70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Benjamin Sheppard/AFP/East News

Głodni sukcesu

Afryka odnotowuje spektakularny wzrost gospodarczy. Jego beneficjentem są jednak głównie elity polityczne. Nauczyły się one z ułańską fantazją ogrywać opozycję, przedstawicieli koncernów międzynarodowych oraz dawców pomocy z Europy i Ameryki.

W 2016 r. po raz kolejny nie przyznano Nagrody Ibrahima za Osiągnięcia w Afrykańskim Przywództwie. Wyróżnienie nadawane jest wybitnym afrykańskim mężom stanu – przywódcom wyłonionym w wyborach, dobrowolnie oddającym ster państwa (bądź utrzymującym się u władzy na drodze demokratycznej reelekcji), których decyzje mają bezpośrednie przełożenie na rozwój kraju. Według kapituły konkursu żaden z obecnych liderów Afryki nie zasługuje na ten zaszczyt.

 

Miliarderzy i filantropi

Afrykański Nobel Pokojowy, jak nazywa się nagrodę za osiągnięcia w przywództwie, ufundował obchodzący w tym roku 70. urodziny miliarder Mohammed Ibrahim. Jego biografia doskonale nadaje się na scenariusz filmu o głodzie sukcesu nowych elit Afryki. Ibrahim urodził się w Sudanie, jednym z najbiedniejszych krajów świata, który od momentu uzyskania niepodległości pustoszony jest przez krwawe konflikty. „Mo” – jak nazywają go bliscy – uzyskał wykształcenie, niczym większość liderów Afryki, za granicą. Przez jakiś czas pracował dla British Telecom, odkładając na bok resentymenty względem byłego kolonizatora. Nabywszy doświadczenia zawodowego, założył własną firmę telekomunikacyjną: Mobile Systems International, przemianowaną wkrótce na Celtel. Odniósł spektakularny sukces. Zbudował markę rozpoznawalną w skali całego kontynentu. Celtel stał się jednym z symboli awangardy i rewolucji cyfrowej w Afryce.

Majątek „Mo” szacowany jest na ponad miliard dolarów. Ibrahima próżno jednak szukać w pierwszej dziesiątce krezusów Czarnego Lądu. Listę tą od lat tradycyjnie otwiera Aliko Dangote, założyciel i właściciel konglomeratu Dangote Group. Nigeryjski biznesmen, o dekadę młodszy od „Mo”, dorobił się na handlu artykułami spożywczymi i budowlanymi oraz zarządzaniu nieruchomościami nad Zatoką Gwinejską. Dangote jest właścicielem największej w Afryce i trzeciej pod względem wielkości na świecie przetwórni cukru. Jego majątek to 15–20 mld dolarów.

„Mo” i Dangote nie pasują do europocentrycznych wyobrażeń o Afryce – jądrze ciemności, gdzie grasuje AIDS i ebola, a dzieci głodują lub walczą w partyzantkach pod wodzą samozwańczych proroków.

Przedsiębiorcy są zaradni, samowystarczalni, na wskroś nowocześni. Trajektorie życia afrykańskich ikon sukcesu łączy upór, determinacja, gotowość na inwestycje w niepewnym środowisku biznesowym. Sudańczyka i Nigeryjczyka wyróżnia też zaangażowanie polityczne.

„Mo” płaci politykom za uczciwość – laureat Nagrody za Osiągnięcia w Afrykańskim Przywództwie otrzymuje jednorazowo 5 mln dolarów oraz dożywotnią wypłatę 200 tys. dolarów rocznie. Dangote wybrał inny wariant wynagradzania polityków. Bez jego hojnego wsparcia (de facto: kupowania głosów) Olusegun Obasanjo prawdopodobnie nie uzyskałby prezydenckiej reelekcji w 2003 r., a dzieje najbogatszego – obok RPA – kraju w Afryce potoczyłyby się zupełnie inaczej.

 

Cena postępu

Afryka pełna jest takich paradoksów, konfrontacji elit świata polityki i biznesu, ścierania się różnych wizji działania. Od lat dziennikarze „The Economist” i „Bloomberga” wśród najszybciej rozwijających się gospodarek globu wymieniają Kenię, Nigerię, Demokratyczną Republikę Konga, Republikę Konga (dawne Kongo Brazzaville), Angolę, Mozambik, Tanzanię, Wybrzeże Kości Słoniowej.

Zachwyt ekonomistów studzą natomiast demografowie. Prognozują boom demograficzny – podwojenie się populacji kontynentu do 2050 r. (pod koniec pierwszej dekady XXI w. w Afryce mieszkało ok. 1,2 mld ludzi, z czego 150–200 mln w Nigerii). Rozrastać się będą głównie miasta – Lagos (zamieszkane obecnie przez ok. 15–20 mln osób), Kinszasa (10–15 mln), Johannesburg (ok. 10 mln). Dziś to tętniące życiem, wieloetniczne metropolie, centra biznesu i miejsca formowania się nawyków konsumenckich oraz wyobraźni politycznej. Najbliższe lata mogą jednak przemienić owe, jak pisał Wacław Korabiewicz, „miasta-embriony”, w skrajnie zakorkowane molochy złożone ze strzeżonych osiedli dla nuworyszy i okalających je townshipów dla biedoty. Dostęp do usług edukacyjnych czy zdrowotnych – na początku XXI w. mocno ograniczony dla większości mieszkańców miast afrykańskich – stanie się po prostu niemożliwy. I żaden burmistrz czy prezydent sytuacji tej nie uzdrowi.

Ubocznym skutkiem przyspieszonej modernizacji okazuje się plaga korupcji. W okresie transformacji społeczeństw tradycyjnych, w których podział na sferę publiczną i prywatną jest rozmyty, klientelizm wydaje się odgrywać rolę antidotum na bolączki raczkującej biurokracji. Współczesne oblicze korupcji w Afryce ciężko jednak tłumaczyć w ten sposób. Nepotyzm dotyka najwyższych szczebli władzy i niczym nowotwór atakuje kolejne części organizmu państwowego.

Według pracowników Transparency International, twórców Indeksu Percepcji Korupcji, wśród 10 państw najbardziej przeżartych przez korupcję połowa to kraje Afryki Subsaharyjskiej: Somalia, Sudan, Sudan Południowy, Angola, Gwinea Bissau. Państwa te stanowią podręcznikowy przykład zjawiska określanego przez politologów mianem klątwy surowcowej. Terminem tym definiuje się związek pomiędzy występowaniem na terytorium danego państwa surowców, brakiem sektora przetwórczego i nikłą dywersyfikacją wymiany gospodarczej a jej stabilnością polityczną, poziomem rozwoju, skalą korupcji oraz generowaniem konfliktów wewnętrznych. W skrócie: im państwo bogatsze, tym szybciej rosną portfele wierchuszki państwowej, a biednieje reszta. Fakt ten pozwala zrozumieć, dlaczego najbogatszą kobietą Afryki jest Isabel dos Santos, córka prezydenta Angoli Eduarda dos Santosa i rosyjskiej modelki Tatiany Kunakowej. „Księżniczka”, jak nazywają Isabel Angolańczycy, umacnia fortunę rodową na sektorze bankowym, medialnym i telekomunikacyjnym. Dokładne oszacowanie wielkości jej majątku jest niemożliwe. Za sprawą afery Panama Papers, po wycieku poufnych dokumentów z kancelarii prawnej Mossack Fonseca, stało się jasne, że dos Santosowie posiadają liczne konta w rajach podatkowych. Informacja ta przeszła bez echa w prasie angolańskiej. Klan Santosów sprawuje władzę nadal. Za trzy lata obchodzić będzie 40-lecie rządów.

Nepotyzm etniczno-polityczny i klątwa surowcowa jeszcze długo będą dotykać Afrykę. W ciągu ostatnich lat najwięcej surowców wywiozły stamtąd państwa BRICS-u (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Obroty tej „fantastycznej czwórki” przerosły już skalę wymiany dawnych potęg kolonialnych – Francji oraz Wielkiej Brytanii. Prym w neokolonizacji Afryki wiedzie Państwo Środka. Pekin bez problemu przebija oferty kredytowe Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. W zamian za środki finansowe Chiny, w przeciwieństwie do agencji ONZ, nie oczekują umacniania demokracji. Liczą się koncesje na wydobycie surowców. Konsensus waszyngtoński przechodzi do lamusa historii – zastępuje go konsensus pekiński, pakt zawierany między Chinami a afrykańskimi satrapami, traktującymi swoje państwa jak prywatne folwarki.

Wzrost polaryzacji ekonomicznej, związany z niezrównoważonym rozwojem gospodarczym, skutkuje zwiększeniem się frustracji grup wykluczonych. Na afrykańskie ruchy społecznego sprzeciwu i walki z biedą Europejczycy zerkają zwykle z zaciekawieniem i sympatią.

W realiach afrykańskich kontestacja polityczna rzadko kiedy przeradza się w inicjatywy pokojowe typu Occupy. O wiele częściej za to powstają ruchy separatystyczne, które – działając w imię wzniosłych celów, sprzeciwiając się despotycznym rządom – uciekają się do aktów terroru.

 

Kaznodzieje wykluczonych

Do „czarnych talibów” – Boko haram z pogranicza Nigerii, Nigru i Kamerunu, As-Shabaab działającego z Somalii, ale atakującego też cele w Kenii, Tanzanii i Ugandzie, Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu operującej w pasie Sahelu Zachodniego – garną się nie tyle fanatycy religijni, ile młodzi wegetujący w zapomnianym interiorze, w slumsach, odcięci od edukacji i szans na znalezienie jakiejkolwiek pracy. Nie chodzą na wybory, bo wiedzą, że ich kandydaci nie mają szans na elekcję. Wierzą za to w utworzenie królestw, gdzie zapanuje ład oraz sprawiedliwość, kalifatów pod auspicjami tzw. Państwa Islamskiego i Al-Kaidy. Na razie z racji na dysproporcje sił salafici muszą poprzestać na atakach skierowanych wobec symboli „zepsutej” kultury Zachodu: strzelaniu do cywili w centrach handlowych (Westgate Mall w Nairobi, 2013), porywaniu dziewczynek ze szkół publicznych (nigeryjskie Chibok, 2014), masakrach studentów na kampusach uniwersyteckich (Garissa University College w Kenii, 2015), wysadzaniu bomb w kościołach czy przed gmachami parlamentów.

Na czele organizacji terrorystycznych nie stoją krwawi psychopaci, lecz młodzi, nieźle wykształceni, charyzmatyczni kaznodzieje. Liderem Boko Haram jest Abubakar Shekau. Samozwańczy emir wywodzi się z biednej chłopskiej rodziny. Urodził się w wiosce położonej przy granicy z Nigrem. Uczył się w szkole koranicznej oraz studiował na uczelni w Maiduguri. Z salafitami związał się półtorej dekady temu, od siedmiu lat przewodzi separatystom. Żyje skromnie, ubiera się w strój żołnierza, na głowie nosi czarną chustę. Posługuje się językiem arabskim, hausa i angielskim. Regularnie komunikuje się ze światem, ogłaszając internetowe orędzia o dżihadzie.

Łączna liczba ofiar w zamachach organizowanych przez Shekau jest trudna do doprecyzowania – terroryści je zawyżają, a rząd federalny zaniża. Z pewnością w wojnie domowej w Nigerii zginęło już kilkanaście tysięcy osób. O wiele poważniejsze – z perspektywy stabilności całego kontynentu – są straty, które określić można mianem psychospołecznych. Maleje zaufanie do władz, które nie potrafią zapewnić obywatelom bezpieczeństwa. Trwa exodus autochtonów. Uciekają też inwestorzy zagraniczni. Szacuje się, że straty Nigerii z powodu wzrostu aktywności Boko Haram od 2010 r., a zatem od momentu gdy przywództwo w grupie objął Abubakar Shekau, przyczyniły się do wyhamowania wzrostu PKB o 1–2%.

W wizji afrykańskich talibów – zarówno ze wschodu, jak i zachodu kontynentu – pobrzmiewa echo renegocjacji granic narzuconych przez metropolie kolonialne. Przykładowo: As-Shabaab pragnie wskrzeszenia tzw. Wielkiej Somalii. Pod określeniem tym kryją się ziemie Somalii (dzisiaj państwa podzielonego na szereg mniejszych regionów), Dżibuti, etiopskiego Ogadenu oraz Prowincji Północnowschodniej wchodzącej w skład Kenii. Dążenia te są oczywiście z góry skazane na porażkę, co nie zraża miejscowych elit do sponsorowania terrorystów.

Postulaty secesji pojawiają się w wielu krajach afrykańskich. O suwerenność (a przynajmniej zwiększoną autonomię) walczą mieszkańcy Sahary Zachodniej (okupowanej przez Maroko), Kabindy (angolańskiej eksklawy), Delty Nigru, Zanzibaru, senegalskiego Casamance, Azawadu (północnej Mali). Część podmiotów z tej listy miałaby realne szanse na uzyskanie niepodległości gospodarczej. Dostęp do surowców to jednak nie wszystko. Przykład Sudanu Południowego – najmłodszego państwa świata, które proklamowano w 2011 r. – pokazuje, do czego może doprowadzić nieprzemyślana secesja. Obecnie w kraju tym trwa wojna domowa, w której dwie główne grupy etniczne, Dinkowie (stronnicy prezydenta Salvy Kiir) i Nuerzy (których liderem jest wiceprezydent Riek Machar), walczą o władzę, a także kontrolę nad eksportem ropy naftowej.

 

Niestabilność państw

W przyszłym roku minie 50. rocznica wybuchu wojny domowej w Biafrze. W wyniku tego konfliktu śmierć poniosło 1–2 mln ludzi. Członkowie grupy etnicznej Ibo, z której wywodził się rząd separatystów biafrańskich, do dzisiaj wspominają wydarzenia sprzed pięciu dekad jako ludobójstwo. Z wykładnią tą oczywiście nie zgadzają się władze federalne ani przedstawicielstwa USA i Rosji – ówczesnych stronników władz w Lagos (starej stolicy kraju), a także koncernów wydobywających ropę z nigeryjskiego szelfu.

Biafra stanowi bolesne miejsce pamięci Afryki Subsaharyjskiej. Dyskurs o niej odrodził się niedawno, na początku XXI w. W Nigerii kończyła się wówczas era przewrotów i rządów junt wojskowych. Pejzaż polityczny przypominał obrazy impresjonistów – co chwilę powstawały nowe partie, ludzie zrzeszali się w różnego rodzaju organizacje pozarządowe (głównie o mandacie etnicznym). Demokratyzacja, narodziny trzeciego sektora oraz zalążek klasy średniej wpłynęły na polityzację tożsamości plemiennych i wzrost trybalizmów. Kazus ten jedynie potwierdza, że sam fakt umocowania instytucji charakterystycznych dla demokracji liberalnej, wyłonienie prezydenta i parlamentarzystów nie musi oznaczać utrwalenia demokracji. Co więcej, projekty gruntownej zmiany architektury ustrojowej często kończą się upadkiem młodego państwa – to prawdziwa zmora Afryki.

Według ostatniej edycji Fragile State Index, zestawienia przygotowywanego przez badaczy z „Foreign Policy” oraz organizacji Fund for Peace, sześć z dziesięciu krajów najbardziej kruchych (w oficjalnej nomenklaturze wyraz „failed” – upadły, w 2015 r. został zastąpiony „fragile” – kruchy) to państwa subsaharyjskie, gdzie trwa – bądź niedawno zakończyła się – wojna domowa lub susza. Afryka zajmuje cztery pierwsze miejsca niechlubnego rankingu: Somalia (miejsce 1.), Sudan Południowy (2.), Republika Środkowoafrykańska (3.), Sudan (4.). W pierwszej dziesiątce znalazł się także Czad (7.) oraz Demokratyczna Republika Konga (8.). Inne państwa afrykańskie uplasowały się na lokatach od 15. do 25.

 

Wędrówka ludów

Wyniki rankingów takich jak Fragile State Index u afrykańskich polityków nie wyzwalają wielkich emocji. Pozycjonowanie kraju może co najwyżej przyciągnąć donatorów, rozwinięty do absurdu przemysł pomocy humanitarnej i rozwojowej. Zestawienia budzą za to lęki u działaczy FRONTEXU. Analitycy z Europejskiej Agencji Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej winę za napływ kolejnych fal migrantów do Europy zrzucają na nieudolne i skorumpowane rządy afrykańskie. W stwierdzeniu tym kryje się kilka mitów.

Po pierwsze, Afrykanie uciekają z regionów dotkniętych konfliktem, gdzie władzę sprawują watażkowie, oraz z państw policyjnych i autorytarnych, zarządzanych przez polityków tolerowanych (a często i wspieranych) przez Zachód. Trudno winić rządy pozbawione realnej legitymizacji wyborców za postawy ich obywateli.

Po drugie, zbitka słowna „uchodźcy z Afryki”, którą karmią nas media od kilku lat, jest zasadniczo niesprawiedliwa dla mieszkańców tego kontynentu. Owszem, przez Afrykę Północną biegną cztery z siedmiu głównych szlaków przerzutu nielegalnych migrantów – co nie oznacza, że każda osoba wsiadająca do łodzi i kierująca się w stronę Lampedusy pochodzi z Czarnego Lądu. Według danych udostępnionych przez wysokiego komisarza Narodów Zjednoczonych ds. uchodźców (United Nations High Commissioner for Refugees) jedna trzecia uchodźców urodziła się w Syrii, blisko jedna piąta w Afganistanie, jedna dziesiąta w Iraku. Afrykanie stanowią w tej grupie zdecydowaną mniejszość (Nigeryjczyków i Erytrejczyków jest po ok. 5%).

 

Trudne wybory

Receptą na kryzys uchodźczy – zgodnie z dominującą w mediach narracją – mają być przede wszystkim reformy instytucjonalne w krajach globalnego Południa. Zachód chętnie wspiera elity afrykańskie, przekazując im kolejne fundusze i oczekując w zamian uszczelnienia granic oraz demokratyzacji ustroju.

Tymczasem, co potwierdzają wyniki ostatnich wyborów, demokracja liberalna jest w Afryce w ogromnym kryzysie. W ciągu ostatniego roku jedna trzecia afrykańskich państw wybierała nowych przywódców. Krajobraz po tej bitwie nie napawa optymizmem.

Afrykańscy mężowie nadal trafiają do Księgi rekordów Guinnesa. Na kontynencie tym jest pięciu prezydentów utrzymujących się u władzy najdłużej na świecie. Rekordzistami są Teodore Obiang Nguema z Gwinei Równikowej oraz Eduardo dos Santos. Ci 74-latkowie rządzą swoimi krajami od 37 lat. Rok krócej od Obianga i dos Santosa władzę sprawuje w Zimbabwe 92-letni Robert Mugabe. Do najpoważniejszych kandydatów do objęcia schedy po nim zalicza się jego żonę Grace. Pozostali dwaj liderzy z największym stażem prezydenckim to Paul Biya z Kamerunu oraz Yoweri Museveni z Ugandy. Biya objął rządy w 1982 r., a Museveni w 1986 r.

To tylko wybrane przykłady mężów stanu, których biografie przeczą ideałom Nagrody Ibrahima za Osiągnięcia w Afrykańskim Przywództwie. Dopóki postacie pokroju dos Santosa, Museveniego czy Mugabego nie umrą, Afryka nadal będzie rozpaczliwie szukać swojej drogi rozwoju. Tylko zmiana generacyjna liderów może odmienić oblicze afrykańskiej sceny politycznej i ekonomicznej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata