70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

I tak podzielimy się w sposób, jaki zaczynamy oglądać dzisiaj coraz częściej, za każdym razem stwierdzając, że pęknięcie między nami sięga jak szczelina na Orlej Perci w Tatrach coraz głębszych przepaści.

31 SIERPNIA 2016 R.

Rocznica porozumień sierpniowych. Trzydziesta szósta, jakże znamienna.

W Apelu Jasnogórskim co dzień przekazywanym przez oo. paulinów z Kaplicy Cudownego Obrazu ktoś z wiernych powtarza modlitwę przypominającą drugi jubileusz chrztu Polski. Podziękowanie Bogu za Jego „wejście w dzieje naszego narodu” kończy słowami: „Boże wszechmogący, bądź uwielbiony w naszej historii, teraz i na wieki wieków”. Niejeden raz, przysłuchując się, pytałam siebie, czy tej prośbie wolno być jeszcze modlitwą. To już wszak idealistyczna wizja. Bóg jest przecież uwielbiony w swoich dziełach, a więc wyłącznie w dobru. „Uwielbienie w naszej historii” nadaje tej historii rangę samego dobra, i wyłącznie dobra.

Ale właśnie dziś po raz trzydziesty szósty stanęliśmy wobec tego dnia naszej historii, który, to prawda, został nam wręcz podarowany przez Boga. Sierpniowe porozumienia gdańskie zaraz potem ochrzczone imieniem Solidarność powstały przecież cudem dobrej woli wszystkich ich uczestników i taką podarowaną mądrością, na którą odpowiedzieliśmy wtedy najwyższym podziękowaniem i potwierdzeniem. Ale trzydziestosześcioletnie dzieje tego daru coraz mniej wydają się jakimkolwiek uwielbieniem Boga. Ba, stają się tego zaprzeczeniem w coraz bardziej gorzki sposób, który powinien nami gruntownie poruszyć. Bo już tylko my sami tak postępujemy, że dziś wielu z nas zostało odtrąconych pogardliwie poza krąg tego święta, a więc i poza uwielbienie Boga. A ci, którzy odtrącili, chyba nie zdają sobie sprawy, jak twardo zaprzeczają tej co dzień powtarzanej modlitwie apelowej.

 

1 WRZEŚNIA 2016 R.

Historia, dzieje to ten nurt rzeki, nad którym zasada „coraz mniej” bez porównania mniej jest logiczna w sensie wiekowym. Nad tym nurtem powinni mieścić się wszyscy, których pamięć w tamtą stronę się zwraca, a im pamiętają dłużej, tym przecież nie mniej (chyba że dotknie ich to jak fizyczna niesprawność). „Coraz mniej” to raczej inny odcinek strumienia, ten, nad którym stają koło nas coraz młodsi. Jan Paweł II, mając na myśli historię, dzieje, wybijał słowo „pamięć” (jak w tytule książki), a więc dziejów rejestr, obcowanie z ich niesłychaną różnorodnością, klucze zbliżeniowe, nieotwierające wszystkiego bezwzględnie, zaskakujące pułapki. Na czym polega zastępowanie pamięci symbolem, w którym niepokojąco pobrzmiewa nawet dysonans? W rocznice, podczas uroczystości zrodzonych przez pamięć historyczną to właśnie ci z samymi symbolami zaczynają odrzucać tych, co jeszcze pamiętają. Tak naprawdę już przestają dotykać pulsu, ujściem dla potrzeby pamięci symbolicznej staje się pozór prawdy, rekonstrukcja. Wierność detalowi materialnemu i w ogóle cielesnemu, wierność rzeczywiście o najwyższym stopniu pietyzmu (strój, broń, gest powtarzany) pozostaje teatrem, a domaga się konsekwencji w rzeczywistości. I także jej owoców: najwyższego dowartościowania wykonawców teatru. Weryfikuje sama rzewna melodia, patetyczne słowa, przemówienia lub pieśni, rytm słów skandowanych. Zaczynają być akceptowane zachowania nieprawdopodobnie wręcz porażające, takie jak oklaskiwanie władzy przez celebransów nabożeństwa, jak skandowanie obelg w kościele, jak sięganie po prawo, by przywoływane po dziesiątkach lat groźby czasów tragicznych, takie jak: „śmierć zdrajcom ojczyzny”, też mogły być znowu używane w poczuciu najwyższej racji moralnej.

 

2 WRZEŚNIA 2016 R.

Owo „coraz mniej” w odniesieniu do tych młodszych od nas o lat dziesiątki, niemogących sięgnąć pamięcią do żadnego z faktów, które chcą czcić, skutkuje przede wszystkim obrazem wybiórczym, który pretenduje do stania się obrazu, dziejów, całością. I wtedy nie ma potrzeby milczenia, milczeniem obejmujemy to, w czym splata się dobro i zło, ciemna i wzniosła strona człowieka, jego zagadka, gdy jest męczennikiem i gdy jest katem, a potrafi tym być ten sam i w niewielu po sobie następujących momentach. Pamiętający symbolicznie przestanie to zauważać, potem przestanie to uznawać, potem obrzuci ostateczny wyrokiem ludzi tylko podejrzanych, potem ludzi, którym winy nawet nie zdążył udowodnić, potem tych, którzy są po prostu inni. I tak podzielimy się w sposób, jaki zaczynamy oglądać dzisiaj coraz częściej, za każdym razem stwierdzając, że pęknięcie między nami sięga jak szczelina na Orlej Perci w Tatrach coraz głębszych przepaści. Chociaż sprawnemu wyda się ona do przeskoczenia.

 

3 WRZEŚNIA 2016 R.

Jak bardzo daleko stąd znowu do Franciszka i jego misji. O. Wacław Oszajca wspomniał tydzień temu („TP”, nr 35), że papież Franciszek, rysując przed nami w końcu lipca swoją wizję miłosierdzia dla świata, ani jednym słowem nie określił później na Jasnej Górze Matki Miłosiernej „królową”, bo widział, jak prowadzi ona nasz polski Kościół właśnie drogą nie władzy, lecz otwarcia na służbę. Jutro będzie kanonizował jedną z najbardziej wyraziście świadczących miłosierdzie kobiet współczesności, a nasza wiedza historyczna po prostu się udoskonala i odkrywamy albo chce się nam wreszcie przypomnieć ludzi świadków, do męczenników włącznie, także w innych Kościołach chrześcijańskich albo tam gdzie to niewzruszone świadectwo pozostało wszystkim, co o nich wiemy, jak np. o Januszu Korczaku. Równocześnie tylko Franciszek zauważa dziś choćby straszliwy los Sudanu Północnego. My zajmujemy się tylko Grupą Wyszehradzką i naszym bezpieczeństwem z NATO. A przecież to „coraz mniej” najmłodszej generacji właśnie w Kościele polskim nie może zdegenerować się w ślepotę. I tak wizję świata w perspektywie Franciszka będę musiała odłożyć jeszcze na miesiąc.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter