70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Diana Lelonek

Ćwiczenia z posthumanizmu

Na śmieciorośliny patrzę z dużą czułością, ponieważ to twory, które nie znają takiego pojęcia jak „odpad”, są znacznie bardziej zaradne niż ludzie. Zadaję sobie pytanie: czy z tych mikrośrodowisk możemy zaczerpnąć jakąś lekcję i przenieść ją w świat ludzkiego działania?

Szymon Maliborski: Tematy, które poruszasz, dotyczą szeroko rozumianego posthumanizmu (cokolwiek ten termin znaczy lub nie znaczy). Twoje pole badawcze wypełniają słowa: postprzedmiot, śmieciorośliny, postzielnik, patainstytucja itp. Chcesz stworzyć nowy język, który wyzwoli nas od grzęźnięcia w starych kategoriach?

Diana Lelonek: Świetnie, że od tego zaczynasz – ta kwestia zaprząta mi myśli najbardziej. Zastanawiam się nad tym, jak opowiadać o nowych zjawiskach, by dobrze wybrzmiało ich znaczenie, by odwzorować sieci powiązań i relacje. Myślę, że najważniejszą rzeczą do zrobienia jest wypracowanie nowego aparatu pojęciowego – w tym momencie takie przewartościowanie jest konieczne. Nie wystarcza nam terminów na opisanie współczesnych powiązań istniejących w świecie, relacji między ludźmi i nie-ludźmi. To wzmaga poczucie niepewności. Język, który znamy, właściwie nie jest w stanie oddać miejsca człowieka w rzeczywistości. Pojęcia, którymi się posługujemy, są bardzo ograniczające, gdyż opierają się na binarnych podziałach i konstrukcji hierarchicznej. W naszej świadomości cały czas jesteśmy gatunkiem w centrum. A to duży błąd! Co więcej, antropocentryzm to w gruncie rzeczy idea głęboko andro- i europocentryczna – biały heteroseksualny mężczyzna stoi na szczycie, a cała reszta żywych organizmów konstytuuje się hierarchicznie wobec niego. Niestety, ten sposób oglądu rzeczywistości jest wciąż powszechnie obowiązującą wykładnią.

 

Czy można dokładniej powiedzieć, że jako artystka badasz za pomocą rozszerzonego pola fotografii skalę powiązań między nami a aktorami nie-ludzkimi?

Tak, rozwijam ten pomysł np. w śmiecioroślinach, które stanowią dla mnie dobry wskaźnik definiujący. W tych obiektach zachodzą powiązania – niby wiadomo, że jeśli coś wyrzucimy na łono natury, to porośnie mchem, a mnie to zjawisko fascynuje najbardziej, ponieważ dzięki niemu wytwarzane są nowe formy zależności.

Odnajdowałam takie obiekty, jak: mrowisko w wacie szklanej, schronienie dla wielu organizmów żywych na wyrzuconym mopie. W moich znaleziskach kryje się ogromny potencjał emancypacyjny, łamią one utrwalone podziały binarne.

Kiedy wyrzucone przez nas odpady zaczynają funkcjonować niezależnie, aktywnie wchodzą w nowe role i dosłownie wskazują na nieprzystawalność naszego oglądu rzeczywistości i zachodzących w środowisku zjawisk.

Nie mówiąc już o tym, że w śmiecioroślinach zawarty jest ogromny potencjał poznawczy.

 

Coś, co pozwoli tworzyć nową klasyfikację, dzięki której spojrzymy na rzeczywistość, uciekając od łatwego podziału na martwe i żywe?

Na martwe / żywe, ludzkie / nie-ludzkie, produkt / odpad, czyli właściwie: podmiot / przedmiot. Mogłabym powtórzyć za Bruno Latourem, że w tym splocie organizmów żywych i martwych, przejętych śmieciach tworzy się nowa konstytucja, w której takie rozróżnienia tracą sens. To ostatni moment pozwalający na przewartościowanie znaczeń. Powinniśmy wyciągnąć odpowiednie wnioski z mikrozjawisk, by przełożyć je na skalę globalną i zachowanie ludzi. Szczególnie w momencie gdy konflikty ekologiczne oraz rabunkowa gospodarka przybierają na sile, gdy stary model świata i wykorzystywania zasobów naturalnych pręży się, by powiedzieć „nic nie zmieniajmy!”. Pozwolę sobie na stwierdzenie, że czas na pojęciową rewolucję, która zaczęła dziać się na marginesie filozofii.

 

W projekcie Yesterday I Met a Really Wild Man starałaś się spojrzeć na grupę ludzi, na nagie modelki i modeli, jak na stado zwierząt przemieszczających się po obrzeżach krajobrazu. W każdy kadr przedstawiający naturalny krajobraz wkraczał element industrialny rozbijający wrażenie powrotu do pierwotnej wspólnoty. Czy próbowałaś przyjrzeć się ludzkości, która nie rozpoznaje siebie w swoich dawnych dziełach? Odniosłem wrażenie, że człowiek jest obcym gatunkiem, który przemieszcza się w pobliżu wielkich elektrowni, kopalni, wytworów cywilizacji i wydaje się, że nie rozpoznaje ich jako swoich. Interesuje mnie widoczny na zdjęciach dystans, ćwiczenie z odkrywania innej perspektywy widzenia pozycji człowieka w świecie.

Zależało mi w tym projekcie, by przenieść fotografowanych ludzi do „przestrzeni pomiędzy”, jak je nazwała Elizabeth Grosz: „in-between spaces”. To wyrwy w przestrzeni miejskiej zupełnie oddzielone od zaplanowanej tkanki. Wydało mi się ciekawe, aby stały się one sceną dla moich fotografii. „Przestrzeń pomiędzy” to pole transgresji, gdzie krzyżują się sieci połączeń. Uznałam za najbardziej właściwe pokazanie ich nie w obszarze natury, pewniej wizji, którą obdarzamy tęsknotą. Dlatego pokazałam aktorów jako stado poruszające się właśnie w „przestrzeni pomiędzy”. Odpowiada to postulatowi relacji, ale jest też chyba najbardziej aktualne, ponieważ wskazuje na konieczny ruch. Powrót do jakiejś „pierwotnej dzikości”, droga do „natury” nie są możliwe, gdyż nie jest to osobny, całkowicie oddzielny byt, ale raczej sieć wzajemnych zależności. Musimy przemyśleć na nowo pozycję człowieka w relacji do otaczającego świata, przemyśleć fakt, że tak naprawdę jesteśmy zwierzętami.

 

Nie uważasz, że tak projektowana zmiana świadomości, wyobrażenie świata, w którym nie stanowimy już centrum, byłyby tak wielką rewolucją, że ciężko przewidzieć jej skutki w skali globalnej? Protest przeciwko zmianom byłby tak silny, że mogłyby one zupełnie nie zaistnieć.

Taki protest jest, niestety, coraz bardziej widoczny. W chwili gdy rozmawiamy o próbie spojrzenia z innej perspektywy na sieć skomplikowanych powiązań, na wypracowanie nowych pojęć bardziej przystających do wzajemnych form współzależności, do władzy na świecie dochodzą ludzie wypierający fakt, że istnieje efekt cieplarniany, i głęboko wierzący w słuszność dzielenia naszego gatunku na ludzi „bardziej” i „mniej”. Faktem jest, że ten antropocentryczny, a właściwie europocentryczny i androcentryczny, ogląd świata nigdy jeszcze nie został przepracowany. Jednak niewątpliwie za sprawą ruchów emancypacyjnych pojawiło się na nim pęknięcie, dlatego trzeba je stopniowo rozszerzać, aby głos kolejnych pojawiających się w dyskusji innych mógł być słyszalny. Oczywiście nie jest łatwo przestawić swój aparat pojęciowy w kierunku, ujmijmy to: „międzygatunkowego egalitaryzmu”, co faktycznie brzmi bardzo abstrakcyjnie, szczególnie kiedy już sam nasz gatunek jest tak skrajnie nierównościowy.

Ćwiczenia z posthumanizmu rozumiem jako inicjowanie kolejnej fali emancypacji, rozszerzanie tych, które już nastąpiły.

To bardzo charakterystyczne, że wiele myślicielek rozwijających wcześniej teorie feministyczne kontynuuje swoją refleksję na polu posthumanizmu. To zupełnie logiczny ciąg myślowy, a jednocześnie kolejny, być może kluczowy do wykonania krok pozwalający rozsadzić stary antropocentryczny system klasyfikujący odmienności i zarządzający hierarchią. Wdrożenie w życie tych idei będzie nie tylko zmianą języka, ale realizacją czegoś, co mogłabym nazwać materializacją idei kłącza – rozrostu pozycjonowania poziomego przeciwstawiającego się pionowemu. Czy i jak jest to możliwe do wdrożenia, tego jeszcze nie wiemy, ale należy o tym jak najwięcej mówić. To jest wyzwanie dla stworzenia powszechnej empatii. Jakkolwiek utopijnie by to wyznanie brzmiało.

 

Wdzięcznie brzmiące ćwiczenia z posthumanizmu – tak jak je pojmujesz – są sprzeczne z najbardziej bazowymi założeniami, na których opiera się dzisiaj świat. Weźmy na warsztat słowo „postęp” rozumiane jako wzrost konsumpcji, wzrost PKB, lepsze i bardziej efektywne wykorzystywanie obszarów planety i eksploatacje jej złóż. Ćwiczenia z posthumanizmu kwestionują model życia wypracowany nie tylko w oparciu o gospodarkę rynkową i religię.

Napotykamy tutaj pewien problem, gdyż wchodzimy w błędne koło, wymyśliliśmy sobie słowo „postęp”, które jest podstawą do nieustannego wytwarzania, ale nie wiemy, co począć z odpadami z procesu produkcji. Koniec końców, idea kapitalizmu zostaje skonfrontowana z problemem ograniczonych zasobów i nagromadzenia odpadów. Nie mamy więc do czynienia z obiegiem zamkniętym, nie da się przetworzyć wszystkiego, co zostało wyprodukowane. Właściwie żaden inny gatunek czegoś takiego nie robi. Tak rozumiana idea postępu rodzi się z nieaktualnego myślenia, że żeby iść naprzód, to trzeba… iść naprzód. Nie chodzi, rzecz jasna, o zamieszkanie w przysłowiowych szałasach i rezygnację z osiągnięć techniki i nauki. Nie o to, by z postępu rezygnować, lecz wcielić weń idee cyrkulacji i przemiany. Zastąpić nimi ideę linearnego rozwoju, który nie bierze nic innego pod uwagę, jak tylko swój wzrost. W dzisiejszym użyciu słowo „postęp” nacechowane jest bardzo mocnym egoizmem i arogancją, ale chyba wcale nie musiałoby tak to wyglądać. Paradoksalnie, nie musi on przebiegać linearnie, być może mógłby przyjąć formę zamkniętego obiegu opartego na ruchu okrężnym. Czyli znowu – nie patrząc jedynie w przód i górę, ale również rozglądając się wokół, w płaszczyźnie poziomej, wzmacniając sojusze z innymi – niż tylko my sami – użytkownikami środowiska.

 

W tym właśnie problem, że świat, zwłaszcza jego aspirująca do dobrobytu część, dąży do postępu rozumianego w sposób oświeceniowy – dostosowywania świata do swoich potrzeb, lepszej kontroli. W tym kontekście sformułowanie „zielony kapitalizm” byłoby oksymoronem, gdyż dążenia do akumulacji nie da się pogodzić ze zrównoważeniem. Stworzony przez człowieka model produkcji rabunkowo wykorzystuje zasoby, ale również potrafi rabunkowo wykorzystywać innych ludzi.

Gdy pracowałam przy śmiecioroślinach, próbowałam nakreślić schematy ukazujące powiązania wynikające z faktu ich zaistnienia i włączyć w to porównanie obieg towarów i obieg materii. To wszystko jest w rzeczywistości jednym obiegiem, a rozdzielanie byłoby narzędziem władzy. Analizowałam tę kwestię na dwa sposoby: interesowało mnie, jak wytworzony odpad wchodzi w relację z aktorami nie-ludzkimi: mchami, porostami itp., ale także jak ludzie, również wbrew ich woli, wtłaczani są w funkcje analogiczne do tych reprezentowanych przez różne organizmy, np. destruenty zajmujące się rozkładem i przetwarzaniem materii. Większość elektroodpadów z Europy spychana jest z naszego pola widzenia, zwłaszcza do Afryki. To dowód, jak bardzo okrutne i wciąż zakorzenione w myśleniu kolonialnym są połączenia i jak antropocentryzm pozwala na eksploatację nie tylko środowiska, ale też ludzi. Na śmieciorośliny patrzę z dużą czułością, ponieważ to twory, które nie znają takiego pojęcia jak odpad, są znacznie bardziej zaradne niż my. Zadaję sobie pytanie, czy z tych mikrośrodowisk możemy zaczerpnąć jakąś lekcję i przenieść ją w świat ludzkiego działania.

 

Jako gatunek od kilku tysięcy lat piszemy swoją historię. Przyjmuje ona bardzo różną postać, historii poszczególnych narodów, wydarzeń itp. Gdy głośno woła się o ludową wersję historii, opowieści z dołu drabiny społecznej, może również powinno się  uwzględnić w narracjach nie tylko ludzi, gdyż nie jesteśmy jedynymi aktorami na scenie dziejów. Zastanawiam się: czym mogłaby być taka historia uwzględniająca inne organizmy, która wyzbyłaby się powszechnego dotychczas uprzywilejowanego punktu widzenia?

Taka historia jeszcze nie powstała, chociaż pojawiają się już próby jej opracowań. To dopiero zadanie do wykonania. Należy zastanowić się, gdzie szukać punktów wspólnych, by pokazać, jak te historie: ludzka i nie-ludzka, się przenikają. W swoich projektach często łączę wiedzę pochodzącą z różnych dziedzin. Zdarzało mi się zapraszać do współpracy np. biologów (w projekcie Zoe-Terapia oraz w Center for the living things). Stoję przed tym wyzwaniem również teraz, przygotowując się do nowego projektu dotyczącego kamieniołomu Liban przy dawnym obozie KL Płaszów, w którym te opowieści się mieszają.

 

Powołana przez Ciebie patainstytucja Center for the Living Things, gdzie hodujesz i opisujesz wspominane hybrydy roślinno-śmieciowe, jest czymś pomiędzy muzeum historii naturalnej zbierającym okazy roślin, porostów a nieistniejącym chyba muzeum odpadków, zdegradowanej techniki. Hybrydyczność kolekcji Twojej instytucji bazuje na tym, co niechciane. Upatrujesz pewnej lekcji na przyszłość w tym, co odrzucone?

Dokładnie. Cechą odpadu jest zepchnięcie z pola widzenia. W odpadkach zachodzą procesy niewidoczne i takie, których widzieć nie chcemy. Ciekawe jest wyciąganie tego, co niewygodne, co przeczy założeniom kapitalizmu, w czym tkwi potencjał zmiany, przeniesienia na poziom eksponatu muzealnego, czyli wyższego miejsca w hierarchii pojęciowej. Uwielbiam ponadto procesy rozkładu. Z reguły kojarzą się z czymś negatywnym, z psuciem się. Dla mnie to bardzo pozytywne zjawisko, to czysty zaczyn przemian tkwiący w procesach z marginesu. Instytucje nie zajmują się z reguły tego typu obiektami. Jeżeli zakłada się muzeum, jest to przeważnie muzeum rzeczy istotnych. Ale czy te odrzucone rzeczy nie są istotne? Mówisz, że kojarzy się to z historią naturalną, być może to kolejna faza takiego muzeum.

 

Muzeum historii postnaturalnej. Być może za 50 lat nie będziemy używać języka kolonizującego starsze pojęcia, lecz używającego nowych terminów. Myślisz, że Centerpozwala w jakiś sposób na rozprawienie się z nieprzepracowanymi tematami? Być może kiedyś rezultaty tych działań złożą się na pożywkę, z której wyrośnie bardziej holistyczna wizja dziejów?

Mam poczucie, że współczynnik sztuki i praktyki artystycznej jest w stanie tego dokonać. W interdyscyplinarnej współpracy drzemie ogromny potencjał, choć jest ona trudna do zorganizowania. Jesteśmy nauczeni, by zamykać się we własnych specjalizacjach, pozwala to podobno pogłębić temat. A być może to holistyczne podejście, mieszanie punktów widzenia pozwoliłoby faktycznie lepiej naświetlić problem?

 

Z historii wiadomo, że napisanie całościowej wizji przeszłości nie jest możliwe, jeżeli korzystamy z metodologii tylko jednej dziedziny. Interdyscyplinarność wiąże się również z przepracowywaniem aparatu. Na podstawie takich połączeń tworzą się nowe pojęcia, gdyż pojawiają się nowe sposoby myślenia.

Tak mógłby myśleć historyk przyrody, który uwzględniałby takie fakty jak chociażby bezpośredni wpływ owadów na przebieg ludzkiej historii. Powołam się na bardzo dobry przykład przywołany przez Macieja Gdulę we wstępie do Polityki natury. Opisuje on sytuację zaistniałą w Egipcie w 1942 r. i dwóch najeźdźców: Niemców i komary. Komary przenoszące malarię zabiły wówczas więcej ludzi niż żołnierze, ale nie wspomina się o ich wpływie na przebieg konfliktu. Co więcej, plaga owadów była spowodowana szeregiem innych zdarzeń i kolejno pojawiających się aktorów: glonów, dzięki którym komary przeniosły się z biegiem Nilu z południa na północ, nawozów używanych w uprawach na południu, co sprawiło, że glony mogły rozrosnąć się na tyle, aby stworzyć dla komarów swego rodzaju „statki”, którymi mogły swobodnie spływać w dół rzeki, nowo zbudowanych systemów irygacyjnych, umożliwiających komarom dostanie się w bezpośrednie sąsiedztwo ludzkich domostw, itd. Na tym przykładzie widać więc, że to, co „naturalne”, czyli np. epidemia, wynika z wielu różnych zależności i czynników, zatem znowu analiza oparta tylko na jednej dyscyplinie, historycznej czy też przyrodniczej, nie obejmie wszystkich procesów, które faktycznie wpłynęły w tamtej sytuacji na dalszy przebieg działań wojennych. Ciekawe byłoby badanie dotyczące wpływu konfliktów ludzkich na zwierzęta znajdujące się na obszarach działań zbrojnych czy po ich zakończeniu, jak ludzkie traumy oddziaływują na ukształtowanie środowiska w danych miejscach. To, co rozwinę w projekcie o kamieniołomie Liban, pokaże, że tamtejsze wydarzenia wykształciły złożony, wielogatunkowy ekosystem. Inne organizmy żywe przejęły teren, który przestał być użytkowany przez człowieka. Można tu wysnuć ciekawe, subtelne połączenia.

 

Zaobserwowałem dokładnie to samo, kiedy kilka lat temu zajmowałem się obszarem Płaszowa. W tej myśli jest jakieś echo znanej propozycji Oskara Hansena i Jerzego Jarnuszkiewicza dla terenu obozu Auschwitz-Birkenau, czyli pomnika traktującego cały teren jako miejsca upamiętnienia. Przypomnijmy, że artyści chcieli przeprowadzić przez cały obóz asfaltową drogę szerokości 60 m, która przykryłaby i konserwowałaby wszystko na swojej trasie. Resztę przestrzeni chcieli pozostawić, aby zarosła, pozwolić, by wróciło tam życie. Ktoś, kto w przyszłości miał iść tą ścieżką, sam mógłby zdecydować, w którym momencie chce z niej zejść. Od jego determinacji zależeć miało, co zdoła odkryć, zobaczyć. Zarastająca dosłownie trauma, która jest metaforą pracy pamięci. Nie może się ona obyć bez aktorów nie-ludzkich.

Dokładnie w ten sposób myślę o terenie kamieniołomu i obozu – ekosystem, który się tam wytworzył, jest formą pomnika. Zastanawiam się, co daje naszej pamięci coroczne koszenie trawy, stawianie betonowych pomników zamiast dostrzeżenia, i wyciągnięcia wniosków z tego, co się faktycznie tam dzieje.

 _

Diana Lelonek – absolwentka wydziału Komunikacji Multimedialnej Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obecnie asystentka w VII Pracowni Fotografii Intermedialnej tej uczelni. Podstawą jej działań jest fotografia, którą łączy z innymi mediami. Interesują ją działania z pogranicza bio artu. Laureatka międzynarodowych konkursów, m.in. Show Off na Miesiącu Fotografii w Krakowie i ReGeneration3 w Musée de l’Elysée w Szwajcarii. Jej prace znajdują się m.in. w kolekcji Muzeum Fotografii w Lozannie

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter