70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Europa – instrukcja obsługi

Przez całe stulecia opisywaliśmy na Zachodzie inne krainy, odległe światy. Teraz udało się nam przedstawić własny kontynent dla uchodźców oraz migrantów – i to w sposób, w jaki wcześniej nie zrobiliśmy tego nigdy.

Dobrze pamiętam walida, szczupłego 15-latka, którego dwa lata temu spotkałem w miejscu, dokąd ani ja, ani tym bardziej on, urodzony i wychowany w odległych o cztery tysiące kilometrów górach wschodniego Afganistanu, nie spo­dziewaliśmy się nigdy trafić.

W nieczynnej cegielni na przedmie­ściach serbskiej Suboticy, pod jej starym, wyszczerbionym kominem i na sąsiadu­jących z wysypiskiem śmieci hałdach z piasku, które nawet zimą porastały trawy wyższe od człowieka, znajdowali wtedy schronienie migranci sposobiący się do przekroczenia granicy z Węgrami. Rozmawiałem z grupą chłopców z Iranu, kiedy zza pleców dobiegła do mnie jego nieśmiała angielszczyzna.

Walid siedział we framudze po wybitych drzwiach. Wśród zaschniętego błota i unoszonych przez wiatr osmolonych resztek papieru, pozostałości po ognisku, które migranci rozpalili nocą, w kurzu przykrywającym kolor ich nawet najjaskrawszych dresów, czyścił buty. Używał w tym celu zwykłej nawilżonej chusteczki odświeżającej. Potem przez cały czas kiedy opowiadał mi o dzie­ciństwie w afgańskim Mehtarlam, amerykańskich żołnierzach, którzy nauczyli go podstaw angielskiego, i zamachu talibów, w którym zginęli jego rodzice, nie mogłem się pozbyć poczucia absurdu – patrząc na jego polerowane czarne adidasy i wiedząc, że za chwilę i tak znów pokryje je kurz.

Na koniec Walid wskazał na nasyp linii kolejowej prowadzącej na północ, w stronę granicy z Węgrami. Chciał iść dalej jeszcze tego samego dnia. Nie wie­dział jednak, do którego kraju się kierować. Pytał o to, czym różnią się między sobą. I gdzie w Europie jest najlepiej.

Spotkanie z Walidem przypom­mniałem sobie ostatnio, wertując pewną niezwykłą książkę. Europa to ilustrowany przewodnik po naszym kontynencie, przygotowany w Niem­czech dla uchodźców i migrantów z regionów odmiennych kulturowo. Wydana dzięki wsparciu Fundacji Allianz i innych instytucji, m.in. agencji fotograficznej Magnum, ma oswoić nowo przybyłych z naszą rze­czywistością, nauczyć odczytywać jej znaki. I to na każdym poziomie: od zasad tolerancji politycznej czy rów­nouprawnienia płci aż po sposób, w jaki fizycznie oznaczamy w Europie apteki czy supermarkety. Książka nie jest dostępna w sprzedaży, jej dystry­bucją wśród migrantów zajmują się pracujące z nimi organizacje.

Na pomysł jej przygotowania wpadli dziennikarze relacjonujący kryzys migracyjny w Europie i na Bliskim Wschodzie. Nie chodziło ani o przewodnik turystyczny, ani o vade­mecum integracji czy adaptacji kul­turowej – celem była przystępna publikacja, która objaśniłaby imi­grantom nową rzeczywistość, była ich pierwszą, uproszczoną „instrukcją obsługi Europy”. W końcu niewielu spośród ludzi poruszających się szlakiem uchodźczym wiedziało np., że idea integracji europejskiej powstała na gruzach kontynentu udręczonego II wojną światową; że Berlin, podobnie jak Aleppo czy Bejrut, był kiedyś miastem przedzielonym zasiekami i murami; że jeszcze kilkanaście lat temu obozy dla uchodźców Europejczyków – kosowskich Albań­czyków czy bośniackich Chorwatów – powstawały na Bałkanach, które migranci z Bliskiego Wschodu przemierzali ostatnio w drodze na Zachód. Również wielu Europejczyków zapomniało o najnowszej historii. Lektura Europy uświadamia, jak bardzo nasza rzeczywistość przypominała obrazy i wydarzenia, które dziś znamy z Syrii, Afganistanu czy Iraku.

Jesienią ubiegłego roku ten nietypowy przewodnik (wydany na kredowym papierze, opatrzony tekstami po angielsku, francusku, arabsku oraz w farsi) trafił do ludzi, którzy, choć często są młodzi i niewykształceni, mają już za sobą samodzielną podróż przez pół świata. A każde z ich traumatycznych przeżyć na tej trasie – zimne noce w irańskich górach, modlitwy, aby na kolejnej granicy nie strzelali do nich pogranicznicy, szczucie psami i traktowanie paralizatorami elektrycznymi przez turecką czy bułgarską policję – wzmacniało tylko wyide­alizowany obraz Europy Zachodniej, który pielęgnowali w sobie od momentu, gdy zdecydowali się na podróż.

Z trudnego zadania sprowadzenia tych wyobrażeń do parteru – i jednoczes-nego ukazania wyjątkowości Unii Europejskiej – autorzy książki wywiązali się bardzo dobrze. Wiele mówią już tytuły kolejnych części: „Podróż do Europy”, „Co czyni Europę Europą”, „Informacje praktyczne”, „Jak działa Unia Europejska”, „Powstając z powojennych gruzów – od zawziętych wrogów do Unii Europejskiej”.

Osobom, które nie wychowały się w kulturze Zachodu i których w szkole nie uczono np. o Holokauście czy wielkich totalitaryzmach XX w., Europę trzeba było opowiedzieć tak prosto, jak się tylko da. Co więc „czyni Europę Europą”? Na przykład – opowiadanie dowcipów, które, jak piszą uchodźcom i migrantom autorzy książki, nie służą u nas obrażaniu innych narodów, lecz bardziej wza­jemnemu droczeniu się – niczym w dużej, nie zawsze zgodnej, lecz kochającej się rodzinie. Belgowie opowiadają więc dowcipy o Francuzach („Kiedy Bóg stworzył Francję, uznał, że jest to najpiękniejszy kraj na świecie. Potem inni zaczęli być zazdrośni. Stworzył więc Francuzów”), Francuzi – o Belgach („Dlaczego Arabowie mają ropę naftową, a Belgowie frytki? Bo kiedy powstawał świat, Belgowie mogli wybierać pierwsi”). Autorzy książki zawsze tłumaczą kontekst. W tym przypadku przypominają, że korzenie tych docinków sięgają rewolucji przemysłowej w XIX w., kiedy belgijscy robotnicy masowo przybywali do kopalń i fabryk północnej Francji.

W nas, mieszkańcach Zachodu, lektura Europy budzi także obawy. W cza­sach Brexitu i pochodu nacjonalizmu trudno przecież uciec od pytań, czy opi­sany w niej – koniec końców, wygodny, otwarty i tolerancyjny świat – przetrwa.

Złowróżbna dla migrantów mapa państw, gdzie w ostatnich wyborach głoso­wano na partie prawicowe i antyimigranckie (Polskę, obok Węgier i Austrii, zaznaczono najciemniejszym kolorem), to tylko jeden z elementów, które przy­pominają, że nic, nawet pokój i dobrobyt, nie jest dane na zawsze.

*

Dzięki wsparciu agencji Magnum przez książkę prowadzą czytelnika także najlepsze fotografie prasowe z ostatniego półwiecza. Jej część arabskoję­zyczną otwiera zdjęcie z 1943 r.: starsza kobieta idzie ulicą sycylijskiego Agry­gentu, wśród ruin domów zniszczonych w czasie bitwy. Dalej jest podobnie: obóz dla niemieckich uciekinierów z Kraju Sudeckiego w Wiedniu (1948), druty kol­czaste wzdłuż muru berlińskiego (1961), tureccy robotnicy w wynajętym pokoju w Niemczech (1973), obóz dla uchodźców z Kosowa (1999)… Są też fotografie szczególnie działające na wyobraźnię uchodźców z Bliskiego Wschodu: powa­lony na ziemię minaret meczetu we wsi Ahmici, gdzie rankiem 16 kwietnia 1993 r. bośniaccy Chorwaci zabili ponad stu bośniackich Muzułmanów, czy żołnierze węgierscy, którzy (inaczej niż jesienią 2015 r.) usuwają zasieki na swoich grani­cach (1956 r., podczas rewolucji węgierskiej).

Zdjęcia z początku książki ilustrują ostatni kryzys migracyjny – wielu z tych, dla których przeznaczono książkę, rozpozna znajome miejsca i krajob-razy: zamkniętą granicę węgierską, pierwszy śnieg na górskiej granicy między Austrią i Niemcami, sceny z Lesbos i Lampedusy, obozowisko w Calais.

Obie narracje fotograficzne spotykają się w środku książki. Tam gdzie Euro­pejczycy „z dziada pradziada” i oni, nowi Europejczycy, będą się odtąd mijać na co dzień – na ulicach naszych miast. Na zdjęciach, na których już nieważny był kadr czy kompozycja, wykonanych „z marszu”, pokazano szyldy najtańszych supermarketów poszczególnych państwach Europy, sposoby oznaczania aptek, budki i stoiska z ulicznymi fast foodami i piekarniami. Ale także to, do czego wielu uchodźców i migrantów musi dopiero przywyknąć – wykorzystujące nagość billboardy i reklamy, symbole, którymi oznaczamy toalety czy ścieżki rowerowe, kasowniki w tramwajach, bramki przy stacjach metra, kosze do recyklingu śmieci. Ostatnia z ilustrowanych w ten sposób rozkładówek przedstawia graf­fiti i wlepki z murów naszych miast: od napisów „Refugees welcome” po swastyki i napisy „Arabowie do domu”.

*

W duchu typowego przewod­nika autorzy wypełnili Europę prak­tycznymi informacjami na temat dziesięciu najbardziej popular­nych państw, do których kierują się migranci (jak nietrudno się domy­ślić, nie ma wśród nich Polski). Są też „historie ludzkie”. Wśród nich: świadectwo młodego Niemca, który dopiero podczas wyjazdu na Erasmusa nabrał chęci do odkrywania swoich polskich korzeni – oraz Polki, która wyjechała do Londynu i dziś, bardziej niż z ojczyzną, czuje się już związana z Anglią. Odniesienia do migracyjnej historii naszego kon­tynentu przewijają się przez całą książkę, jakby autorzy chcieli prze­konać czytelników, że historia ich ucieczki od zawsze była w pewnym sensie częścią opowieści o Europie. „Pokonałeś tysiące kilometrów, aby dotrzeć do Unii Europejskiej, bloku 28 państw, których skład ludnościowy już teraz odzwierciedla setki lat migracji” – czytamy. „Jeśli wjechałeś do Europy przez Bułgarię lub Grecję, prawdopodobnie podróżowałeś przez państwa byłej Jugosławii, gdzie 25 lat temu toczyła się brutalna wojna i wydarzyło się ludobójstwo”. I dalej: „Po rozszerzeniu Unii setki tysięcy ludzi, w tym ok. 300 tys. Polaków (ok. 1% populacji kraju) przeprowa­dziło się na Zachód, podejmując pracę w innych krajach Unii”.

Podczas swojej podroży wielu migrantów z Afryki czy Bliskiego Wschodu nie miało geograficznego wyobrażenia Europy. Na co dzień posługiwali się mapami Google w swoich telefonach, tyleż niezbędnymi i użytecznymi, co pozbawiającymi poczucia ciągłości, odległości, widoku całości. Najbardziej użyteczne mapy, kreślone czasem przez nich na skrawkach papieru czy starych biletach, przedstawiały linie proste, łączące kolejne punkty na ich trasie, naj­częściej przejścia graniczne, węzły kolejowe lub autostradowe i stolice państw, w większości wiodące w kierunku upragnionych Niemiec – niczym średnio­wieczne mapy dla pielgrzymów do Santiago de Compostela. Lektura Europy może im jednak pomóc stworzyć inną, znacznie ważniejszą mapę – schemat znaczeń, kontekstów, podstawowych faktów, na którą będą się już nakładać ich jednostkowe doświadczenia z pierwszych lat życia na naszym kontynencie.

*

Czasem myślę o Walidzie. Dziś ma 17 lat. Pewnie dotarł do Niemiec, bo w czasie gdy się spotkaliśmy, na granicy węgierskiej nie było jeszcze zasieków, a migrantom na trasie pomagano chętnie. Jeśli tylko przeszedł wstępną weryfikację, jeśli nie znalazł się w grupie 12 tys. Afgańczyków, którą teraz Niemcy chcą odesłać z powrotem, kończy już drugi rok w niemieckiej szkole. Gdzie mieszka? Jakie ma plany? Czy jeszcze pamięta, jak w czasie podróży pytał spotkanych po drodze ludzi, gdzie w Europie jest najlepiej? Czy to, co zdarzyło się potem, nie zatarło już tamtych wspomnień?

Mam nadzieję, że nie wpadł w złe towarzystwo, nauczył się niemieckiego, przyzwyczaił do zasad nowego świata. Przez ten czas Europa przestała być już dla migrantów kontynentem otwartym. Zapewne nie uda mu się zrealizować największego marzenia, o którym mówił tamtego dnia w Suboticy: sprowadzić do Europy młodszego o cztery lata brata, którego zostawił w Afganistanie pod opieką wujka. Będzie musiał radzić sobie sam. Pomoże mu w tym ta książka.

_

Europa. An Illustrated Introduction to Europe for Migrants and Refugees

oprac. zbiorowe Allianz Kulturstiftung, Berlin 2016, s. 590

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata