagradzano od Bratysławy, przez Luksemburg, aż po Los Angeles, Magma Pawła Maślony wróciła ze statuetką z Palm Springs, Święto Zmarłych Aleksandry Terpińskiej spodobało się w Edynburgu, San Sebastián i Cottbus, Matkę Ziemię Piotra Złotorowicza wyróżniono w Locarno, a Lokatorki Klary Kochańskiej, tak jak pięć innych tytułów z Polski, spełniały w ubiegłym roku warunki do ubiegania się o nominację do Oscara dla najlepszego filmu krótkometrażowego. „Uważam, że krótki metraż w Polsce przeżywa obecnie fazę rozkwitu. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Przez trzy lata, jako dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, oglądałem wszystkie zgłaszane do konkursów filmy krótkometrażowe i nigdy nie było problemu z wyłonieniem 20–25 godnych stanięcia w szranki” – podsumowuje Michał Oleszczyk, krytyk filmowy, aktualnie związany z TVP1.

 

Bez wspólnego mianownika

Filmy te więcej dzieli, niż łączy. Ich reżyserzy wywodzą się z różnych środowisk, nie występują pod jedną egidą szkoły ani formacji artystycznej, inspirują się też dokonaniami różnych twórców. Łączy je właściwie tylko tyle, że zamykają się w ramach krótkiej opowieści i że podpisali je młodzi, rezolutni artyści z chrapką na kino. „Myślę, że krótkie metraże nie mają obecnie wspólnego mianownika poza jednym: młodzi reżyserzy debiutów wkładają w nie mnóstwo energii, bo wiedzą, że za ich pośrednictwem przedstawiają się światu, anonsują swoją obecność, ambicję i charakter” – zwraca uwagę Oleszczyk.

Marta Sikorska z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej dodaje, że dopiero teraz krótki metraż zaczyna funkcjonować na osobnych prawach: „Jeszcze do niedawna kojarzył nam się z filmem szkolnym albo amatorskimi dokonaniami niezależnych filmowców, najczęściej zrzeszających się w mniej lub bardziej formalne grupy jak ZyFy Skurcz czy Sky Piastowskie. Innym skojarzeniem był teledysk, który odkąd zaczął pojawiać się jako forma narratywna, funkcjonował jako krótki film. Kto z nas nie pamięta prawie 15-minutowego klipu Johna Landisa do piosenki Thriller Michael Jacksona z 1982 r.?”.

Skojarzenia te zaczęły ulegać zmianie w pierwszej dekadzie XXI w., wraz z przełomem technologicznym. To właśnie wtedy nowe media stworzyły kanał dystrybucji krótkich filmów. Dotąd spotykane od przypadku do przypadku w telewizji, nagle stały się obecne choćby na YouTubie, gdzie twórcy nierzadko sami publikują swoje filmy. Wciąż jednak brakuje popularnej platformy, na której moglibyśmy znaleźć dokonania w krótkim metrażu selekcjonowane według interesującego klucza. Takie możliwości są np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje kilka platform, jak choćby IndieFlix, które grupują zasoby w oryginalny sposób – pod kątem poruszonego tematu czy według ścieżki kariery aktora albo reżysera. Coraz bardziej istotny jest także nowojorski Kinoscope.org, założony przez Pawła Wieszczecińskiego, dyrektora programowego przedsięwzięcia. Znajdziemy tam nie tylko krótkie filmy zarówno znanych, jak i nieodkrytych jeszcze talentów filmowych, ale też materiały publicystyczne pisane przez opiniotwórczych dziennikarzy i badaczy. W Polsce wciąż takich miejsc brakuje, a dziś wydają się jedyną słuszną drogą.

Na dystrybucję kinową nie ma co liczyć. W Polsce jedyną firmą rozpowszechniającą krótkie filmy na zasadzie „doklejania” ich przed właściwym seansem pełnometrażowego tytułu jest Spectator (22 września wprowadza do kin 2 noce do rana Mikka Kuparinena, który poprzedzony zostanie krótką animacją Figury niemożliwe i inne historie II Marty Pajek, laureatki Srebrnego Lajkonika na Krakowskim Festiwalu Filmowym w 2016 r.). Joanna Sawicka z firmy Spectator zauważa: „Od początku istnienia zależało nam na wskrzeszeniu wymarłej idei pokazywania krótkich metraży przed filmami pełnometrażowymi. Konsekwentnie ją realizujemy, wprowadzając kilka tzw. szortów rocznie. Krótkie formy są nadal niedoceniane i stawiane niżej niż filmy pełnometrażowe. Nie zgadzamy się z takim postrzeganiem”.

 

Pomóc zaistnieć

Spectator to chlubny wyjątek, który nie przekłada się na popularyzację całego szeregu krótkich filmów, które nad Wisłą powstają i najczęściej, niestety, przepadają. Także w telewizji filmy te pojawiają się od wielkiego dzwonu. Prym wiedzie kanał Kino Polska, w którego paśmie najczęściej można natrafić na krótki metraż, druga jest TVP Kultura, prezentująca je nieco rzadziej. Jak podkreśla Oleszczyk, jego pragnieniem jest, aby na antenie TVP1, gdzie niedawno zaczął pracę, krótki metraż także pojawiał się częściej. Ale umieszczenie filmu w ramówce niekoniecznie musi przełożyć się na pozyskanie widza. Potrzebny jest jeszcze pomysł, jak taki obraz sprzedać. Raz na jakiś czas zdarzają się inicjatywy telewizyjne, które w pomysłowy sposób zachęcają nas do obcowania z taką formą. Tak robi choćby kanał Ale Kino+, który w cyklu „Nowe Talenty” zbiorowo prezentuje nagradzane filmy młodych twórców. Natomiast Canal+ w najkrótszą noc roku urządza noc filmów krótkometrażowych. „Pamiętam, że dzięki tej inicjatywie zakochałam się w tego typu kinie. Nastawiałam wtedy magnetowid i nagrywałam te nocne maratony na VHS. Potem razem z przyjaciółmi spotykaliśmy się i ciągiem oglądaliśmy krótkie metraże” – wspomina Sikorska.

Tu wyłania się kolejna istotna kwestia różnicująca długi i krótki metraż. Pierwszy rodzaj przeznaczony jest do konsumowania w grupie, tak na sali kinowej, jak i przed ekranem telewizora. Pełnometrażowe produkcje wciąż lubimy oglądać w towarzystwie innych, mając poczucie uczestniczenia w doświadczeniu zbiorowym. Z kolei krótki metraż trudno w ogóle rozpatrywać w kategorii filmu do oglądania w grupie. Zwłaszcza w Internecie oglądamy je dla siebie, później dzielimy się znaleziskiem w mediach społecznościowych, ale nie jest to klasyczne zachęcenie do wyjścia i spotkania jak w przypadku pełnometrażowej produkcji.

Nie dziwi więc, że Polska nie wyróżnia się na tle innych krajów – problem z dystrybucją krótkiego metrażu ma nawet Francja, w której tradycja kinofilska jest żywa i hołubiona. Dziś jedynym miejscem, gdzie można śledzić bieżące dokonania, okazują się festiwale filmowe. Wiele z nich selekcjonuje wyłącznie filmy krótkie, jak choćby Solanin w Nowej Soli czy Węgiel w Katowicach. Konkurs krótkich metraży ma każda szanująca się impreza – od festiwalu w Gdyni, przez krakowską Off Camerę i toruński Tofifest, aż po wrocławskie Nowe Horyzonty. To o tyle istotne, że właśnie w takich miejscach filmów do rozpowszechniania szukają przedstawiciele telewizji i dystrybutorzy.

„Współpracujemy z większością festiwali krótkich metraży w Polsce i często jesteśmy zapraszani na nie jako jurorzy. Mamy wtedy możliwość obejrzenia najnowszych produkcji i wyboru tej, która zrobi na nas największe wrażenie i którą warto pokazać szerszej publiczności. Na stałe współpracujemy z Animatorem w Poznaniu, Festiwalem Filmów Frapujących w Gorzowie Wielkopolskim czy O!Pla – Festiwalem Polskiej Animacji, i to tam znajdujemy krótkie produkcje, którymi poprzedzamy seanse długich metraży w naszych kinach” – mówi Dominika Druch ze Spectatora.

Jest jeszcze festiwal Łodzią po Wiśle, na tym tle zupełnie wyjątkowy, bo prezentujący dokonania studentów Szkoły Filmowej w Łodzi. „Znamienne jest, że odbywa się on w Warszawie, a nie w Łodzi, gdzie mieści się szkoła. Bynajmniej nie jest wydarzeniem przeznaczonym jedynie dla studentów! Przychodzą na niego filmowcy, dziennikarze i widzowie, bo tam po prostu można zobaczyć dobre kino. To nie jest tylko obowiązek zaprezentowania światu tego, co muszą robić studenci” – zwraca uwagę Sikorska.

 

Znaleźć temat, dzielić czas

Ważna okazuje się kwestia motywacji do robienia krótkich produkcji, których sens bez regularnej dystrybucji staje pod znakiem zapytania. Studenci do takiej formy są właściwie przymuszeni, bo filmy roczne robi się na zaliczenie. To po prostu jeden z elementów ćwiczeń. A inni? Chcą oswoić niepewność poradzenia sobie z długim metrażem. Sikorska przypomina: „Czasami twórca ma pomysł na fabułę, ale – zwłaszcza kiedy jest bez doświadczenia – nie ma pewności, że to, co wydaje się atrakcyjne w jego głowie, rzeczywiście zainteresuje widzów. Mamy więc takie przypadki filmowców, jak Filip Marczewski, który najpierw wypróbował pomysł na opowieść o kazirodczej miłości w krótkometrażowym Melodramacie, a następnie przekuł go w pełnometrażowe Bez wstydu. O ile jednak Melodramat zebrał moc pochwał i zaistniał w świadomości widzów na festiwalach filmowych, o tyle Bez wstydu tego sukcesu nie powtórzyło. Krytyka kręciła nosem, film nie wytrzymał porównania z krótkim metrażem. Dlaczego? „To forma skondensowana. Trzeba w niej oszlifować historię ze zbędnych elementów i skoncentrować maksimum emocji, przez co bardzo silnie oddziałuje na widza. W pełnym metrażu taki efekt jest o wiele trudniej osiągnąć” – tłumaczy Sikorska.

O wiele łatwiej jest jednak zebrać budżet, którym można dysponować śmielej niż w przypadku filmów pełnometrażowych. „Producenci nie przywiązują aż takiej uwagi do krótkiego metrażu, bo mają świadomość, że nie są to filmy mogące liczyć na sukces komercyjny. W przeciwieństwie do pełnych metraży, w których zawsze ten aspekt jest istotny. Krótki film jest też mniej »groźny«, bo dociera do mniejszej liczby widzów. Nie ma więc obawy, że w przypadku kontrowersyjnego tematu będzie w stanie kogoś rozsierdzić i rozjuszyć” – wyjaśnia specjalistka.

Dokonując porównania tematycznego długiego i krótkiego metrażu, łatwiej dostrzec, że niewielkie filmy są śmielsze i formalnie, i obyczajowo, ale też, że reagują znacznie szybciej na wydarzenia z otaczającej nas rzeczywistości. W pełnym metrażu nie sposób znaleźć komentarza do tego, co się dzieje w polskiej polityce czy sferze publicznej, natomiast w krótkim metrażu takie próby pojawiają się bardzo często. Wystarczy wspomnieć Hanoi-Warszawa z 2009 r., w którym Katarzyna Klimkiewicz jako pierwsza polska twórczyni zauważyła, że Polska nie jest już etnicznym monolitem, i pokazała, jak w nadwiślańskich warunkach próbują odnaleźć się Wietnamczycy. Jej film zebrał liczne nagrody, łącznie z prestiżową Europejską Nagrodą Filmową dla najlepszego europejskiego krótkiego metrażu, ale temat, który poruszyła, do dziś nie znalazł kontynuatorów filmu pełnometrażowego. Z kolei Sen o Warszawie Mateusza Czuchnowskiego z 2016 r. to niewielka fabuła o uchodźcach, którzy przekonują się, że nasz kraj nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Muszą zderzyć się z toczącymi ją problemami, z rasizmem i ksenofobią. Takich tematów nie uświadczymy w długim metrażu. Krótkie filmy to kino będące rentgenem nastrojów społecznych, wyostrzające lęki, które towarzyszą nam na co dzień.

Podobnie jest z Najpiękniejszymi fajerwerkami „ever” Aleksandry Terpińskiej z 2017 r. „To nie tylko jeden z lepszych filmów krótkich, ale po prostu jeden z najlepszych polskich filmów dekady. Perfekcyjnie oddaje lęk przed życiem w świecie zmilitaryzowanym, który wielu z nas odczuwa na co dzień” – ocenia Oleszczyk. Warto nadmienić, że młoda reżyserka film zrealizowała jako zwyciężczyni konkursu organizowanego przez telewizję Kino Polska na najlepszy scenariusz inspirowany Przypadkiem Krzysztofa Kieślowskiego. Widać tutaj ciągłość tradycji, pałeczkę przekazywaną w sztafecie. Przecież Kieślowski został rozpoznany właśnie jako twórca wybitnych filmów krótkich – zarówno dokumentów, jak i fabuł. Jego telewizyjna seria Dekalog z 1988 r., złożona z dziesięciu godzinnych filmów, nieprzerwanie uznawana jest za arcydzieło światowego kina, a wcześniej takiego statusu dorobiły się błyskotliwe krótkie dokumenty pokazujące absurdy codzienności i problemy, z którymi mierzyli się mu współcześni, jak choćby Z miasta Łodzi z 1969 r. czy Personel z roku 1975.

 

Krótka historia

Na przełomie lat 60. i 70., kiedy debiutował Kieślowski, krótki metraż dorobił się pewnej niezależności. Oczywiście wciąż podlegał pod cenzurę, ale na twórcach nie wymuszano tematów. W tamtym czasie krótkie metraże poprzedzały niemal każdą kinową projekcję, co jeszcze w latach 50. budziło duży opór widowni ze względu na ich wydźwięk. Najczęściej bowiem krótkie dokonania nawet uznanych filmowców były skażone skompromitowaną ideologią. Taki był wymóg – filmy powstawały na zamówienie państwa. Mało kto pamięta, że przodownicy pracy, PGR-y i spółdzielnie to bohaterowie pierwszych filmów Wojciecha Jerzego Hasa. Dziś takich tytułów jak Parowóz Pt 47 z 1949 r., Pierwszy plon z roku 1950 czy Harcerze na zlocie z 1952 r. nikt nie przypomina, ale nawet w tych nieznośnie zideologizowanych miniaturach można odnaleźć zacięcie twórcy do eksperymentów z czasem, mieszania jawy i rzeczywistości, a także opowiadania obrazem. Już w nich objawił się niekwestionowany talent reżysera.

„Wciąż uważam, że krótki metraż jest idealną formą zaistnienia nowych talentów, ujawniania tematycznych zainteresowań, formalnych predylekcji etc. Tego typu produkcje pozwalają przedstawić wrażliwość, pomysł na kino, który następnie może być konsekwentnie rozwijany w pełnych metrażach. Tytułów jest mnóstwo: od Hycla Darii Woszek, po Ja i mój tata Alka Pietrzaka i Niestrudzonych wędrowców Kaliny Alabrudzińskiej” – wylicza Oleszczyk.

W sukurs idzie mu Sikorska, która podkreśla, że krótki metraż to wylęgarnia nowych talentów, ale także praktycznie dziś jedyne miejsce, gdzie można jeszcze spotkać polską animację. „Animacja jest dziś zupełnie pomijana w dyskursie krytycznym. Bardzo mało się o niej pisze i mówi, niewiele o niej wiemy, jeśli nie jeździmy na festiwale filmowe do Krakowa i Koszalina, gdzie wciąż zajmuje zaszczytne miejsce. A przecież ona jest w znakomitej kondycji! Wystarczy przyjrzeć się sukcesowi Cipki Renaty Gąsiorowskiej, która z nagrodami wyjechała z Koszalina i z Poznania” – mówi Sikorska. Zaznacza przy tym, że dziś dzięki postępowi technologicznemu nad animacją pracuje się o wiele krócej niż kiedyś, dlatego jest znacznie częściej wybierana przez studentów Akademii Sztuk Pięknych jako technika pracy dyplomowej. Przypomina też, że hollywoodzki gigant animacji Pixar przed każdym filmem pełnometrażowym oferuje widzom projekcję swoich krótkich metraży, za powstanie których odpowiadają nierzadko uznani animatorzy i reżyserzy.

W Polsce taka sytuacja się nie zdarza. Twórcy debiutujący w pełnym metrażu już nie wracają do filmów krótkometrażowych, choć ostatnio i ta reguła miała swój wyjątek za sprawą platformy ShowMax. Firma ta wyprodukowała kilka krótkich metraży w Polsce, a za ich reżyserię odpowiadały takie tuzy, jak: Patryk Vega, Wojciech Smarzowski czy Bartosz M. Kowalski. Częściej jednak reżyserzy koncentrują się na pracy nad kolejnym długim obrazem.

„Z filmowcami bywa jak z pisarzami, którzy wolą pisać powieści niż nowele. Wielu reżyserów mówi: »Dobrze, zrobię jeszcze dwa krótkie dokumenty, ale moim marzeniem jest robić długi metraż«. I dążą do celu. Dziś przecież niewielu z nas pamięta, że choćby Małgorzata Szumowska zaczynała jako dokumentalistka krótkometrażowa, a jej film Cisza z 1997 r. narobił sporo zamieszania. Znakomita większość filmowców rozpoczynała w ten sposób, ale to robienie długich produkcji bardziej ich podnieca, zwłaszcza kiedy po debiucie pełnometrażowym czują się w nich pewnie” – tłumaczy Sikorska.

 

***

W ostatnim czasie sytuacja zaczyna się zmieniać i choćby Studio Munka, które zasłynęło zwłaszcza ze swoich „trzydziestek”, czyli filmów trwających pół godziny, dokłada wszelkich starań, żebyśmy usłyszeli o ich produkcjach. Dopóki jednak nie znajdą się platformy, które w przystępny i atrakcyjny sposób zaczną prezentować widzom krótki metraż, a producenci i studia filmowe nie włożą więcej energii w promocję, to nawet najlepsze krótkie filmy będą podzielać los obrazu Szumowskiej i skończą w archiwum niepamięci. Wciąż na przeszkodzie w dotarciu do widza filmów krótkich stoją opór mediów i budżety nieporównywalne z tymi, jakimi dysponują dystrybutorzy pełnych metraży.

Polski Instytut Sztuki Filmowej ma kilka programów, które wspierają produkcję i dystrybucję krótkiego metrażu, na stronie zaś Instytutu działa specjalna baza Etiudy i filmy szkolne, gdzie można znaleźć i obejrzeć – legalnie i za darmo – studenckie dokonania Doroty Kędzierzawskiej, Marcela Łozińskiego, Jacka Bromskiego czy Małgorzaty Szumowskiej. Bo jakkolwiek by na to patrzeć, całe polskie kino jest uszyte z krótkiego metrażu, niezależnie od formy, poetyki i drogi twórczej reżyserów. Tylko zapoznając się z nim, możemy rościć sobie prawo do tytułu znawców lub fanów tej sztuki.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter