70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie nasz „poeta ziemi naszej”, czyli co zrobić z von Eichendorffem?

Wola przypomnienia Eichendorffa jako poety filozofującego, uprawiającego refleksję o bardziej uniwersalnym charakterze, ma swoją wagę. Jego polska recepcja w ostatnich dziesięcioleciach nie jest bowiem wolna od pewnej jednostronności, by nie rzec: naiwności czy prostoduszności.

Tomasz Mann nazywał jego wiersze „klejnotami liryki niemieckiej”, Heine – jak to Heine: nie bez odrobiny ironii – podziwiał zawartą w nich „świeżość lasu” i „krystaliczną prawdę”, a Otto von Leixner, autor popularnej na przełomie XIX i XX w. historii literatury niemieckiej, uznał je za „punkt szczytowy romantyzmu”. Joseph von Eichendorff to z pewnością autor wart uwagi i pamięci. Dobrze się więc stało, że polski czytelnik otrzymuje do rąk jeszcze jeden wybór jego poezji, tym razem w przekładzie Marty Klubowicz. Eichendorff przyszedł na świat w 1788 r. w Łubowicach pod Raciborzem (wówczas miejscowość ta nazywała się Lubowitz), a zmarł w 1857 r. w Nysie. Większość życia spędził co prawda gdzie indziej – w Halle, Heidelbergu, Wiedniu, Berlinie, Gdańsku i Królewcu – ale szczęśliwe dzieciństwo na zamku w Łubowicach zawsze wydawało mu się swoistym „rajem utraconym”, utraconym zresztą w dosłownym znaczeniu, bo ojciec poety Adolf Theodor von Eichendorff w następstwie ryzykownych i nierozważnych spekulacji postradał większość posiadanego majątku, co sprawiło, że jego synowie musieli szukać zatrudnienia w rozmaitych urzędach. Josephowi sławę przyniosły wiersze, melodyjne i rytmiczne, opiewające piękno krajobrazów i uroki pieszych wędrówek – chętnie komponowano do nich muzykę, dzięki czemu spora ich część na trwałe weszła do „skarbnicy pieśni młodzieży i ludu” (Tomasz Mann). Pisarzem znanym i uznanym uczyniła go jednak przede wszystkim nowela Z życia nicponia, los „szczęśliwego wędrowca”, dla którego całe życie jest „wieczną niedzielą”, przeciwstawiająca się żywotowi „niemrawych, co po domach leżą”, nieświadomi nawet nędzy swego „biednie upływającego życia”, jak pisał w jednym z najsłynniejszych swych wierszy, zatytułowanym Szczęśliwy wędrowiec, otwierającym opowiadanie, a zamieszczonym również w zbiorku Klubowicz. Nota bene sam Eichendorff, przykładny urzędnik i odpowiedzialny ojciec rodziny, bliższy był raczej tym drugim: mieszkał w różnych miejscach, ale prowadził tam żywot dość monotonny – Z życia nicponia to raczej wyraz niespełnionych pragnień niż zapis osobistych doświadczeń.

Poeta filozofujący

Przekład prostych z pozoru wierszy Eichendorffa nie jest wcale zadaniem łatwym, a tłumaczenie go po Kazimierze Iłłakowiczównie i Jacku St. Burasie to także akt sporej odwagi. Klubowicz to jednak tłumaczka szczególna: jest zarazem sama poetką – wydała kilka tomików wierszy – oraz aktorką. Jej przekład istotnie jest bardzo poetycki, co sprawia, że stara się „ocalić w tłumaczeniu” raczej ducha niż literę tej poezji – w jakimś sensie realizując w ten sposób postulat innego niemieckiego romantyka, Novalisa, by tłumacz był „poetą poety”– a ponieważ tłumaczka często sama recytuje swoje przekłady, dba o zachowanie jej specyficznych melodyki i rytmu, co doceni nie tylko jej czytelnik, ale i słuchacz.

O swojej fascynacji Eichendorffem Marta Klubowicz pisze ciekawie we wstępie. Aktorka wychowała się w Nysie, mieście, gdzie poeta zmarł i gdzie do dziś znajduje się jego grób. „Z zupełnie inną świadomością wzrasta się w mieście, gdzie zamieszkiwały pokolenia przodków, niż kiedy te korzenie zostały ucięte i przeniesione w inny grunt”. Podobne myśli towarzyszą zapewne wszystkim, którzy przechadzają się ulicami Wrocławia i innych miast na Ziemiach Zachodnich, bo też trudno nie postawić tu sobie pytania, jak odnaleźć się wśród wytworów kultury, która nie jest kulturą wytworzoną rękami naszych przodków. Jak to przejęte w szczególnych okolicznościach dziedzictwo – materialne i duchowe – przyswoić czy choćby tylko oswoić? Takie pytania długo były zakazane i nieobecne w oficjalnym dyskursie, dziś stawiać je wolno, a nawet należy. Marta Klubowicz, tłumacząc niemieckiego poetę urodzonego i zmarłego na Śląsku, udziela na nie własnej, oryginalnej odpowiedzi. Przekład bowiem, choć sam w sobie raczej rzemiosło niż sztuka, daje się przecież – zwłaszcza jako przekład poezji – postrzegać jako pewna forma nie tylko biernego, ale i czynnego, twórczego, adaptowania tego spadku po innym, nie zawsze przyjaznym narodzie. A szczególnego zabarwienia dodaje temu procesowi to, że uczestniczy w nim i rodak Eichendorffa: w tomiku zamieszczono bowiem także dramat Freda Apke Pan baron przychodzi boso i płaci guzikiem, również w przekładzie Marty Klubowicz, wystawiony zresztą przez nich we własnym wykonaniu.

W sporządzonym przez poetkę wyborze widać przy tym pewien wyrazisty zamiar: tłumaczka pragnie pokazać Eichendorffa nie tylko jako twórcę owych tak popularnych niegdyś wśród „młodzieży i ludu” wierszy, opiewających piękno wyidealizowanych krajobrazów, lecz także jako poetę-myśliciela, zadumanego nad pytaniami filozofów, stąd obecność aforystycznego wręcz Memento, utworu, który dał zresztą tytuł tomikowi i który wydaje się dość reprezentatywny dla poetyckiej filozofii autora, opłakującego w innym miejscu, w wierszu Gdzie wierna chęć (Wo treues Wollen), koniec „królestwa wiary” i upadek „poczciwej prostoty w nabożnych sercach”, pognębionej w „naszych bezlitosnych czasach” przez „zuchwałe szyderstwo”, a przestrzegającego przed nieokiełznanymi siłami wyzwolonej z wszelkich zewnętrznych ograniczeń indywidualności. W Memento niepokój ten wyraża tak:

Dopóki prawo i obyczaj rządzi,

Pośrodku idziesz, bezpieczny, nie błądzisz,

Pomiędzy traszką a smokiem przystajesz,

A gdzie spoczywasz, anioł ze snu wstaje.

Lecz jeśli siła, zwana „sobą samym”,

Którą drżąc, zgadujemy i nie znamy,

Bestie związane, w ścian szczelinach śpiące,

Na dawną, ciemną wolność czyhające –

Uwolni z więzów, te w niszczącej mocy,

Wiarę, obyczaj, prawo w prochy stoczą,

I w oka mgnieniu żywiołem się staną:

Bogiem być musisz lub diabłem zostaniesz.

Eichendorffa poznajemy przy tym nie tylko jako moralistę i historiozofa, ale i jako poetę opisującego przejmująco w cyklu Na śmierć mego dziecka jedno z najboleśniejszych ludzkich doświadczeń egzystencjalnych. Tu nota bene Klubowicz prostuje błąd popełniony niegdyś przez Iłłakowiczównę, która przyjęła pochopnie, że owym dzieckiem był syn poety, podczas gdy w rzeczywistości chodziło o jego zmarłą w marcu 1832 r. ledwie półtoraroczną córkę Annę.

Ta wola przypomnienia Eichendorffa jako poety filozofującego, uprawiającego refleksję o bardziej uniwersalnym charakterze, ma tu swoją wagę. Jego polska recepcja w ostatnich dziesięcioleciach nie jest bowiem wolna od pewnej jednostronności, by nie rzec: naiwności czy prostoduszności. Eichendorff stał się jednym z najczęściej przekładanych i wydawanych w Polsce autorów niemieckojęzycznych. Trudno to zauważyć, bo na ogół próżno go szukać w przeciętnej, nawet większej księgarni, a wśród jego wydawców raczej nie znajdziemy oficyn wielkich i znanych – to raczej inicjatywy lokalne, niskonakładowe przedsięwzięcia towarzystw naukowych (jak Konwersatorium im. Josepha von Eichendorffa) czy ośrodków kultury (jak Górnośląskie Centrum Kultury i Spotkań im. Eichendorffa w Łubowicach, popularyzujące od lat twórczość autora Marmurowego posągu). Zwrócił zresztą na to uwagę Andrzej Lam w przedmowie do przygotowanego przez siebie wyboru dzieł śląskiego poety. Ten „okolicznościowy”, niekiedy jakby uroczysty klimat owych edycji nie zawsze jednak sprzyja obiektywizmowi ocen i prezentacji. Eichendorff wykreowany został ochoczo na „poetę ziemi naszej” (to tytuł wydanego w Raciborzu albumu z jego wierszami) i ogłoszony „patronem pojednania” (katowickie wydanie „Gazety Wyborczej” z 22 listopada 1997). Nie bez znaczenia był tu także głęboki katolicyzm poety, który zwrócił nań uwagę autorów, tłumaczy i wydawnictw bliskich Kościołowi (tłumaczył go m.in. ks. Jerzy Szymik, a autorem wstępu do jego przekładów był bp Alfons Nossol, wielki miłośnik poezji Eichendorffa).

„Wciąż noszą tam kołtuny”

Rzecz w tym, że „poetą pojednania” da się Eichendorffa uczynić tylko wówczas, gdy pominie się nieco zaambarasowanym milczeniem sporą część jego twórczości, jak ten choćby, najbardziej „polski” chyba z jego wierszy, zawierający taki oto konterfekt „typowego” naszego rodaka:

A kiedy zjawiam się bez futra,

Me dziewczę wypytuje mnie:

Gdzieś ty zostawił swoje futro?

I wcale nie przejmuje się.

W gospodzie wódka jest i piwo,

I szynkarz na klarnecie gra,

Więc tam spieramy się co żywo,

Kto najpiękniejsze dziewczę zna.

A ja z bucika twego piłem,

Zostało w domu futro me,

Co nieco włosów też zgubiłem

I wcale nie przejmuję się.

(tłum. Andrzej Lam)

(„Dom”, w którym zostaje rzeczone futro, to oczywiście wspomniana wcześniej „gospoda”). Choć polskiego czytelnika utwór ten mógłby z oczywistych przyczyn zainteresować bardziej niż romantyczne opisy krajobrazów, znajdziemy go tylko w jednym z tak licznie wydawanych na Śląsku zbiorków poezji Eichendorffa, a i to pod nieco wygładzonym tytułem Polak – słowo der Polack (częściej Polacke) w tytule oryginalnym ma w niemczyźnie na ogół posmak nieco pejoratywny, kpiący, to raczej „Polaczek” niż neutralne określenie narodowości. Niewiele dobrego o sobie znajdziemy także w szkicu historycznym o odbudowie zamku krzyżackiego w Malborku i w skądinąd niezbyt udanym literacko dramacie Ostatni bohater Malborka, poświęconym wielkiemu mistrzowi zakonu Heinrichowi von Plauen, który w lecie 1410 r. obronił twierdzę przed wojskami Jagiełły. Wspomni o nas poeta w szkicu poematu Emigrant, ale też w tonie dalekim od okolicznościowej laurki:

Przez Polskę w dalszą ruszyłem drogę,

Wciąż noszą tam kołtuny.

Nie chodzi oczywiście o to, by naiwnie i anachronicznie rozliczać XIX-wiecznego autora ze współczesnej „poprawności politycznej”, lansowanej dziś oficjalnie w Europie, choć przecież rzadko przestrzeganej w praktyce. Nawiasem mówiąc, chętnych do takich rozliczeń nie brakuje: „Zobaczcie, jak ziemie zachodnie zaczynają żyć niemieckością”, grzmiał 26 listopada 2011 r. portal w Polityce na wieść o obchodach 154. rocznicy śmierci poety w Nysie, a wtórowali mu w komentarzach wierni czytelnicy, przerażeni tym aktem nowej germanizacji. Ale nie warto też popadać w drugą skrajność, którą jest manipulowanie faktami i tekstami, mające na celu przeprowadzenie dowodu na to, że „wielki poeta” wzniósł się ponad narodowe uprzedzenia i na przekór nieprzyjaznemu nam zwykle światu ukochał nas miłością czystą a zasłużoną, my zaś miłość tę teraz odwzajemnimy, kultywując jego pamięć, organizując stosowne obchody „ku czci”, a nade wszystko dyskretnie pomijając te wszystkie elementy jego twórczości, które mogłyby zepsuć ich podniosły nastrój.

Przed mianowaniem Eichendorffa „heroldem porozumienia polsko-niemieckiego” przestrzega także Martin Hollender, autor znakomitej monografii O politycznym i ideologicznym zawłaszczaniu twórczości Josepha von Eichendorffa. Poeta bowiem traktowany bywał i bywa w Niemczech jako dowód i symbol niemieckości Śląska, a „uchybienia, których dopuszczono się, powołując się na niego w XX wieku, są zbyt ciężkie, by tenże Eichendorff dziś, w wieku XXI, mógł bez obciążeń wspierać współpracę Niemiec i Polski”. Taka prowadzona w duchu wzajemnego zbliżenia „reinterpretacja Eichendorffa natrafiłaby na zasadnicze trudności, gdyby teraz oto niejako odwracając zawstydzającą niekiedy tradycję minionych dziesięcioleci, próbowano przeistoczyć »najbardziej niemieckiego z niemieckich poetów« w piewcę porozumienia polsko-niemieckiego, emisariusza pośredniczącego między obu kulturami i narodami. Tego rodzaju próba, zapewne szlachetna w intencji, doprowadziłaby niechybnie do nowych zafałszowań, bo nie ulega wątpliwości, że w twórczości Eichendorffa przeważały »elementy niemieckie«. Pochodził wprawdzie z regionu przygranicznego, niemniej postrzeganie go jako progresywnie ponadnarodowego »pioniera europejskości« musiałoby budzić poważne zastrzeżenia”.

Co ciekawe, sam Eichendorff pozostawił po sobie szkic wiersza, który dziś czyta się omalże niczym proroczy opis ścierania się takich przeciwstawnych tendencji kulturowych:

Europo, fałszywa kreaturo,

Męczymy się tu wciąż z kulturą.

Dajcie parowóz z jednej strony,

Wraz inny z drugiej już doczepiony.

Jeden w dół ciągnie, drugi zaś w górę –

W miejscu stoimy przez tę kulturę.

Z kolei eksponowanie go jako „poety ziemi naszej”, znakomitość, której pamięć krzepi lokalny patriotyzm, kwalifikuje Hollender jako „nieszkodliwe i nieideologiczne zawłaszczanie Eichendorffa” – Śląsk, jak się okazuje, nie jest tu wcale wyjątkiem, mnóstwo miejscowości w Niemczech chętnie przypomina o bodaj kilkudniowym pobycie poety w swoich granicach. Nie ma w tym oczywiście nic złego, choć inicjatywy takie nie zawsze są całkiem wolne od pewnej przesady czy śmieszności. A w wypadku Raciborza czy Nysy sytuację komplikuje jeszcze okoliczność, że ten „poeta ziemi naszej” nigdy tak naprawdę całkiem „nasz” przecież nie będzie.

Co więc zrobić z Josephem von Eichendorffem? Z pewnością docenić należy wszystkie podejmowaneprzez lokalne władze i ośrodki kultury działania, których celem jest podtrzymanie pamięci o ważnej postaci literatury niemieckiej. Dobrze więc, że powstało w Łubowicach, miejscu narodzin poety, wspomniane już wyżej Górnośląskie Centrum Kultury i Spotkań jego imienia, prowadzące bardzo aktywną działalność popularyzatorską. Byłoby zresztą niesprawiedliwością twierdzenie, że polska recepcja Eichendorffa ogranicza się wyłącznie do okolicznościowego celebrowania jego rzewnej poezji i do nieco egzaltowanych zachwytów nad żarliwością jego wiary. Tym nieco odświętnym akcjom towarzyszy bardzo poważna aktywność badawcza, której owocem jest choćby cenny zbiór artykułów poświęconych twórczości poety, wydany najpierw w Niemczech, a później, w 2009 r., także w przekładzie polskim (Joseph von Eichendorff: poeta niemieckiego romantyzmu z perspektywy Niemców i Polaków), czy wspomniana wyżej monografia Martina Hollendera. Ciekawe analizy ukazują się i gdzie indziej: godny wzmianki jest tu choćby artykuł Martina Fabera, rozważający pytanie, czy Eichendorff był niechętny Polakom. Szkoda jedynie, że wciąż tak trudno dostępne są ciekawe szkice o związkach Eichendorffa z Polską, opublikowane przed laty przez wybitnego tłumacza polskiej poezji romantycznej Hermanna Buddensiega w wydawanym przezeń periodyku „Mickiewicz-Blätter”.

Istotne jest jednak również pytanie, jak wydawać samego Eichendorffa. Ożywienie jego poezji to zadanie niełatwe, nawet dla wybitnego tłumacza. Da się zapewne wśród jego wierszy – jak dowiodła tego także Marta Klubowicz – znaleźć utwory wciąż frapujące, ale zapewne nie będzie ich zbyt wiele. Ich uniwersalną wartość ogranicza przy tym niekiedy, jak widzieliśmy, dość wąska perspektywa wyznaniowa. Dobrym kierunkiem jest niewątpliwie upowszechnianie pism autobiograficznych poety (kilka lat temu ukazało się Niegdyś przeżyłem w przekładzie Wojciecha Kunickiego). Może warto by jednak sięgnąć także po jego bardziej kontrowersyjne teksty prozatorskie i dramatyczne, jak wspomniany już wyżej szkic historyczny o zamku w Malborku czy Ostatni bohater? Choćby po to, by pokazać, jak odmienne mogą być „narracje historyczne” i jak różnie postrzega się te same wydarzenia z różnych perspektyw narodowych. Polski czytelnik ze zdumieniem mógłby tam przeczytać o tym, jak to szlak wojsk Jagiełły znaczyły latem 1410 r. „ogień i dym” oraz „płonące wsie”, z których uciekali przerażeni mieszkańcy. A w nie mniejsze zdumienie wprawiłby go Heinrich von Plauen, bohatersko i skutecznie broniący wówczas krzyżackiej stolicy, który na widok „pijanych zwycięstwem hord” (to o naszym dzielnym rycerstwie spod Grunwaldu) otaczających zamek ze wszystkich stron wykrzyknął dziarsko: „Bóg i Najświętsza Panienka nas ocalą”. No bo jakże to? Najświętsza Panienka, Królowa Korony Polskiej, ogłoszona nie tak dawno przez biskupa polowego „hetmanką” naszej armii, spiskuje z odwiecznymi wrogami swych poddanych? Opublikowanie w Polsce niezbyt udanego dramatu, interesującego jednak dla nas z przyczyn pozaliterackich, to właśnie pole do popisu dla pasjonatów twórczości Eichendorffa, bo zapewne trudno byłoby znaleźć dla niego wydawcę poza tym dość wąskim środowiskiem. Za to Odbudowa zamku w Malborku mogłaby dostarczyć świetnego pretekstu do wydania książki bogato ilustrowanej rycinami historycznymi (tak wydawano zresztą to dziełko w Niemczech), interesującej już choćby przez to dla szerszego kręgu odbiorców.

Przez pryzmat wiary

Także katolicyzm Eichendorffa dałoby się pokazać nieco inaczej, niż to czyniono dotychczas, a więc nie tylko uroczyście i podniośle jako „źródło nieprzemijających wartości etycznych i religijnych” – to fragment tytułu pracy powstałej na jednej z uczelni kościelnych – ale w sposób nieco bardziej krytycznie pogłębiony. Ten katolicyzm był niewątpliwie żarliwy i autentyczny, współcześni doceniali jednak także umiarkowanie i takt poety w tej materii: „Jest katolikiem – pisał jeden z jego przełożonych – ale praktyki swego Kościoła wypełnia bez egzaltacji i ciasnej nietolerancji”. Głęboka religijność nie czyniła go zresztą ślepym na tradycyjne przywary duchowieństwa: Eichendorff otwarcie pisze o „niebywałym prymitywizmie kleru” oraz o klasztorach jako „barbarzyńskich siedliskach próżniactwa i ignorancji”. Ta otwarta postawa czyniła go idealnym wręcz pośrednikiem w kontaktach między władzami pruskimi a duchowieństwem katolickim, a podtrzymywanie takich kontaktów należało właśnie do jego obowiązków jako urzędnika.

Z drugiej jednak strony to przywiązanie do bardzo tradycjonalistycznie pojmowanej wiary formowało też w szczególny sposób jego obraz świata, czasem dość ubogi i jednostronny. Widać to może najlepiej w szkicach historycznoliterackich, które miały być prawdopodobnie odpowiedzią na wolnomyślicielskie eseje Heinego, nigdy jednak nie zbliżyły się nawet do ich intelektualnego wyrafinowania i literackiej błyskotliwości. Już współcześni przyjmowali je – jak pisze biograf poety – „wzruszeniem ramion”, a i dziś nie cieszą się one wielką estymą wśród historyków literatury. Nie bez przyczyny: Eichendorff ma zwyczaj oceniać wszystkich omawianych przez siebie autorów przez pryzmat swej wiary, a streszczenia dzieł niedających się żadną miarą pogodzić z moralnością katolicką (jak choćby głośnej swego czasu, bardzo śmiałej obyczajowo powieści Wilhelma Heinse Ardinghello) przypominają chwilami pohukiwania słynnego o. Pirożyńskiego, bo też główną stosowaną przezeń miarą jest wierność wobec chrześcijaństwa, i to chrześcijaństwa średniowiecznego, przedreformacyjnego, albowiem reformacja przyniosła jego zdaniem jedynie nieokiełznany i bezbożny indywidualizm. Jednak choć poeta ubolewa nad odwracaniem się swej epoki od religii przodków, to przecież opisuje ten proces dość uczciwie i rzetelnie, nie podejmując prób naiwnej „rechrystianizacji” najwybitniejszych poetów i pisarzy tamtego czasu. Wiele pod tym względem mógłby się odeń nauczyć pewien nasz rodzimy piewca „głębi Goethego”, z uporem doszukujący się w dziełach tego ostatniego „chrześcijańskiej, zwłaszcza katolickiej perspektywy”, gdyby w tym niepodejrzanym przecież źródle przeczytał o chrześcijaństwie uformowanym jakoby przez autora Fausta „na prywatny użytek”, że to chrześcijaństwo, które „miano takie rościć sobie może wyłącznie zgodnie z zasadą lucus a non lucendo”1. Eichendorff trzeźwo i nieufnie podchodzi również do romantycznej, mocno egzaltowanej fascynacji katolicyzmem, dostrzegając jej czysto estetyczny charakter, niewiele mający wspólnego z autentycznym przeżyciem religijnym ani z prawdziwą potrzebą wiary. Romantycy „byli mniej lub bardziej więźniami swej epoki, sami nie mieli już w sobie wiary, o którą walczyli”, a w poezji świadomie „brak nabożnej treści zastępowali przepychem formy, ubóstwo zagłuszali luksusem”. I przytacza słowa Augusta Wilhelma Schlegla, który pod koniec życia szczerze wyznał, że katolicyzm był dlań jedynie „nowoczesną mitologią” i „skutecznym środkiem pobudzającym przeciwko apatii jego współczesnych”. Tu – dość paradoksalnie – formułowana przez Eichendorffa ocena tej romantycznej mody na katolicyzm wypada bardzo podobnie do opinii Heinego.

Naturalnie, tekstów takich nie wolno pozostawiać bez komentarzy. Dobrze byłoby przy tym, by w wypadku szkicu o Malborku i dramatu o jego „ostatnim bohaterze” były to komentarze polskie i niemieckie. Z kolei przez pryzmat esejów historycznoliterackich Eichendorffa można by, opatrując je obszerniejszymi nieco analizami krytycznymi, świetnie pokazać jedną z najważniejszych epok w dziejach kultury niemieckiej. Kto wie, czy właśnie taka inspiracja do rzetelnych i wnikliwych debat historycznoliterackich to nie najcenniejsza przysługa, jaką wciąż oddać nam może śląski poeta.

Joseph von Eichendorff, Memento. Wybór poezji; Fred Apke, Pan baron przychodzi boso i płaci guzikiem, tłum. Marta Klubowicz, Wrocław 2012.

Inne ważniejsze przekłady Eichendorffa oraz wydane w Polsce opracowania na jego temat (wybór):

I. Przekłady:

Gedichte/Wiersze (wydanie dwujęzyczne) w tłum. Zenona Przesmyckiego-Miriama, Stefana Napierskiego, Kazimiery Iłłakowiczówny, Bolesława Lubosza, wybór i oprac. Ryszard Kincel, Racibórz 1990.

Poezje/Gedichte. Z życia nicponia, tłum. Andrzej Lam, Warszawa– Opole 1997.

Dwanaście wierszy, tłum. ks. Jerzy Szymik, Opole 1997.

Marmurowy posąg, tłum. Margarethe Korzeniewicz, Łubowice 2003.

Poeta ziemi naszej (dwujęzyczny wybór wierszy), Racibórz 2004.

Niegdyś przeżyłem, tłum. Wojciech Kunicki, Kraków 2007.

II. Opracowania:

Ryszard Kincel, Joseph von Eichendorff – wielki poeta spod Raciborza, Katowice 1991.

Martin Faber, Ist Eichendorff antipolnisch?, w: Die deutsche Sprache und Literatur als Brücke in Europa, red. Roman Golesz, Zbigniew Swiatłowski, t. 2: Beiträge zur Literaturwissenschaft, Rzeszów 1996, s. 183–193.

Martin Hollender, O politycznym i ideologicznym zawłaszczaniu twórczości Josepha von Eichendorffa, Wrocław 2005.

Ks. Henryk Rzega, Joseph von Eichendorff: uniwersalny charakter wartości religijno-moralnych w twórczości Josepha von Eichendorffa, Opole 2005.

Joseph von Eichendorff: poeta niemieckiego romantyzmu z perspektywy Niemców i Polaków, red. Grażyna Barbara Szewczyk, Renata Dampc- -Jarosz, Katowice–Wrocław 2009.

Joseph von Eichendorff w literaturze i muzyce, materiały do druku przygotowali Rudolf Brom, Jan Malicki, Józef Śliwiok, Katowice 2011.

1 Lucus a non lucendo (dosł. „las, bo nie lśni”) – absurdalna reguła derywacji, zgodnie z którą brzmienie wyrazu wyprowadza się od cechy przez dany przedmiot… nieposiadanej.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter