70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Klany, media i siła ludu

W pierwszych dziesięcioleciach po II wojnie światowej Filipiny były jedną z nielicznych demokracji w Azji. Gospodarka rozwijała się szybko, mówiono nawet, że to drugi po Japonii kraj pod względem ekonomicznym. Jednocześnie już wtedy ujawniały się mankamenty krzepnącego systemu politycznego, które Republika Filipin odziedziczyła po czasach kolonialnych.

Filipiny szczycą się tym, że są najstarszą demokracją w Azji. Dzieje tego wyspiarskiego kraju ściśle przeplatały się z historią Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych Ameryki, co czyni go wyjątkowym wśród innych państw regionu. Już samo przyjrzenie się tej frapującej przeszłości pozwoli zrozumieć specyfikę filipińskiej demokracji. Tak się składa, że w 2016 r. przypadają okrągłe rocznice trzech kluczowych wydarzeń z dziejów tego kraju. Mogą one posłużyć jako narzędzia do poznania poszczególnych okresów, które odcisnęły piętno na kształcie tamtejszego ustroju. Na tym tle uwidoczni się znaczenie zaplanowanych na maj tego roku wyborów prezydenckich połączonych z wyborami parlamentarnymi i samorządowymi – łącznie nowe kadencje rozpocznie ponad 18 tys. osób. W zależności od wyników Filipiny mogą podążyć w całkowicie odmiennych kierunkach. Nim to jednak nastąpi, wróćmy do minionych wydarzeń…

 

Rewolucja filipińska

Wydarzenia rewolucyjne sprzed 120 lat zakończyły trwający ponad trzy wieki okres kolonizacji hiszpańskiej. Od czasu pojawienia się na archipelagu Ferdynanda Magellana Europejczycy tworzyli tu zręby państwowości: zbudowali miasta, forty i drogi, założyli najstarszy uniwersytet w Azji (jeżeli nie liczyć takich ośrodków jak wczesnośredniowieczne Nisibis) i schrystianizowali zamieszkujących wyspy Indian – bo tak nazywali lokalne ludy. Wreszcie cały rozciągnięty na prawie 2 tys. km archipelag złożony z kilku tysięcy wysp nazwali Filipinami na cześć przyszłego króla Hiszpanii Filipa II Habsburskiego. Dzisiejsi patrioci filipińscy zdają sobie sprawę, że gdyby nie Hiszpanie, ich kultura i naród mogłyby w ogóle nie powstać. Kolonizatorzy nie byli jednak w stanie zbudować jednolitego społeczeństwa. Poszczególne zakony prowadziły działalność misyjną w lokalnych językach, np. augustianie w tagalskim, a dominikanie w ilokańskim. Mimo łączącej Filipińczyków więzi kulturowej wynikającej ze wspólnego dziedzictwa wciąż widać wśród nich różnice językowe, a tożsamości lokalne są na tyle wyraźne, że znajdują odzwierciedlenie w polityce. Przynależność partyjna często ma drugorzędne znaczenie, jeżeli jeden z kandydatów należy do tej samej grupy kulturowo-lingwistycznej co wyborcy albo ma wsparcie jej liderów.

Z mozaiki filipińskich ludów nie powstałaby jedna wspólnota polityczna, gdyby nie Kreole – potomkowie hiszpańskich osadników, często pochodzący ze związków z lokalnymi kobietami, którzy wychowali się na Filipinach, ale posługiwali się językiem kastylijskim i pozostawali w kręgu kultury hiszpańskiej.

To oni stworzyli elitę kraju i to spośród nich wywodzili się hacienderos, właściciele ogromnych plantacji tytoniu i trzciny cukrowej, powstałych w XIX w. Właśnie Kreole byli najbardziej niezadowoleni z kolonialnego statusu Filipin. Hiszpania, starając się utrzymać swoje imperium, zwiększała obciążenia podatkowe w koloniach, a kluczowe stanowiska były zarezerwowane dla urzędników i duchownych przysyłanych z Półwyspu Iberyjskiego. Filipińskie elity chciały natomiast mieć reprezentację w Madrycie na podobnych zasadach jak inne prowincje Hiszpanii. Wokół tych kwestii – zbliżonych do postulatów ojców założycieli Stanów Zjednoczonych – zaczęła tworzyć się autonomiczna wspólnota polityczna. Liderami powstającego ruchu zostali młodzi hacienderos, wysłani przez rodziny na studia do Hiszpanii. Tam zainspirowali się wolnościowymi i republikańskimi ideami odwołującymi się do dziedzictwa rewolucji francuskiej. Wiodącą postacią był José Rizal, autor ukazującej niesprawiedliwości systemu kolonialnego powieści Noli me tangere, która szybko zyskała status epopei narodowej. Rizal współtworzył też w Hiszpanii gazetę „La Solidaridad”, na której łamach po raz pierwszy otwarcie ogłoszono postulaty zmiany statusu Filipin. Tak oto w języku kolonizatora, jedynym, w którym mogli się porozumieć pochodzący z różnych wysp kontestatorzy, powstawała idea autonomii i dążenia do równouprawnienia „lojalnych Filipińczyków”, która niezauważenie przerodziła się w postulat niepodległości i republikańskiego państwa.

Na początku ostatniej dekady XIX w. Rizal wrócił na Filipiny i założył organizację La Liga Filipina (Liga Filipińska). Władze kolonialne szybko ją zdelegalizowały, a Rizala zesłały na odległą od Manili wyspę Mindanao, jednak nie dostrzegły, że ziarno zostało zasiane. Na bazie Ligi Filipińskiej powstała szybko rozwijająca się tajna organizacja. Kiedy władze wpadły na trop sekretnej siatki i zaczęły się aresztowania, musiał nastąpić zryw. Walki wybuchły pod koniec sierpnia 1896 r. i zaostrzyły się po 30 grudnia 1896 r., kiedy to wojska hiszpańskie wykonały egzekucję na Rizalu. Stał się on męczennikiem za sprawę niepodległości. Oddziały rewolucyjne wierne gen. Emilio Aguinaldo prowadziły walkę partyzancką przez ponad rok. Pod koniec 1897 r. Hiszpanom udało się zgasić prawie wszystkie ogniska rewolucji, ale dwa miesiące później wybuchła wojna amerykańsko-hiszpańska. Filipińscy rewolucjoniści szybko przekonali Amerykanów do otwarcia drugiego obok Kuby frontu. Połączone siły amerykańsko-filipińskie błyskawicznie pokonały Hiszpanów. W styczniu 1899 r. przyjęto pierwszą w Azji republikańską konstytucję, a Aguinaldo został wybrany na prezydenta. W tym czasie wciąż trwały rokowania pokojowe między Stanami Zjednoczonymi a Hiszpanią, a w Manili przebywał znaczny kontyngent wojsk amerykańskich. Ostatecznie Stany Zjednoczone zapłaciły Hiszpanom za archipelag. Chęć zajęcia Filipin uzasadniały przekonaniem, że zlepek różnych grup kulturowych zamieszkujących to terytorium nie jest jeszcze gotowy do demokracji i potrzebuje nauczyciela obrońcy. W takiej sytuacji musiało dojść do wojny niedawnych sojuszników. Przewaga militarna największej wówczas demokracji świata w sposób niezwykle brutalny przekreśliła marzenia o suwerenności powstałej kilka miesięcy wcześniej republiki.

 

Droga ku niepodległości

Na przełomie XIX i XX w. Filipiny stały się kolonią kraju, który sam niegdyś nią był. Okres zależności od Stanów Zjednoczonych pod wieloma względami różnił się od wcześniejszego. Przede wszystkim dlatego że Stany od początku zapowiedziały, iż uznają niepodległość Filipin, kiedy tylko zostaną tam zbudowane podstawy demokracji. Wcześniej jednak Amerykanie musieli zdławić opór zwolenników Aguinaldo. Prezydent został pojmany i złożył deklarację wierności USA w 1901 r., ale ukrywający się w górach jego zwolennicy walczyli jeszcze przez kilka lat. Na zamieszkanej przez muzułmanów wyspie Mindanao, którą Hiszpanie przyłączyli do Filipin dopiero w II połowie XIX w., walki trwały ponad dekadę.

Pacyfikacja Filipin była nader brutalna. Ze względu na charakter działań wojennych uznawana jest czasami za pierwowzór operacji w Wietnamie, ale można także znaleźć podobieństwa do niedawnej interwencji USA w Iraku.

Amerykanie z właściwym sobie pragmatyzmem od razu przystąpili do budowania na Filipinach nowoczesnego społeczeństwa. Niecałe pół roku od schwytania Aguinaldo w Manili zacumował okręt z ponad 500 nauczycielami na pokładzie. W dwa lata stworzyli oni z kolejnymi przybyłymi grupami system kształcenia obejmujący większość dzieci na Filipinach. Administracja kolonialna liczyła, że oparte na amerykańskich wzorcach szkolnictwo nie tylko pozwoli krzewić ideały demokracji, ale i scali poszczególne grupy etniczne dzięki powszechnej nauce języka angielskiego. Hiszpanie nigdy nie rozbudowali systemu edukacji na tak wielką skalę i dlatego język angielski szybko wyparł kastylijski. Tym bardziej, że z upływem czasu „mali brązowi bracia” – jak za Williamem Howardem Taftem, pierwszym amerykańskim gubernatorem generalnym Filipin i późniejszym prezydentem USA, nazywano Filipińczyków – coraz przychylniejszym okiem patrzyli na Jankesów i nowy porządek. Za sprawą polityki filipinizacji z każdym rokiem udostępniano miejscowym w administracji cywilnej i wojsku coraz więcej stanowisk, także tych kierowniczych.

Od początku całe władze samorządowe pozostawiono w rękach Filipińczyków, którzy, rządząc miastami i regionami, mieli uczyć się demokracji. Funkcjonowały Zgromadzenie Filipińskie (Philippine Assembly) mające głos doradczy dla podejmującego decyzje gubernatora oraz filipińskie partie polityczne i związki zawodowe. Musiały one akceptować istniejący system, ale w ramach niego mogły składać oficjalne wnioski o przyznanie niepodległości.

W 1935 r. Filipiny formalnie przestały być kolonią i stały się protektoratem. Wspólnota Filipińska (Commonwealth of the Philippines) miała własną, wzorowaną na amerykańskiej konstytucję, która wprowadzała system prezydencki. Na to stanowisko został wybrany ogromną większością głosów długoletni przywódca Partii Narodowej (Nacjonalista) Manuel Quezon. Jego kompetencje były jednak ograniczone tylko do spraw wewnętrznych, ponieważ politykę zagraniczną prowadziły Stany Zjednoczone, utrzymujące wpływ także na gospodarkę i wojsko. Niemniej właśnie w 1935 r. administracja Franklina D. Roosevelta obiecała, że w ciągu dekady  Filipiny staną się niepodległym państwem. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że przed ostatecznym wycofaniem się z archipelagu Amerykanie będą musieli tam wrócić po opanowaniu tego terytorium przez wojska japońskie w 1942 r. Ostatecznie Filipiny uzyskały niepodległość 4 lipca – w Święto Niepodległości USA – 1946 r. Wydarzenie to miało tylko charakter symboliczny i nie może być podstawą przekonującego mitu założycielskiego wspólnoty politycznej. Dlatego Dzień Niepodległości na Filipinach obchodzony jest od ponad pół wieku nie 4 lipca, ale 12 czerwca, na pamiątkę proklamowania niepodległości od Hiszpanii. Tak naprawdę uzyskana po II wojnie światowej suwerenność zbyt mało zmieniła. Już wcześniej Filipiny miały sporą autonomię, a po 1946 r. nadal pozostały blisko związane ze Stanami Zjednoczonymi.

 

Żywa tradycja Siły Ludu

W pierwszych dziesięcioleciach po II wojnie światowej Filipiny były jedną z nielicznych demokracji w Azji. Kraj szybko się odbudowywał, mówiono nawet, że to druga po Japonii gospodarka w regionie. Jednocześnie już wtedy ujawniały się mankamenty krzepnącego systemu politycznego, które Republika Filipin odziedziczyła po czasach kolonialnych. Najistotniejszym była klanowość polityki i związany z nią problem korupcji. Posiadające olbrzymie latyfundia kompradorskie rody hacienderos ugruntowały swoją pozycję w nowej sytuacji dzięki temu, że ich członkowie weszli do elity władzy. Dynastie dominujące w poszczególnych regionach i mające przedstawicieli we władzach w Manili nie mogły być pomijane w procesie podejmowania decyzji politycznych. Ich pozycję umacniała dodatkowo odziedziczona po Amerykanach ordynacja większościowa ułatwiająca wybór osoby wskazanej przez rodzinę dominującą na danym terenie, a tym samym będąca barierą dla powstania silnych ogólnokrajowych partii politycznych, które potrafiłyby przeciwstawić się klanom. Kandydaci mogli – i nadal mogą – zyskać więcej, zdobywając poparcie klanów obietnicami stanowisk i transferu funduszy rządowych do ich regionów, niż przekonując wyborców do programu partii. Dlatego czasem mówi się, że mimo istnienia ugrupowań politycznych Filipiny są demokracją bezpartyjną. System ten, paradoksalnie, umacniało jeszcze radykalne jego odrzucenie przez komunistów zdobywających poparcie najuboższych mas. Rebelia komunistycznych oddziałów partyzanckich w latach 50. doprowadziła do tego, że władze, szukając wsparcia u walczących z nimi klanów, przymykały oko na łamanie prawa i nawet eliminowanie przy okazji konkurentów do władzy. Od 1945 r. przy okazji każdych wyborów dochodziło do zabójstw na tle politycznym. Według danych opracowanych przez Johna Linantuda najmniej krwawe były wybory w 1998 r., kiedy zginęło 48 osób.

Zasady gry obowiązujące w powojennych Filipinach najlepiej rozumiał Ferdynand Marcos. Dzięki korzystnym sojuszom (m.in. z najbogatszą w kraju rodziną Lopezów), zręcznym zakulisowym posunięciom i śmiałym projektom finansowanym na kredyt został on jako pierwszy wybrany dwukrotnie na urząd prezydenta. Kiedy w 1972 r. zbliżał się koniec drugiej kadencji Marcosa, upozorowano atak na jego zaufanego ministra Juana Ponce Enrile’a. Był to pretekst do wprowadzenia stanu wojennego. Marcos obsadził swoimi ludźmi najważniejsze stanowiska w kraju i zdobył pełnię władzy. Tak oto na początku lat 70. ubiegłego wieku Filipiny ześliznęły się w autokrację. Nie wszyscy jednak zaakceptowali nowy stan rzeczy. Działania Marcosa doprowadziły do odrodzenia się partyzantki komunistycznej i powstania zbrojnego muzułmańskiego ruchu separatystycznego. Na wyspie Mindanao w latach 1972–1976 trwała regularna wojna domowa, a niektóre tereny do tej pory znajdują się pod kontrolą organizacji separatystycznych. Demokratycznej opozycji przewodził senator Benigno Aquino Jr., który krytykując Marcosa, już wcześniej ostrzegał, że dąży on do stworzenia państwa policyjnego. Aquino został aresztowany tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Po siedmiu latach internowania władze zgodziły się na jego wyjazd za granicę. Jednak w 1983 r. polityk postanowił wrócić, mimo ostrzeżeń, że grozi mu śmierć. W jednym z wywiadów stwierdził nawet, że Filipiny warte są śmierci. Nikt się nie spodziewał, że zostanie zastrzelony już na schodach samolotu, tuż po lądowaniu w Manili.

Zabójstwo Aquino mocno osłabiło legitymizację Marcosa, nadszarpniętą już przez konflikty i pogarszającą się sytuację gospodarczą szybko zadłużającego się państwa.

Prezydent liczył, że zorganizowanie przedterminowych wyborów będzie odebrane jako przejaw jego dobrych chęci i wzmocni jego pozycję, a licząc głosy, i tak wygra. W rozpisanych na początek 1986 r. wyborach wystartowała przeciwko niemu wdowa po Aquino – Corazon. Sama mówiła o sobie, że jest zwykłą gospodynią domową bez doświadczenia w polityce, zajmującą się wychowywaniem pięciorga dzieci. Ta zdeklarowana katoliczka była dla wielu osób symbolem i dzięki wsparciu rzeszy przeciwników Marcosa udało się jej zorganizować kampanię. Ostatecznie komisja wyborcza ogłosiła nieznaczne zwycięstwo Marcosa, wynik ten został jednak zakwestionowany przez krajowe i międzynarodowe organizacje nadzorujące wybory. Komisji wyborczej nie wierzył niemal nikt. W takiej atmosferze grupa krytycznie nastawionych do Marcosa oficerów zaczęła szykować się do zbrojnego obalenia dyktatora. Do spiskowców zgromadzonych w koszarach na terenie Manili dołączyli zaufani dotąd ludzie Marcosa – szef policji Fidel Ramos i minister Juan Ponce Enrile (to po sfingowanym zamachu na tego ostatniego wprowadzono stan wojenny). Marcos dowiedział się o planach spiskowców i zaczął szykować się do wyprzedzającego uderzenia. Wybuch wojny domowej wisiał na włosku. W takiej sytuacji charyzmatyczny kard. Jaime Sin na antenie katolickiego radia wezwał wiernych do wyjścia na ulice i otoczenia obozu buntowników. 22 lutego 1986 r. setki tysięcy nieuzbrojonych duchownych i świeckich rozdzieliły dwie grupy wojskowych. Odmawiano różaniec, wiecowano, słuchano nielegalnie nadającego radia. Do protestujących zaczęły dołączać kolejne grupy żołnierzy. Po trzech dniach Marcos, widząc, że traci poparcie wojska, zdecydował się skorzystać z propozycji azylu na Hawajach, którą Stany Zjednoczone złożyły mu, aby nie bronił się za wszelką cenę. Te dramatyczne wydarzenia, które bez rozlewu krwi doprowadziły do odsunięcia od władzy Marcosa, nazywane są czasami rewolucją różańcową, ale częściej mówi się, że to była po prostu Siła Ludu (People’s Power). Z trzech przywołanych okrągłych rocznic obchodzonych w tym roku to właśnie jest najżywsza tradycja. Nie tylko dlatego że wydarzenia sprzed 30 lat są najświeższe i wiele osób jeszcze je  pamięta, ale również z tego powodu, że angażujące tłumy protesty zakończyły się sukcesem i stanowią ważny mit scalający wspólnotę polityczną.

 

Co dalej?

James Fallows w artykule A Damaged Culture: A new Philippines? opublikowanym tuż po rewolucji z 1986 r. stwierdził, że w zasadzie został odrestaurowany powojenny porządek polityczny charakteryzujący się dominującą rolą reakcyjnych dynastii politycznych. Częściowo to prawda. Rządząca po Marcosie Corazon Aquino pochodziła z potężnego rodu Cojuangco. Obecnie prezydentem kraju jest jej syn Benigno Aquino III. Przed nim rządziła Gloria Macapagal-Arroyo, córka Diosdado Macapagala, prezydenta sprawującego urząd przed Marcosem. W parlamencie i władzach lokalnych oraz najważniejszych korporacjach można znaleźć znacznie więcej skoligaconych ze sobą osób. Przypadek Aquino uzmysławia, że nie sposób traktować wszystkich klanów jako jednakowo antypaństwowych grup interesów. Klany nie są też monolitami. Dość powiedzieć, że jednym z bliższych współpracowników Marcosa i krytykiem kandydatury Corazon Aquino był jej kuzyn Eduardo Cojuangco.

Choć dynastie polityczne wciąż istnieją, to wbrew tezom Fallowsa sporo, nie zawsze na dobre, zmieniło się w ostatnich trzech dekadach. Pierwszą zmianę Patricio Abinales i Donna Amoroso w pracy State and Society in the Philippines nazwali „milenaryzmem gwiazd filmowych”. Wiarę, że celebryci wybawią kraj, dobrze obrazuje kariera Josepha Estrady, który został wybrany na urząd prezydenta w 1998 r. głosami uboższych obywateli znających go z ponad 100 filmów. Jest jednym z wielu przedstawicieli świata rozrywki, którzy dzięki popularności w mediach zrobili karierę polityczną bez wsparcia klanów. Jednak masowe środki przekazu zmieniły filipińską politykę również pod innymi względami. Sam Estrada był pierwszym prezydentem, który po części za ich sprawą został odwołany ze stanowiska w wyniku oskarżeń o korupcję. Dlatego mediów nie można redukować tylko do roli źródła rozrywki i narzędzia kreowania (politycznych) celebrytów. Miarą poświęcenia osób tropiących nieprawidłowości jest to, że Filipiny wciąż uchodzą – obok Rosji i Iraku – za jedno z państw, w których ginie najwięcej dziennikarzy. Według danych Committee to Protect Journalists (CPJ) w latach 1992–2011 zamordowano tam aż 72 przedstawicieli tego zawodu.

Bezpośrednią przyczyną odsunięcia od władzy Estrady były wywołane przez doniesienia medialne masowe protesty nazwane Siłą Ludu II. W ostatnich dekadach na ulicach Manili miało miejsce więcej wystąpień, które mniej lub bardziej skutecznie wywierały wpływ na rządzących. Z tego powodu Abinales i Amoroso piszą o „instytucjonalizacji Siły Ludu”. Ważną rolę w podtrzymywaniu tego obywatelskiego ducha z 1986 r. odgrywają obok mediów coraz silniejsze organizacje pozarządowe. Wzrosło nawet znaczenie organizacji politycznych w związku ze zmianą w ordynacji wyborczej gwarantującą, że część mandatów w Izbie Reprezentantów rezerwuje się dla kandydatów z list ogólnokrajowych. Dzięki temu do parlamentu dostało się wiele osób związanych z ruchami społecznymi – od działaczy różnych związków zawodowych po przedstawicieli mniejszości kulturowych i organizacji religijnych. Niemniej jednak liczne partie wciąż nie mają rozbudowanych struktur i pozostają słabymi ugrupowaniami, niezdolnymi zgromadzić wyborców wokół sprecyzowanego programu politycznego. Niezmiennie po każdych wyborach liczni politycy i całe partie dołączają do obozu prezydenckiego, licząc na alokację zasobów do ich regionów. Prezydent wciąż pełni zdecydowanie najważniejszą funkcję. To on rozdziela środki, realizując budżet, i obsadza, jak szacuje politolog Joel Rocamora, nawet 100 tys. stanowisk w administracji. Z tego powodu od jego osobowości i poglądów zależy bardzo wiele. Po obaleniu Marcosa nie ograniczono uprawnień prezydenta, a tylko zakazano reelekcji. W tym roku kończy się sześcioletnia kadencja Benigno Aquino III. Odwołując się do dziedzictwa swoich rodziców, starał się on zwalczać korupcję, dbać o rozwój gospodarczy (hasło wyborcze: „Jeśli nie ma korupcji, to nie ma ubogich”) i dążyć do zakończenia konfliktów społecznych (proces pokojowy z separatystami muzułmańskimi), chociaż był krytykowany za zbyt wolne tempo reform.

Od tego, kto zwycięży w nadchodzących wyborach, zależy, czy ta linia będzie kontynuowana, czy też Filipiny pójdą zupełnie inną drogą.

Obecny, liberalny kurs podtrzymałby zapewne Manuel Roxas, sekretarz w administracji Aquino, kompetentny, choć nieco nudny polityk ze starej dynastii – jego dziadek był pierwszym prezydentem Republiki Filipin. Po części obecną linię mogłaby też kontynuować senator Grace Poe, chociaż jej poglądy są, jak dotąd, mało określone. Znaleziona jako niemowlę w katedrze i adoptowana przez znanego aktora Fernanda Poe (przegrał minimalnie wybory prezydenckie w 2004 r.), przez wiele lat przebywała w Stanach Zjednoczonych i ostatnio była zajęta udowadnianiem przed sądem, że mieszka na Filipinach wystarczająco długo, aby kandydować. Największym krytykiem rządu Aquino jest obecny wiceprezydent Jejomar Binay (na Filipinach, inaczej niż w USA, wiceprezydenta wybiera się w osobnych wyborach). Zdobył popularność jako prezydent najbogatszego miasta Filipin (Makati), ale teraz głosi skrajnie populistyczny program i cieszy się poparciem wśród ubogich wyborców. Ma w życiorysie ładną kartę adwokata broniącego praw człowieka w czasach Marcosa, ale ciągną się za nim (i za jego synem, rządzącym do niedawna Makati) liczne afery korupcyjne. Ostatnim z czterech kandydatów jest Rodrigo Duterte, sprawujący od dawna władzę w Davao, które uchodzi za najbezpieczniejsze miasto w kraju. Organizacje pozarządowe alarmują jednak, że przestępczość zdławiły powiązane z Duterte tzw. brygady śmierci, które zabijały nawet setki osób bez wyroków. Zwolennicy szeryfa Duterte popierają go mimo jego przechwałek o dwóch kochankach i życzliwych wypowiedzi o komunistycznych rebeliantach, wciąż utrzymujących w lasach zbrojne oddziały i wymuszających haracze od przedsiębiorców. Dodać można, że spore szanse na urząd wiceprezydenta ma Ferdinand Marcos Jr., syn dyktatora.

Zwycięzca majowych wyborów – bez względu na to, kto nim zostanie – będzie musiał zmierzyć się z problemami, które nie mają prostych rozwiązań. Wciąż nie do końca stabilna jest sytuacja w regionach zamieszkanych przez muzułmanów, gdzie niektóre pomniejsze organizacje militarne odrzucają porozumienie pokojowe i dążą do współpracy z Państwem Islamskim. Nierozwiązana jest też kwestia tlącej się cały czas w różnych zakątkach kraju rebelii komunistycznej. Do tego Chiny zajmują kolejne wysepki i mielizny na Morzu Południowochińskim, które to obszary Filipiny uznają za swoje. A są to tylko bezpośrednie zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju. Problemów trawiących Filipiny jest znacznie więcej: wszechobecne ubóstwo, korupcja w wielu instytucjach publicznych, zorganizowana przestępczość, niedozbrojona armia, pułapka zadłużenia, niewydolność administracji publicznej itd. W tak złożonej sytuacji władza prezydencka w amerykańskim stylu sprawdza się. W czasach braku stabilizacji potrzebne jest silne przywództwo. Ale trzeba też pamiętać, że duża władza zgromadzona w jednych rękach to również poważne ryzyko. Jeżeli nawet prezydent nie ma zamiaru bezprawnie przedłużyć swojej kadencji, to i tak przez sześć lat jest w zasadzie nieodwoływalny (o ile nie popełni przestępstwa i nie zostanie wszczęta procedura impeachmentu), nawet jeżeli będzie prowadził na wskroś złą politykę. Dlatego tak ważne jest, kto w maju zdobędzie największe poparcie wyborców na Filipinach.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata