70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jego królestwo nie jest z tego świata

Akt Przyjęcia Jezusa za Króla uznaję w duchu posłuszeństwa Kościołowi – i w duchu wiary w Chrystusa, Pana i Zbawiciela. Nie mogę jednak powstrzymać się przed wyrażeniem lęku, że – w skali społecznej – pozostanie on jedynie w sferze czysto deklaratywnej.

Intronizacja – wyniesienie na tron i ogłoszenie królem – to jedna z pokus, na jakie wystawił Chrystusa „książę tego świata” (dodajmy, że miała to być intronizacja przeprowadzona „na skróty” i wbrew woli Ojca). Ale On nie dał się skusić. Warto pamiętać, że kiedy ludzie zapragnęli, by został ich królem, „usunął się”, odszedł tam, gdzie nie mogli Go znaleźć (por. J 6, 15). Można by zapytać: dlaczego Jezus – przedstawiany w ewangeliach jako „syn” i spadkobierca króla Dawida – nie chce być królem na ludzki obraz i podobieństwo? I dlaczego tak wielu pobożnych mieszkańców współczesnej Polski szczerze wierzy, iż czyniąc Chrystusa władcą naszego narodu i państwa, realizuje wolę samego Boga?

Polscy zwolennicy intronizacji Chrystusa Króla powołują się często na wizje, jakich (w latach 30. XX w.) miała doświadczać krakowska mistyczka Rozalia Celakówna. Ukazywał się jej ponoć i rozmawiał z nią sam Jezus. Miał jej mówić m.in.: „Jest ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla (…) przez intronizację (…) w całym państwie – z Rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, zupełnym zwrotem ku Mnie. (…) Polska nie zginie, o ile przyjmie Chrystusa za Króla w całym tego słowa znaczeniu, jeśli się podporządkuje pod prawo Boże, pod prawo Jego miłości. Inaczej (…) nie ostoi się”. I dalej: „Polska musi w sposób wyjątkowy, uroczyście, ogłosić Pana Jezusa swym Królem przez intronizację” (podkreśl. moje – J.P), dając w ten sposób przykład całemu światu i niosąc dlań ocalenie, albowiem „ostoją się tylko te państwa, w których będzie Chrystus królował”.

Dosłowne odczytanie objawień Celakówny każe postrzegać publiczną intronizację Chrystusa jako „arkę Noego” – ratunek przed zagrażającym światu zniszczeniem. W tym kontekście dość łatwo zrozumieć upór i determinację jej zwolenników, narażających się nieraz na otwarty konflikt z hierarchią Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce.

Warto w tym miejscu jednak zauważyć, iż polski ruch intronizacyjny nie jest wcale jednorodny – i że nie wszyscy jego uczestnicy przywiązują tak wielką wagę do wspomnianych wizji. Dla części z nich kluczowe jest dotychczasowe nauczanie Kościoła o królowaniu Chrystusa, a zwłaszcza encyklika Piusa XI Quas primas (1925 r.). „Niech nie odmawiają władcy państw publicznej czci i posłuszeństwa królującemu Chrystusowi, lecz niech ten obowiązek spełnią sami i wraz z ludem swoim” – pisał papież Ratti. I dodawał: „Gdy Boga i Jezusa Chrystusa (…) usunięto z praw i z państw i gdy już nie od Boga, lecz od ludzi wywodzono początek władzy, stało się, iż zburzone zostały fundamenty pod tą władzą, gdyż usunięto główną przyczynę, dlaczego jedni mają prawo rozkazywać, drudzy zaś mają obowiązek słuchać”.

Encyklika O królewskiej godności Chrystusa Pana – komentuje teolog, ks. Czesław Bartnik – „zrodziła się z ziemskiej potrzeby odnowienia życia społecznego, politycznego, religijnego i moralnego państw, społeczeństw i narodów”. Wypływała ona z – powszechnej w Kościele po straszliwych doświadczeniach I wojny – wiary, że jeśli tylko „ludzie prywatnie i publicznie uznają nad sobą władzę królewską Chrystusa, wówczas spłyną na całe społeczeństwo niesłychane dobrodziejstwa, takie jak należyta wolność, porządek i uspokojenie, zgoda i pokój” (Quas primas).

Wiarę tę, w odniesieniu do Polski, podziela dziś ks. Bartnik: „Społeczeństwo polskie, głównie katolickie, jest znowu w bardzo ciężkiej sytuacji: państwo jest rozbite, laicyzacja i ateizacja, wolność słowa jest tłumiona, katolicki naród jest marginalizowany, powszechna demoralizacja, cywilizacja śmierci, niszczenie rodziny, tradycji, kultury, historii, zakłamanie, burzenie zdrowego rozumu, no i eliminacja Boga i Kościoła z całości życia publicznego. Zakłada się, że w tej sytuacji, przy zobojętnieniu i jakimś stumanieniu większości społeczeństwa ratunek może przyjść tylko z tej strony, którą proponuje ruch [intronizacyjny]: a więc Polskę znowu schrystianizować w imię Chrystusa Króla” (opublikowane w 2014 r.).

Intronizacja miałaby zatem stanowić odpowiedź na powszechną, zdaniem niektórych myślicieli, detronizację Boga, której początek sięga oświecenia. Tak o tych początkach pisze Marcin Majewski, autor książki Intronizacja Jezusa Króla: „[Oświeceniowej rewolucji] Chodziło o rozerwanie groźnego przymierza tronu i ołtarza i wypracowanie w kontekście wielowyznaniowości modelu państwa neutralnego światopoglądowo, rządzonego przez kompetentnych ateistów, kierujących się ideałami oświeconego humanizmu”. Tak powstał model państwa laickiego, kierującego się zasadą rozdziału Kościoła od państwa. Jest ono „idolem, ubóstwia bowiem samego siebie, natomiast państwo katolickie jest ikoną, wskazuje bowiem na Chrystusa. Idea nowoczesnego państwa laickiego oparta jest na wzajemnych interesach, logice oskarżania, odpowiadania złem za złe, a idea państwa katolickiego bazuje na bezinteresowności i solidarności. Jest ideą państwa budowanego według logiki daru, logiki miłości”.

Nic dodać, nic ująć. Po prostu: „dobra zmiana” idola na ikonę. Zamiana rządzących dotąd „herodów” na Jezusa – Króla, który „miłuje prawo i sprawiedliwość” (por. Ps 33, 5). Wybór czystego dobra i prawdy (Boga) w miejsce tego, co pokrętne i fałszywe, a w pewnym sensie nawet demoniczne.

Sprawa nie jest jednak aż taka prosta. Nic dziwnego, iż przeciwnicy publicznej intronizacji Chrystusa wytaczają przeciwko niej ważkie argumenty. Mówi się zatem o mieszaniu religii z polityką, próbie budowania królestwa Bożego na ziemi, niezgodności z nauczaniem II Soboru Watykańskiego, utopijności, ciągotach nacjonalistycznych oraz głębokiej duchowej więzi z lefebryzmem[1] bądź z potępioną przez Piusa XI ideologią francuskiego myśliciela Maurrasa[2].

Warto przemyśleć argumentację obu stron tego sporu. Dla mnie – mimo lektury tekstów broniących idei społecznego panowania Chrystusa[3] – wciąż przekonujące jest to, co na ten temat napisał ks. Józef Tischner. W ostatnich latach swego życia konsekwentnie przeciwstawiał się on integrystycznej wizji państwa i przed nią ostrzegał[4]. Zainteresowanych odsyłam do jego tekstów, zwłaszcza do analiz zawartych w książce W krainie schorowanej wyobraźni.

Teraz jednak chciałbym ograniczyć się wyłącznie do przytoczenia teologicznych argumentów, jakie przeciwko publicznej intronizacji Chrystusa wysuwała hierarchia Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce. Nie chodzi mi tu o wypowiedzi poszczególnych biskupów – oskarżanych często przez swych oponentów o „liberalną herezję” – ale o stanowisko wyrażane w niedawnej przeszłości przez Konferencję Episkopatu Polski lub osoby przez nią do tego upoważnione.

„Intronizacja Serca Bożego jest wpisana w tradycję Kościoła, tak samo jak cześć Chrystusa Króla Wszechświata, natomiast ogłaszanie Chrystusa Królem Polski jest, zdaniem biskupów, niewłaściwe, niepotrzebne, niezgodne z myślą Episkopatu” – mówił w 2008 r. bp Stanisław Budzik, sekretarz KEP. Dwa lata później, w 2010, ukazał się na ten temat oficjalny komunikat: „Konferencja Episkopatu po raz kolejny odniosła się krytycznie do inicjatyw zmierzających do ogłoszenia Jezusa Królem Polski. Biskupi jednocześnie zwracają uwagę na potrzebę pogłębienia wiary w Jezusa Chrystusa jako Króla Wszechświata i Pana dziejów. Przestrzegają przed sprowadzaniem królowania Jezusa do jednorazowego aktu intronizacji, który miałby rozwiązać wszystkie problemy. Sam Chrystus wzywa swoich uczniów do podejmowania krzyża i pójścia za Nim w duchu Jego królowania, które nie jest z tego świata (por. J 18, 36)”. Komentując ów tekst, abp Józef Michalik, przewodniczący KEP, mówił, że biskupi dostrzegają dobrą wolę zwolenników intronizacji, jednak „wiara katolicka wymaga zgodności z nauczaniem Kościoła i nie można interpretować jej po swojemu”. I chociaż motywem dla tej inicjatywy jest spór o prawo do obecności Chrystusa i krzyża w życiu społecznym i publicznym, to „trzeba głośno powiedzieć, że interpretacja Chrystusa jako króla Polski nie jest poprawna”, albowiem „obecność Chrystusa w życiu społecznym i publicznym ma polegać na przenikaniu go wiarą i Ewangelią”. Z kolei w 2011 r., po kolejnym posiedzeniu Konferencji Episkopatu, abp Marian Gołębiewski ówczesny przewodniczący Zespołu KEP ds. Społecznych Aspektów Intronizacji Chrystusa Króla, oświadczył, że nie można akceptować fałszywych eschatologii kryjących się w różnego rodzaju publikacjach czy ruchach, takich jak niektóre objawienia prywatne czy „silny ruch intronizacji Jezusa Chrystusa Króla Polski”[5]. W sierpniu tego samego roku stanowisko w tej sprawie zajęła Rada Biskupów Diecezjalnych: „Wszyscy mamy wspaniałe możliwości ofiarowania swojego życia (…) oraz całej naszej Ojczyzny Chrystusowi, Królowi Wszechświata. (…) Nie ma więc potrzeby szukania nowych, niezgodnych z zamysłem Kościoła, form nabożeństw do Chrystusa Króla. (…) Każdy, kto uporczywie uczestniczy w takich pozakościelnych ruchach i grupach, traci jedność ze wspólnotą Kościoła”[6].

Jesienią 2011 r. w łonie episkopatu podjęto decyzję, by ponownie zbadać kwestię intronizacji i podjąć dialog z jej zwolennikami.

Ale jeszcze wiosną roku następnego bp Andrzej Czaja, przewodniczący Komisji Nauki Wiary KEP, dość jednoznacznie twierdził, że pomysł intronizacji Chrystusa na Króla Polski „jest absolutnie poza teologią.

Biskupi podtrzymali zdecydowanie negatywny stosunek do takiej idei” i zadeklarowali swe „otwarcie tylko na te wspólnoty [ruchy intronizacyjne], które nie mają wymiaru politycznego”.

W uroczystość Chrystusa Króla w roku 2012 w polskich kościołach odczytany został list pasterski, w całości poświęcony „królowaniu Jezusa Chrystusa”. Podtrzymywał on dotychczasowe stanowisko biskupów: „Królestwo Boże (…) nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek formą panowania człowieka w świecie. (…) Nie trzeba Chrystusa ogłaszać Królem, wprowadzać Go na tron. (…) Konieczne jest [natomiast] szerokie otwarcie drzwi Jezusowi, oddanie Mu swego życia”, w tym posługa miłosierdzia.

I choć – zdaniem sygnatariuszy owego dokumentu – „myślenie, że wystarczy obwołać Chrystusa Królem Polski, a wszystko się zmieni na lepsze, trzeba uznać za iluzoryczne, wręcz szkodliwe dla rozumienia i urzeczywistniania Chrystusowego zbawienia w świecie”, to jednocześnie list zawierał sugestię, by Polacy w swoich domach i parafiach dokonali aktu poświęcenia się Jezusowi i uznali Jego królowanie (najprawdopodobniej chodziło o królowanie w ich sercach), a wtedy „zmieni się oblicze naszej Ojczyzny i Kościoła”.

Owocem wewnątrzkościelnego dialogu – prowadzonego przez bp. Czaję, wybranego w tym czasie na przewodniczącego nowo utworzonego Zespołu KEP ds. Ruchów Intronizacyjnych – stał się Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana, uroczyście odczytany 19 listopada 2016 r. w Krakowie-Łagiewnikach. Poprzedził go kolejny list pasterski. Próbowano w nim pozbawić intronizację jej podtekstu politycznego, jednocześnie – chyba po raz pierwszy w tego rodzaju dokumencie KEP – podkreślając społeczny wymiar królowania Jezusa Chrystusa: „Zasadniczym celem (…) aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa” (podkreśl. moje – J.P). Pojawiło się również ważne w tym kontekście pojęcie „detronizacji” Chrystusa (czyli laicyzacji, „pozbawiania Go należnego miejsca i czci”): to właśnie w odpowiedzi na nią trzeba dokonać „intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy” oraz „robić wszystko, by Chrystus panował”.

Opublikowano także oficjalny komentarz do planowanego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla. Czytamy w nim, że ów akt wypływa z „pragnienia, aby powszechnej w świecie detronizacji Chrystusa Polska przeciwstawiła Jego intronizację. (…) Ma to być z założenia akt wiary narodu. Jego celem nie jest zapewnienie doczesnej władzy czy dostatku (…). Akt ten powinien wpłynąć na rzeczywistość doczesną, ale nie może stanowić nadużycia Najświętszego Imienia Jezusa do osiągania celów doczesnych”. Pojawiły się też komentarze trochę mniej oficjalne: komunikat Zespołu ds. Ruchów Intronizacyjnych oraz – ogłoszone w KAI – dwie rozmowy z bp. Czają, który wyjaśniał, czym jest (i czym nie jest) intronizacja. Otóż żaden człowiek, mówił biskup opolski, nie jest w stanie uczynić Jezusa królem (bo godność tę otrzymał On od Boga Ojca), niemniej możemy – w akcie wiary – „przyjąć i uznać królewską władzę Jezusa, wyznać ją wobec innych oraz potwierdzać całym życiem”. Innymi słowy: „Uznanie Jezusa moim Królem zmienia moje życie i ma wpływ na życie innych, zaś uznanie Jezusa Królem Polski oznaczałoby pomniejszenie Jego roli i znaczenia” – i byłby to akt polityczny, nijak mający się do dzieła zbawienia.

Trzeba docenić starania bp. Czai, by wypracować daleko idący teologiczny kompromis: nie być obojętnym na żądania i prośby zwolenników intronizacji Jezusa (trzeba „pozwolić Mu panować we wszelkich sferach życia, również społecznej, ekonomicznej i politycznej”), a jednocześnie pozostać wiernym dotychczasowemu stanowisku KEP i do intronizacji (tj. ogłoszenia Chrystusa Królem Polski) nie dopuścić. Stąd tezy takie jak ta: „Można powiedzieć, że im dla większej rzeszy obywateli Polski Jezus będzie prawdziwie Królem i Panem, tym bardziej będzie Królem w Polsce”. Piszę to – i cytuję – bez cienia ironii.

Mimo starań episkopatu łagiewnicki Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana został przez wielu zinterpretowany jako intronizacja. Przyczyniła się do tego obecność na tej uroczystości przedstawicieli władz państwowych, w tym: prezydenta i szefowej rządu (choć trzeba przyznać, że żaden z polityków nie zabierał głosu). Przyczyniła się do tego także część relacji medialnych (i to nie tylko w mediach „lewicowo-liberalnych”) – i triumfalizm niektórych komentatorów.

Przyjmuję ów akt w duchu posłuszeństwa Kościołowi – i w duchu wiary w Jezusa, Pana i Zbawiciela. Nie mogę jednak powstrzymać się przed wyrażeniem lęku, że – w skali społecznej, mimo świadomości podjętych zobowiązań – pozostanie on jedynie w sferze czysto deklaratywnej.

Minęło bowiem już kilka tygodni od przyjęcia Chrystusa za naszego Króla i… Trudno dostrzec jakąkolwiek zmianę np. w stosunku moich rodaków do uchodźców i mieszkających w Polsce cudzoziemców (powiedziałbym nawet, że jest zmiana: na gorsze), w sposobie traktowania przeciwników politycznych, w ilości hejtu wylewającego się na inaczej myślących… Ba, nie widzę takiej zmiany nawet w Kościele (instytucji), zawsze gotowym do wygłoszenia jakiejś pobożnej deklaracji, a jednocześnie nabierającym wody w usta tam, gdzie milczeć nie wolno, bo zajęcia stanowiska domaga się już nie tylko chrześcijańska wiara, ale zwyczajna przyzwoitość.

Powtarzam: przyjmuję ów akt, choć pragnąłbym również, aby mój Kościół, głosząc prawdę o królowaniu Jezusa Chrystusa, nieco bardziej przejął się teologią ks. Franciszka Blachnickiego, który 30 lat temu pisał: „[Dawniej] Akcentowano społeczne panowanie, królowanie Chrystusa w naszych czasach. Łączyło się to często z pewnym spłyceniem; był [to] – można by tak to nazwać – taki akademijny styl kultu Chrystusa: dużo było deklaracji, haseł (…). Natomiast obecny obraz Chrystusa Króla jest głęboko inspirowany przez Pismo Święte i właściwie zbliża się do obrazu Chrystusa Sługi”.

W czasie uroczystości w Łagiewnikach wielu wiernych trzymało w rękach obrazy Jezusa, którego skronie zdobiły trzy korony. Nie jest to jednak wizerunek szczególnie promowany przez Kościół. Bp Czaja – zapytany o „kanoniczny” obraz Chrystusa Króla – odparł: „Są różne obrazy (…), od przedstawień z potrójną koroną, orłem, berłem z narodowymi znakami, po przedstawienie Jezusa jako Ecce Homo św. Brata Alberta Chmielowskiego. Nie udało się wypracować kompromisu, więc mamy różnorodność”.

To ważne zdanie, pokazujące, że ktoś zaproponował obraz Jezusa w koronie cierniowej – Ecce Homo, i że propozycja ta została przez kogoś innego odrzucona (przepadła w głosowaniu?). Ono mówi mi więcej o wizji królowania, przyświecającej niektórym zwolennikom intronizacji, aniżeli „hymn wspaniały: Niech żyje Jezus Chrystus Król, w koronie wiecznej chwały”.

 

*

Powiedział kiedyś – w 2001 r., kilka dni po zakończeniu Roku Świętego – papież Jan Paweł II: „Po tym poznają, że mieliście Jubileusz, jeżeli będziecie się wzajemnie miłowali”. Ciekawe, po czym współczesny świat pozna, że my, Polacy, uznaliśmy Jezusa naszym Królem?

_

[1] Abp: Marcel Lefebvre: „Państwo ma wobec Kościoła funkcję służebną, rolę sługi: realizując swój cel, państwo musi zdecydowanie, choć pośrednio, wspomagać Kościół w osiąganiu jego celu, to znaczy zbawiania dusz”. „Prawa Boże (oraz Kościoła w narodzie katolickim) stanowią [powinny stanowić – J.P.] podstawę konstytucji. W związku z tym Dekalog inspiruje wszelkie prawodawstwo. (…) Demokracja nie jest świecka, lecz otwarcie chrześcijańska i katolicka. Jest zgodna ze społeczną doktryną Kościoła. (…) Podsumowując: demokracja, nie mniej niż jakakolwiek inna forma rządów, musi zaprowadzać społeczne panowanie Naszego Pana Jezusa Chrystusa. Demokracja musi, tak jak wszystko, mieć króla: Jezusa Chrystusa”.

[2] Charles Maurras: „Nie znam innego Jezusa jak z naszej tradycji katolickiej i nie wyrzeknę się jasnego porządku Ojców, Soborów i Papieży oraz wszystkich wielkich ludzi współczesnej elity dla zaufania pismom czterech ciemnych Żydów”. „Polityka religijna, tak samo jak polityka ekonomiczna i jak polityka społeczna, jest najpierw polityką, zawiera więc w sobie na pierwszym miejscu zagadnienie objęcia i zagwarantowania władzy. Nic nie uczyni się skutecznie przeciwko wrogowi, który będzie miał swobodę wydawania praw, ich interpretowania i wykonywania. Zdobycie władzy przez katolików jest więc jedynym pewnym środkiem prawdziwego ruchu oporu”.

[3] Niektóre (m.in. artykuł ks. Czesława Bartnika) znaleźć można w 36. tece „Pressji” (2014).

[4] Ks. Józef Tischner: „Zasadniczy spór jest sporem o władzę. (…) Jedni szukają takiej władzy, która mogłaby gwarantować podstawowe wolności człowieka. (…) Inni szukają takiej władzy, która byłaby w stanie założyć wędzidła swawoli człowieka. (…) W imię władzy Boga polityk dąży do nadania określonego kształtu demokracji. Jeśli już demokracja, to odpowiednio sterowana. Ale to nie demokracja jest ideałem. Ideałem jest »królowanie Pana Naszego Jezusa Chrystusa« (…). Tylko ślepiec nie zauważa pod tą religijną retoryką przyciągającej siły faszyzmu. Z »religią władzy« (…) wchodzi w spór »religia wyzwolenia«, która ma w żywej pamięci wielkie »wydarzenia wolności«. (…) Czyż właściwą teologią władzy nie jest teologia Ukrzyżowania?”.

[5] W 2010 r., w liście do autorów Memoriału do Pasterzy Kościoła: O godne przygotowanie Narodu Polskiego do Intronizacji Jezusa na Króla Polski poprzez Rekolekcje Narodowe, abp Gołębiewski napisał: „Podstawowym błędem jest pomieszanie porządku nadprzyrodzonego z porządkiem naturalnym w rozumieniu istoty Królestwa Bożego. W konsekwencji, w pismach tych nie ma rozdziału między państwem a religią, między autonomią rzeczywistości ziemskiej a nadprzyrodzonym porządkiem łaski i królestwa Bożego. Królestwo Boże traci wymiar eschatologiczny, a pojęcia intronizacji i detronizacji nabierają dosłownego, świeckiego i prawnego znaczenia, nie oddając istoty prawdy objawionej”.

[6] Komunikat ten ogłoszono w związku z karą kościelną nałożoną na ks. Piotra Natanka – jednego z radykalnych zwolenników idei intronizacji.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata