70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. A. Walanus

Symetryzm polsko-żydowski?

Tytułowy symetryzm to pogląd głoszący, że istnieje symetria w sytuacji Polaków i Żydów w czasie II wojny światowej oraz we współczesnych zjawiskach antysemityzmu i antypolonizmu. Chcę pokazać, dlaczego jest to przekonanie niemożliwe do obrony

Oto dwa przykłady. Jarosław Gowin na antenie TVP Info stwierdził niedawno, że antypolonizm, podobnie jak antysemityzm, jest formą rasizmu. Premier Mateusz Morawiecki zaś podczas lutowej konferencji w Monachium powiedział: „Jest bardzo ważne, aby zrozumieć, że [nowelizacja ustawy o IPN] nie spowoduje karania lub uznania za przestępstwo mówienia, że byli Polscy sprawcy [perpetrators], tak jak byli [as there were] żydowscy sprawcy czy też rosyjscy i ukraińscy”.

Obie te wypowiedzi są niefortunne. Słownik języka polskiego nie zawiera słowa „antypolonizm”. W Wikipedii zaś pod tym hasłem możemy przeczytać: „Antypolonizm (także: polonofobia) – termin określający zbiorowo wszelkie uprzedzenia i postawy wrogości wobec Polaków. Historycznym odpowiednikiem antypolonizmu jest polakożerstwo, określenie używane w XIX w. wobec antypolskiej polityki Otto von Bismarcka”. Dalej dowiadujemy się, że termin ten został użyty m.in. przez polskiego historyka dziejów gospodarczych Franciszka Bujaka (w 1919 r.). Gustaw Herling-Grudziński w Dzienniku pisanym nocą uznał, że antysemityzm Polaków i antypolonizm Żydów amerykańskich wzajemnie się wzmacniają. W ostatnich 20 latach termin „antypolonizm” zadomowił się na dobre w rodzimym języku politycznym. Trzeba jednak od razu stwierdzić, że ani Bujak, ani Herling-Grudziński nie sugerowali, iż antypolonizm jest rasizmem. Taka kwalifikacja, wraz ze zwrotem „podobnie jak antysemityzm”, zakłada, że antysemityzm jest formą rasizmu. Owszem, tak było w przypadku nazizmu (i jego świadomych lub nieświadomych kontynuatorów w pojmowaniu Żydów i ich spraw), ale nie jest to ani powszechna, ani dominująca negatywna postawa wobec narodu żydowskiego. Tak czy inaczej, nikt, przynajmniej, o ile mi wiadomo, nie uważał Polaków za rasę. I to jest powód, dla którego uważam za nietrafny pogląd, że antypolonizm jest, by tak rzec, kalką antysemityzmu wedle rasistowskiej paraleli.

Można jednak porównywać antysemityzm i antypolonizm, nie odwołując się do rasizmu, lecz to wymaga jakiegoś określenia obu tych postaw. Nie jest to bynajmniej proste. W sprawie antysemityzmu niech wystarczy przypomnienie, że jest to negatywny stosunek do Żydów ukształtowany przez okoliczności historyczne (np. religijne, w szczególności antyjudaizm), obyczajowe (niechęć do żydowskiego izolacjonizmu), ekonomiczne (częsty sukces Żydów w tej dziedzinie), polityczne (np. konflikt na Bliskim Wschodzie) i zapewne wiele innych. Termin „antysemityzm” został wprowadzony przez niemieckiego dziennikarza Wilhelma Marra w 1879 r., który wzywał do przeciwstawienia się społecznej ekspansji Żydów w Niemczech w imię obrony interesów narodu niemieckiego (tytuł jego książki Der Sieg des Judenthums über das Germanenthum [Zwycięstwo żydostwa nad germańskością] był swoistym ostrzeżeniem dla Niemców przed Żydami). Typowym przejawem antysemityzmu jest stereotyp Żydów jako wrogów rządzących światem za pośrednictwem rozmaitych międzynarodowych instytucji, np. banków. W Polsce według badań CBOS-u w ostatnich 10 latach średnio ok. 30% osób deklaruje niechęć do Żydów. W szczególnych okolicznościach (np. polityka władz w 1968 r. czy dyskusja wokół nowelizacji ustawy o IPN) postawy antysemickie ujawniają się w sposób gwałtowny i agresywny. Stereotyp Żyda-wroga knującego przeciw światu, np. za pośrednictwem George’a Sorosa (to nie tylko specjalność Polski, ale i Węgier), funkcjonuje przy tym w taki sposób, że jest odporny na kontrargumenty.

Antypolonizm jest kategorią nową, aczkolwiek z niejaką tradycją. Nikt nie miał wątpliwości, że Kulturkampf w wersji Bismarcka był polakożerczy; to samo dotyczyło antypolskiej polityki nazistów w Generalnym Gubernatorstwie. Czy tzw. Polish jokes w USA są jednak wyrazem antypolonizmu? A co powiedzieć o polityce Rosji wobec Polski? W niektórych miastach angielskich notuje się niechęć do Polaków z uwagi na ich lekceważenie prawa. Antypolonizm? Tak czy inaczej, konflikty czy niesnaski narodowościowe są powszechne w dziejach świata. Obecnie najczęściej wskazywanym przykładem antypolonizmu jest właśnie postawa niektórych Żydów oskarżających Polaków o antysemityzm i współudział w Holokauście, np. po to, aby zyskać jakieś profity materialne. Prawda, że niektórzy Żydzi domagają się odszkodowań za mienie utracone w czasie II wojny światowej. Powiada się nawet, że jeśli nie ma spadkobierców, owe odszkodowania winny być wypłacone organizacjom żydowskim. Trudno mówić tu o antypolonizmie, albowiem jest to walka o pieniądze, słuszna lub nie, to inna sprawa. Sugeruję, aby gdy mowa o antypolonizmie (lub negatywnej postawie do danego narodu), zawsze przeprowadzić konkretną analizę danej postawy, ponieważ tylko wtedy jesteśmy w stanie zorientować się, czy jest ona oparta na jakimś względnie trwałym uprzedzeniu, czy też została wywołana konkretnymi okolicznościami.

O ile antysemityzm opiera się na stereotypach dziedziczonych przez pokolenia, a nawet całe epoki historyczne, o tyle antypolonizm, wręcz przeciwnie, jest zjawiskiem relatywnie nowym. Obie postawy mogą być porównywane tylko fragmentarycznie, a nie całościowo. Trudno twierdzić, że są symetryczne w jakimś rozsądnym sensie.

Bywają, ale tylko okazjonalnie, np. w związku z obserwacją Herlinga-Grudzińskiego czy niedawnym konfliktem polsko-izraelskim (lub ogólniej – żydowskim) wokół wspomnianej już nowelizacji ustawy o IPN. Natomiast Żydzi, nawet ci żywiący antypolonizm, nie uważają Polaków za wrogów w sensie podobnym do Żyda-wroga wedle tradycyjnego antysemityzmu. Trudno więc w tym nierasistowskim ujęciu relacji antysemityzm–antypolonizm dopatrywać się jakiejś symetrii poza rzadkimi przypadkami.

Żydowscy sprawcy? 

Cytowana wypowiedź premiera Morawieckiego wzbudziła rozmaite komentarze, także bardzo krytyczne. Otóż kluczowy problem tkwi w użyciu słowa „perpetrator”. Znaczy ono „sprawca” lub „przestępca” i jest nie tylko słowem potocznym, lecz także technicznym w literaturze o Shoah. Występuje w niej bowiem podział ludzi skonfrontowanych z Holokaustem na sprawców (perpetrators), ofiary (victims) i świadków (bystanders). Tak jest właśnie w klasycznej monografii Raula Hilberga Sprawcy, Ofiary, Świadkowie. Zagłada Żydów, 1933–1945 (wyd. oryg. 1992 r., wyd. polskie 2006 r.). Identyfikacja jako ofiar europejskiej społeczności żydowskiej jest automatyczna. Dwie pozostałe kategorie są już problematyczne, przynajmniej do pewnego stopnia. Nikt z badaczy nie ma wątpliwości, że Zagłada była zaprojektowana i zorganizowana przez III Rzeszę. Jej funkcjonariusze i obywatele (nie tylko naziści) oddelegowani do uśmiercania ofiar byli sprawcami. Ale czy jedynymi? Na pewno głównymi. Byli także Niemcy i obywatele innych państw, którzy pełnili funkcję pomocników oraz współsprawców działających na własną rękę, np. ci, którzy zabijali Żydów z chciwości czy ze strachu. To komplikuje precyzyjne odróżnienie sprawców od ofiar oraz jednych i drugich od świadków.

Pomijając Rosjan i Ukraińców, wymienienie obok siebie sprawców niemieckich, polskich i żydowskich wraz ze sformułowaniem „tak jak” sugeruje wręcz symetrię w sprawstwie Holokaustu. To jednak grube nieporozumienie z uwagi na niejakie zrównanie tych trzech kategorii. Techniczne użycie słowa „perpetrator” takie zrównanie wyklucza. Inaczej mówiąc, Zagłada nie zdarzyłaby się bez Niemców, ale miałaby miejsce bez udziału Żydów (poza tym, że byli ofiarami) i Polaków (poza tym, że ich zdecydowana większość była świadkami). Oczywiście natura prawidłowości społecznych jest taka, że musieli pojawić się kolaboranci (lub współsprawcy, jeśli ktoś woli, ale nie perpetrators w sensie wyżej zarysowanym) polscy i żydowscy. W gruncie rzeczy słowa Morawieckiego są wręcz obraźliwe dla Polaków.

Wypowiedź premiera sugeruje (sądzę, że w sposób zamierzony) symetrię pomiędzy sprawcami (chodzi o sprawców w sensie potocznym – kolaborantów) polskimi a żydowskimi. To, że Żydzi jakoś współpracowali z Niemcami przy Zagładzie, jest rzeczą od dawna dyskutowaną. Hannah Arendt zarzucała kolaborację Judenratom, archiwum Ringelbluma zawiera oskarżenia pod adresem policji żydowskiejw getcie warszawskim, ten sam zarzut można wyczytać też w Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie Icchaka Kacenelsona. Żydzi byli członkami specjalnych grup (Sonderkommandos) zapędzających ofiary do komór gazowych, a potem – palących zwłoki w krematoriach. Oddział Żagiew (składający się z Żydów) został zorganizowany przez Niemców w celu infiltracji getta i ruchu oporu. Jednocześnie istniała też złożona z Polaków policja granatowa, byli polscy kapo w obozach oraz szmalcownicy i donosiciele. Można by więc argumentować, że jedni kolaboranci byli warci drugich. Że byli „Polish perpetrators as there were Jewish perpetrators”. Ta symetria budzi dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, w planie ogólnym, Żydzi byli wyjęci spod prawa, Polacy – nie. To jest istotna różnica w sytuacji, w której od pewnego momentu ofiary rozumiały, że praktycznie są bez szans i tylko jakiś zbieg okoliczności może je uratować lub choćby przedłużyć życie im i ewentualnie ich rodzinom. Po drugie, i to jest konkretyzacja punktu pierwszego, członkowie grup specjalnych wiedzieli, że co kilka miesięcy oddziały te są likwidowane, ale jednak dzięki służbie w nich mieli możliwość żyć nieco dłużej. Calek Perechodnik, nieszczęsny policjant z Otwocka, eskortował swoją żonę i córkę na dworzec, z którego odchodziły transporty do Treblinki. Uwierzył Niemcom, że rodziny policjantów zostaną oszczędzone, ale muszą przyjść na zbiórkę. Obie pojechały do gazu, a Perechodnik do końca życia (tj. przez dwa kolejne lata) rozmyślał, czy jest mordercą. Fryzjer Abraham Bomba z Częstochowy (pokazany przez Claude’a Lanzmanna w filmie Shoah) widział, jak kolega strzygł jego żonę i siostrę w przedsionku do komory gazowej w Treblince. Chaim Rumkowski, szef łódzkiego Judenratu, gorliwie wykonywał wszystkie polecenia Niemców, natomiast Adam Czerniaków, szef Judenratu w Warszawie, popełnił samobójstwo, ponieważ nie chciał podpisać listy dzieci, które miały zostać wywiezione do Treblinki.

Natomiast służba w granatowej policji, aczkolwiek dawała rozmaite przywileje, nie wiązała się bezpośrednio z ucieczką od śmierci, szmalcownik wybierał swój proceder w nadziei na całkiem wymierne korzyści i nie działał pod bezpośrednim przymusem sytuacyjnym, podobnie jak ten, który wydawał Żydów lub nawet ich zabijał, gdy już nie mieli czym płacić za ukrywanie się.

Jako filozof powiem, że istnieje różnica egzystencjalna pomiędzy Żydami a Polakami w ich współpracy z Niemcami. W jednym przypadku była to gra dyktatorska (tj. Żyd prawie nigdy nie wygrywał), natomiast w drugim była szansa na indywidualną korzyść również po stronie polskiej. I to właśnie wyklucza symetrię sytuacji Polaków i sytuacji Żydów w obliczu Holokaustu, nawet biorąc pod uwagę, że jedni i drudzy jakoś współpracowali z Niemcami.

Rywalizacja w cierpieniu 

Ostatnim problemem związanym z symetryzmem (w sensie niniejszego tekstu) jest porównanie cierpień narodu polskiego i narodu żydowskiego. Teza, dość popularna obecnie, głosi, że Żydzi i Polacy cierpieli tak samo. Jednym z głównych argumentów za symetrią cierpienia doznanego przez naród polski i naród żydowski jest fakt, że Holokaust pochłonął – jak się dziś zazwyczaj przyjmuje – ok. 3 mln polskich Żydów (w sumie ok. 6 mln europejskich), a straty polskie (w latach 1939–1945) oblicza się też na mniej więcej 3 mln. Pojawił się nawet termin „Polokaust” (urobiony na wzór słowa „Holokaust”; niektórzy komentatorzy mówią nawet o polskim Holokauście) mający oznaczać liczbę Polaków, którzy stracili życie w związku z II wojną światową. Zasugerowano nawet stworzenie Muzeum Polokaustu. Rząd polski (ustami Jarosława Sellina, wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego) odniósł się zdecydowanie sceptycznie do tego projektu. Niemniej jednak zdobył on sporą popularność w mediach prawicowych i w Internecie – należy oczekiwać, że lingwistyczna innowacja (Polokaust) i wspomniany pomysł muzeum będą wracać od czasu do czasu, a może nawet dość często.

Kwestia jakiegoś zbilansowania ofiar polskich i ofiar żydowskich (cały czas chodzi o II wojnę światową) nie pojawiła się dopiero dziś i zawsze łączyła się z polityką. Oficjalne stanowisko adresowane do przeciętnego Polaka po 1945 r. (może nie od razu, ale na pewno od 1948 r.) było mniej więcej następujące: w latach 1939–1945 zginęło 6 mln Polaków, w tym 3 mln Polaków (nie: obywateli polskich) pochodzenia żydowskiego. W samym obozie oświęcimskim (nie używano wtedy nazwy Auschwitz-Birkenau) zabito 4,5 mln ludzi, nie tyle zagazowanych, ile żywcem spalonych w krematoriach (takie dane podaje Seweryna Szmaglewska, więźniarka, a następnie świadek w procesie norymberskim, w książce Dymy nad Birkenau). Inne obozy były w zasadzie pomijane, a jeśli nie, to zaniżano liczbę ofiar, np. zabitych w Treblince (dla uniknięcia nieporozumień, zaznaczam, że nie zarzucam Szmaglewskiej złej woli). Nazwy „Holokaust”, „Shoah” czy „Zagłada” nie były używane. Mam na myśli informację (propagandę, jeśli ktoś woli) serwowaną przeciętnemu Polakowi (np. mnie w latach nauki szkolnej w latach 1947–1958, ale i później) oraz wiedzę na niej opartą. Historycy lub ludzie pamiętający wojnę wiedzieli więcej, ale nie miało to specjalnego znaczenia w społecznym obiegu, bo stosowne publikacje były rzadkie i miały ograniczony zasięg. Wiele osób o żydowskich korzeniach, np. moja matka, milczało, aby chronić swoje dzieci od traumy (teraz nazywanej świadomością drugiego pokolenia). Coś tam można było wydedukować z filmów, np. Ostatniego etapu lub Ulicy Granicznej, ale niewiele. Muzeum w obozie oświęcimskim było tak zorganizowane, że podkreślano jego międzynarodowy charakter z włączeniem ekspozycji o Żydach jako jednej z wielu narodowości (było nawet miejsce na oddział niemiecki pod wezwaniem NRD). Stereotyp 6 mln Polaków, w tym połowy pochodzenia żydowskiego, był tak silny, że blokował racjonalny namysł na tym, co się wydarzyło. Prosta analiza winna od razu zakwestionować liczbę ofiar w Oświęcimiu. Skoro były inne obozy, wysoka śmiertelność w gettach czy ofiary pozostałych form terroru niemieckiego, to niemożliwe było, aby w jednym miejscu mogło zginąć ponad 4 mln ludzi. O sile stereotypu świadczy np. to, że Jan Paweł II jeszcze w 1979 r., w homilii w Oświęcimiu, powiedział o 4 mln ofiar.

Niewiele wiadomo o powodach takiego przedstawienia sprawy. Wydaje się, że władze PRL stawiały na obraz Polski powojennej jako państwa etnicznie jednolitego bez konfliktów narodowościowych (stanowisko to popierali także polscy komuniści pochodzenia żydowskiego, przynajmniej ci, którzy nie godzili się na utworzenie tzw. frakcji żydowskiej w PPR). Nie zaprzeczano istnieniu mniejszości narodowych, ale były one tylko ciekawostkami etnograficznymi. Koncepcja Polski jako państwa jednego narodu była wygodną podstawą dla krytyki Polski międzywojennej za jej antysemityzm i ograniczanie praw innych narodowości, głównie Ukraińców. Kolejnym możliwym motywem była chęć ukrycia wstydliwych faktów, jak np. antyukraińska akcja „Wisła” czy deportacja Niemców z terenów tzw. Ziem Odzyskanych (oficjalnie mówiło się, że uciekli). Już w 1946 r. zwracano uwagę na niezadowolenie części społeczeństwa polskiego z nadreprezentacji Żydów we władzach państwowych. Te zaś poważnie liczyły się z tym, że eksponowanie Żydów jako ofiar eksterminacji przeprowadzonej przez Niemców nie spodoba się sporej części społeczeństwa polskiego. Tak więc formuła „6 mln Polaków, w tym 3 mln pochodzenia żydowskiego”, mogła mieć (i chyba miała) całkiem konkretny kontekst polityczny.

Tzw. kampania antysyjonistyczna w 1968 r. podtrzymywała zarysowany obraz. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, t. VIII (wydany w 1966 r.), zawierała hasło „Obozy koncentracyjne hitlerowskie” z podziałem na obozy zagłady i obozy pracy. Spotkało się to ze zdecydowaną repliką ze strony kół antysyjonistycznych, m.in. dlatego że, ich zdaniem, zawyżały liczbę ofiar żydowskich. Innym popularnym motywem było wskazywanie na niewdzięczność Żydów wobec ratujących ich Polaków. Wspomniany film Lanzmanna (ukończony w 1985 r.) został pokazany przez TVP w bardzo okrojonej wersji (3 godz. z prawie 9) i w kontekście ostrej krytyki serwowanej przez oficjalnych propagandzistów. Słynny esej Jana Błońskiego Biedni Polacy patrzą na getto (1987 r.) wywołał gniewne reakcje także ze strony przedstawicieli prawicy. Ta ostatnia okoliczność pokazała, że problem nie redukuje się do ogólnych opcji politycznych. Szersza debata o Holokauście była nieunikniona i zaczęła się natychmiast po zmianach lat 1989–1990. Historycy szybko zakwestionowali liczbę ofiar w Auschwitz-Birkenau, określając ją na ok. 1,1 mln – w tym 900 tys. Żydów, reszta to osoby różnych narodowości.

Charakterystyczne były dyskusje w sprawie krzyży oświęcimskich i tamtejszego zakonu karmelitanek (I poł. lat 90.) czy książek Jana Tomasza Grossa (Sąsiedzi i Strach). Trwałym elementem tych debat było stanowisko (jednej ze stron), że Żydzi przeceniają swoje straty, że uczynili z Holokaustu swoistą religię podtrzymującą mit założycielski Izraela (krytykują to także niektórzy autorzy żydowscy, w szczególności izraelscy), że ich oskarżenia wobec Polaków są przesadzone i ignorują przypadki ratowania Żydów przez Polaków. Jan Żaryn wyliczył (bez podania źródeł, a więc w sposób osobliwy jak na historyka), że było milion ratujących, którzy zasługują na miano Sprawiedliwych. Oficjalnie wyróżnionych zostało nieco ponad 6 tys. osób, a trzeba pamiętać, że ocenia się, iż z rąk Polaków zginęło 100 tys. Żydów (choć szacunki są tu trudne, a historyk Jan Grabowski mówi, że mogła to być liczba nawet dwa razy większa). Notabene, powinno mówić się o Prawych wśród Narodów Świata, bo ratowanie Żydów nie było aktem sprawiedliwości, ale właśnie prawości. To miał na uwadze Kneset, gdy ustanowił stosowny tytuł w 1953 r. Warto też pamiętać, że tytuł ten jest przyznawany jednostkom, a nie narodom, aczkolwiek jest też pięć podmiotów zbiorowych: francuskie miasteczko Le Chambon-sur-Lignon, holenderskie Nieuwlande, duński ruch oporu, strajkujący z 25–26 lutego 1941 r. w Amsterdamie i polska Żegota.

Powyższa krótka historia ujmowania cierpień Polaków i Żydów rzuca światło na rozważaną tezę o symetrii. Wygląda ona na kolejne rozdanie w politycznej grze o kształt świadomości narodu polskiego w sprawie stosunków polsko-żydowskich. O tym np. świadczy wypowiedź prezydenta Dudy, który w trakcie Marszu Żywych (12 kwietnia 2018 r.) w zadziwiający sposób wrócił do dawnej formuły, że w Holokauście zginęło 3 mln Polaków żydowskiego pochodzenia, obywateli polskich (podkreślając przede wszystkim ich polską, a nie żydowską tożsamość). Pomijając komentarz to tego kuriozalnego stwierdzenia, nie trzeba wiele zachodu, aby pokazać, że empiryczne podstawy tezy o symetrii są marne.

To, że po obu stronach zginęło po 3 mln ludzi, jest faktem, ale powierzchniowym. W czasie II wojny światowej zginęło ok. 90% polskich Żydów i ok. 12% Polaków. To daje rzeczywisty obraz.

Warto też pamiętać, że skala cierpienia zależy nie tylko od liczby ofiar, ale także od warunków życia i umierania. Te zaś były niewspółmierne dla Żydów i Polaków. I to wystarczy, aby wykazać, że teza o symetrii cierpienia Żydów i Polaków jest wątpliwa. Co więcej, jest również wyjątkowo amoralna. Wprawdzie liczby nie kłamią, ale upraszczają to, do czego odnoszą się, także pod względem moralnym. Nie należy robić układanek liczbowych dla wykazywania, który naród bardziej cierpiał, a jaki mniej. Cierpieli konkretni ludzie, i to należy uszanować, ewentualnie opisać historycznie czy literacko. Tytuł noweli Tadeusza Borowskiego Proszę państwa do gazu więcej mówi o cierpieniu niż statystyki i licytowanie się zasługami. I niech tak zostanie.

Żydzi sami szli do getta? 

Niewykluczone, że teza o symetrii nie jest kresem wyścigu o to, kto bardziej cierpiał: Polacy czy Żydzi. Dr historii Ewa Kurek, ostatnio ekspert od spraw żydowskich w TVP Info, pisała w jednej ze swoich książek, że (podaję za „Gazetą Wyborczą”): „W pierwszych latach wojny Polacy w Warszawie żyli w ciągłym strachu przed łapankami i egzekucjami. A Żydzi w getcie się bawili. Mieli co świętować. W końcu żyli w »autonomicznej prowincji«, którą wynegocjowali od Niemców (…) delektowali się autonomiami i izolacją gett. Głodnych wprawdzie i chłodnych, ale z wolną sobotą, żydowskimi tramwajami, własną pocztą, policją, teatrem, restauracjami”. Może to jest zapowiedź stanowiska, że to jednak Polacy bardziej cierpieli, przynajmniej w pierwszych latach wojny, ale niewykluczone, że potem również. Dr Kurek otrzymała Nagrodę im. Jana Karskiego, przyznawaną przez Komitet Dialogu Polsko-Żydowskiego w USA, za swoje produkcje historyczne, może nawet w rodzaju tych zacytowanych. Uroczystość wręczenia miała odbyć się w konsulacie polskim w Nowym Jorku. Została odwołana z powodu protestów, m.in. Kai Mireckiej-Ploss, wykonawczyni testamentu Karskiego, a także interwencji ze strony rządu polskiego.

Pogląd dr Kurek wcale nie jest odosobniony. Wspomniany prof. Żaryn, senator i jeden z architektów aktualnej polityki historycznej, oświadczył niedawno w TVN: „Niemiecka okupacja spowodowała daleko idące rozdzielenie sytuacji Żydów i Polaków. Z perspektywy Polaków, którzy natychmiast poddani zostali eksterminacji, (…) sytuacja Żydów przez pierwsze miesiące wyglądała w ten sposób, że są oto grupowani w coraz bardziej zamykających się gettach, ale mają własny samorząd, mają własne życie wewnętrzne. Sytuacja Polaków jest zupełnie inna. Nie mają żadnej możliwości działania”.

Ponadto koresponduje to ze słowami z wywiadu udzielonego „Kulturze Liberalnej” przez Kornela Morawieckiego, też doktora, aczkolwiek fizyki: „Żydzi sami szli do getta, bo im powiedzieli, że nie będą mieli z tymi wstrętnymi Polakami do czynienia”.

Wygląda na to, że wedle Morawieckiego (seniora) Żydzi mogli nie pójść do getta, np. gdyby uznali, że, przynajmniej niektórzy, Polacy wcale nie byli tacy wstrętni. Niewykluczone, że intencją Piotra Glińskiego, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, profesora i specjalisty w dziedzinie socjologii kultury, jest pogodzenie wszystkich stron debatujących o stosunkach polsko-żydowskich za pomocą Muzeum Getta Warszawskiego mającego przedstawić „800 lat miłości między dwoma narodami”. Trudno poważnie traktować myśl, że getto warszawskie jest miejscem predestynowanym dla demonstrowania miłości. I nie chodzi mi o spieranie się o to, co znaczyła karuzela na pl. Krasińskich lub na ile Polacy mogli zrobić coś więcej dla ratowania getta, ale o powagę należną jednemu z najtragiczniejszych miejsc w historii. Ministrowi Glińskiemu (i jemu podobnym) polecam oglądnięcie trzech obrazów filmowych, mianowicie Requiem dla 500 tysięcy Jerzego Bossaka i Wacława Kaźmierczaka, Niedokończony film Yael Hersonski i Kronikę powstania w getcie warszawskim według Marka Edelmana Jolanty Dylewskiej. Może to sprawi, że pozbędzie się politycznej zaćmy i przestanie opowiadać sentymentalne kawałki o stosunkach polsko-żydowskich.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter