70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tkanka codzienności

Historia środowiska Znakowo-Tygodnikowego to dzieje mężczyzn. Oni piastowali najwyższe funkcje, stanowili większość w zespołach redakcyjnych, ogłaszali programowe teksty. Oni angażowali się w politykę, gdy po przełomie październikowym czy w 1989 r. stawało się to możliwe. A gdzie w tym wszystkim były kobiety?

Były, oczywiście. Hanna Malewska – pisarka i redaktor naczelna miesięcznika „Znak” w latach 1959–1973; Józefa Hennelowa – redaktor „Tygodnika Powszechnego”, związana z pismem od 1948 r.; Krystyna Chmielecka, sekretarz Wydawnictwa Znak od 1959 do 1989 r. Być może ktoś jeszcze pamięta znakomitą tłumaczkę i publicystkę Annę Morawską oraz pisarkę Zofię Starowieyską-Morstinową. By jednak rozeznać się w zasługach kobiet, które nazywano sekretarkami, choć ich znaczenie wybiegało daleko poza funkcje wyłącznie pomocowe – np. Marii Czapskiej, Marii Turowiczówny czy Marii Lach – potrzeba już bardziej wnikliwej znajomości historii środowiska niż tylko powierzchowna. Były kobiety w administracji, które – parafrazując wyrażenie filozofki prof. Jolanty Brach-Czainy – zajmowały się redakcyjną „tkanką codzienności”: księgowością, prenumeratą, sprzedażą książek, prowadzeniem archiwum.

Na jeszcze głębszym planie, ginąc w pomroce dziejów, znalazły się żony redaktorów, choć ich niewidzialna obecność była może całkiem nierzadko warunkiem sine qua non skuteczności działań ich mężów. To one przecież zdejmowały z nich balast codziennej udręki życia – od prania w pralce frania (z namaczaniem!) począwszy, na zakupach w gospodarce niedoborów skończywszy. A przecież nie pełniły funkcji wyłącznie „żon swoich mężów”, pozbawionych własnego życia i zdania. Przestały być pamiętane, bo codzienność na pamiętanie nie zasługuje – sens życia przyzwyczailiśmy się wiązać wyłącznie z wydarzeniami, które wydają nam się wielkie i przełomowe. Padły też ofiarą amnezji, jaka powoli zaczyna obejmować całe środowisko Tygodnikowo- -Znakowe, przemienione w pomnik, który albo się profanuje, albo sakralizuje. Ale na pewno nie traktuje na tyle uważnie, by je rzetelnie poznać, przywracając zamienionym w pomnik ludziom ich prawdziwe rysy. By tego dokonać, oddanie głosu kobietom, choćby przez zabieg przywołania na moment ich zapomnianego czy bagatelizowanego istnienia, wydaje się konieczne. Na dobrą sprawę, kto lepiej od nich może wiedzieć, czym było życie w PRL-u, w środowisku, które najpierw było obiektem represji, a potem milczącego lekceważenia i spychania na margines jako „katolickie getto”.

Nie jest to łatwy zabieg, bo „krzątactwo” – by posłużyć się kolejnym wyrażeniem prof. Brach-Czainy – jakie przez lata było udziałem kobiet, nie rzuca się w oczy. Bo w sumie czym się tu chwalić? Wartość – nie tylko finansowa – pracy domowej stała się tematem godnym debaty publicznej całkiem niedawno. Kiedy zbierając pięć lat relacje współpracowników i przyjaciół Jerzego Turowicza, zadawałam pytania o życie codzienne, nawet jeśli otrzymywałam barwne odpowiedzi, nierzadko podszyte były one powątpiewaniem: ale kogo to może obchodzić?… Tak jakby interesujące mogły być tylko zmagania z systemem, prowadzone w cenzurze albo z mównicy sejmowej. Jakby mniejszy ciężar gatunkowy wspomnień pozbawiał je jakiegokolwiek znaczenia. Może dlatego że przynależny był przede wszystkim i z reguły kobietom?

Obserwatorki i uczestniczki

Janina Gołubiewowa uważała, że obowiązki domowe to jej zadanie. Biorąc je na siebie, sądziła, że w pewien sposób oddaje się pracy twórczej męża – zdejmuje bowiem z niego obowiązki uciążliwe i czasochłonne. Własne malarstwo – mimo posiadanego wykształcenia i dorobku – traktowała niemal jak hobby, malując obrazy w wolnych chwilach i na wakacjach. Rysunki jej autorstwa były umieszczane m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, prawdopodobnie jest też autorką winiety pisma (w kształcie obecnym na łamach pisma z Wiślnej do 2007 r.) – liternictwa stworzonego wyłącznie na potrzeby pierwszej strony „Tygodnika”. W wywiadzie z 1989 r. przyznaje, że potrafiła podołać wszystkiemu, czego się podjęła – wzbudzało to w niej ustawiczne poczucie winy. Zawsze jednak uważała, że najważniejsza jest twórczość autora Bolesława Chrobrego i to dla niej przede wszystkim musi znaleźć się przestrzeń: „Starałam się maksymalnie odciążyć Tola, zresztą w wielu sprawach czuł się on zupełnie bezradny”. Mąż rewanżował się chodzeniem na wywiadówki, urządzaniem przedstawień kukiełkowych dla dzieci, gdy były małe, organizowaniem szarad i gier na wakacjach w Klikuszowej.

We wspomnieniach o mężu pani Janina nie mówi o poświęceniu. Opowiada o wspólnym życiu (i to nieraz bardzo wymagającym: okupacja przeżyta na Wileńszczyźnie, opuszczenie rodzinnych stron w 1945 r., niełatwe zakorzenianie się w obcych stronach – najpierw w Łodzi, potem w Krakowie) jako partnerka męża – wprowadzona we wszystko, czym pan Antoni żył jako twórca i jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”. Nieprzypadkowo w przeczytanych po śmierci męża notatkach pani Janina znalazła i takie zdania: „Chcę żyć i chcę też umrzeć (…), bo jestem już bardzo zmęczony, nie chcę tylko, żeby Janka płakała, żeby straciła smak istnienia. Chcę, żeby malowała obrazki. Zostawiam te słowa w testamencie: niech kontynuuje naszą wspólną twórczość. Jedyną rzecz, dla której – prócz miłości i przez miłość – warto żyć (…) niech wie, że ilekroć weźmie do ręki pędzel, znowu będę tuż przy niej”.

Maja Woźniakowska, żona prof. Jacka Woźniakowskiego, wieloletniego szefa Wydawnictwa Znak, uważa, że w życiu środowiska nie tyle uczestniczyła, ile je obserwowała. Choć to w ich domu przy Wyspiańskiego, podobnie jak u Gołubiewów przy Jaskółczej, toczyły się najważniejsze środowiskowe obrady. Ją jednak absorbowało co innego: „Czwórka dzieci, problemy finansowe i tym podobne, dość przyziemne sprawy związane z prowadzeniem domu. Zresztą podobne problemy miały żony innych redaktorów – my zajmowałyśmy się tym wszystkim, co się składa na normalne życie”.

Czy w tzw. normalnym życiu może być miejsce na nietoperze? Róża Thun, starsza córka Woźniakowskich, pamięta nietoperze w słojach, kąsające palce u rąk, gdy się je włożyło, za zachętą mamy, do środka. Maria Woźniakowska, biolog z wykształcenia, poza tym że przez lata prowadziła dom i wychowywała dzieci, napisała także pionierską pracę o nietoperzach. Zrezygnowała jednak z pracy naukowej i miejsce pytań badawczych zajęły kwestie trywialne: w jakich proporcjach wymieszać margarynę z masłem, by przemycić choć trochę maślanego smaku? Jak odświeżyć chleb, by nie wyrzucić nawet kromki czerstwego pieczywa? Przy czworgu dzieciach i ustawicznych problemach finansowych byłoby to bowiem marnotrawstwem. Podobnie jak nieszanowanie ubrań, które przechodziły ze starszego dziecka na młodsze.

Natomiast kiedy na jednej z wywiadówek Maria Woźniakowska poznaje nauczyciela plastyki swoich dzieci i zaczyna z nim rozmawiać o malarstwie i uczeniu malowania, spontanicznie zaprasza go do domu. Wie, że ktoś taki na pewno zainteresuje jej męża. W ten sposób najpierw w domu Woźniakowskich, a potem w środowisku „Tygodnika” i Znaku, pojawił się Stanisław Rodziński – znakomity malarz i przez lata recenzent wystaw malarskich w piśmie Jerzego Turowicza. To Jacek Woźniakowski napisał wstęp do szaroburego katalogu przygotowanego na pierwszą wystawę obrazów Rodzińskiego w zakopiańskiej Galerii Pegaz w 1964 r. Podczas rozmowy o wystawie Rodziński wymienia ulubionych malarzy: Emil Krcha i Józef Czapski… „Przecież to wuj mojej żony!” – przerywa prof. Woźniakowski. Rodziński poznaje Czapskiego przy okazji pierwszego pobytu w Paryżu, a zadzierzgnięta wówczas przyjaźń przetrwa do śmierci Czapskiego w 1993 r.

Surowe wychowanie generacji, do której należy m.in. Maja Woźniakowska, nie dawało przyzwolenia na narzekanie. Hart ducha pozwolił im przeżyć najgorsze zakręty historii: zsyłki, ucieczki, przymusowe opuszczanie domów i rodzinnych siedzib, ubóstwo szeregu powojennych lat. A że czegoś pozbawiło? Że bardziej liczyła się proza życia niż np. ambicja zajmowania się czymś więcej niż tylko sprawami domowymi? Niespełnienie nie musiało być udziałem redaktorskich żon, bo wiele z nich żyło w przekonaniu, że niezależnie od zajmowanego miejsca w szeregu zawsze można zrobić coś sensownego. I niekoniecznie chodziło tylko o codzienne zmagania, na które ich mężowie nie mieli czasu. Bycie jedynie obserwatorem nie musi zakładać braku jakiegokolwiek uczestnictwa.

„Jakieś wady mieć trzeba”

Jesienią 1972 r. Jerzy Turowicz przez dwa i pół miesiąca podróżował po Stanach Zjednoczonych. Kiedy redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” zwiedzał Nowy Jork, obserwował przygotowania do wyborów prezydenckich, wizytował kilkanaście północnoamerykańskich miast, w tym Waszyngton, San Francisco czy Montreal, spotykał się z Miłoszami i Międzyrzeckimi, wygłaszał odczyty, jego żona pani Anna Turowiczowa przygotowywała mu w Krakowie pokój do pracy. Znakomita tłumaczka z języka francuskiego dogląda przestawiania pieca, malowania ścian, obstalowuje u stolarza nowe półki na książki.

W liście z 22 października 1972 r. do Julii Hartwig, poetki i żony Artura Międzyrzeckiego, opisuje stan aktualny życia rodzinnego, zauważając jednocześnie: „Bardzo się obawiałam tej nieobecności Jerzego, bo chociaż bardzo się zawsze cieszę z jego podróży i dzięki bogatej wyobraźni przeżywam je, nie ruszając się wygodnie z domu [za sprawą szczegółowych listów pisanych przez pana Jerzego do żony z każdej podróży – przypomnienie autorki], to jednak nie lubię, jak go nie ma zbyt długo…”. Na końcu prosi panią Julię o pomoc w kupnie przypraw w słoiczkach. Ich spis dała co prawda Jerzemu, tylko czy on to znajdzie? „W Europie to on genialny w tych rzeczach sprawunkowych, ale tam, do góry nogami?” W liście do męża zastanawia się natomiast: nie wiem, czy „wyszłabym za Ciebie drugi raz, gdybym wiedziała, jaką ilość kurzu i ile ton papieru ten fakt za sobą pociągnie. (…) Ale jak wrócisz i będziesz sobie cicho siedział – już nie w kątku, ale w dużym, ubocznym pokoju – i odezwiesz się czasem aksamitnym głosem i popatrzysz ciepłymi oczami, to chyba te wątpliwości mnie opadną. W końcu jakieś wady mieć trzeba: inni mężowie nieznośni, albo piją, albo co, a Ty gromadzisz pod siebie papier…”.

Pani Anna była niewątpliwie odpowiedzialna za praktyczną część wspólnego życia, np. za naprawę pralki, bo choć mąż studiował przez krótki czas na Wydziale Budowy Maszyn Politechniki Lwowskiej, nie miał do takich rzeczy głowy. Na pomoc wzywany był zaprzyjaźniony krewny, Andrzej Turnau, wykładowca z Akademii Górniczo-Hutniczej, co nie znaczy, że pani Anna bezgranicznie ufała jego kompetencjom. „Ależ w instrukcji było napisane inaczej – rozpoczynała dyskusję. – To nie może tak być! Nie zrozumiałeś instrukcji…” Turnau bronił się, jak każdy inżynier: „Ale co tu czytać? Wystarczy popatrzeć…”.

Jednak poza tym że zajmowała się naprawą pralki, smażeniem konfitur i parzeniem popołudniowej kawy dla męża, była przede wszystkim równą panu Jerzemu partnerką w jego zawodowych i intelektualnych zainteresowaniach. Najbardziej lapidarnie podsumowuje to Stefan Wilkanowicz, który nie ma żadnych konkretnych wspomnień związanych z domem Turowiczów na Lenartowicza. W pamięci pozostało mu wrażenie – że zawsze było przyjemnie. Coś się jadło, piło, żartowało… Jedno zapamiętał jednak wyraźnie: panią Annę, która potrafiła zaskoczyć wszystkich redakcyjnych mędrców, przedstawiając wyraźny pogląd na jakąś aktualnie dyskutowaną sprawę.

Wielkie idee i proza życia

Jaka moc drzemie w redakcyjnych żonach, Helena Styrna-Mamoniowa, żona wieloletniego szefa działu kultury w „Tygodniku Powszechnym” Bronisława Mamonia – „redaktora od poezji”, przekonała się w 1968 r. Pani Helena urodziła wtedy bliźnięta, mąż (choć nie w związku z tym) wylądował w szpitalu z pierwszym zawałem. Słabszy z bliźniaków, Marcin, zapadł na biegunkę infekcyjną. W mieszkaniu trwał remont. Kiedy wszystko wydawało się walić, żony redaktorów „Tygodnika” – wraz z Ziutą Hennelową – rozdzieliły między siebie dyżury przy bliźniętach.

Z żon przychodziły m.in. Anna Miodońska-Susułowa, żona Jacka Susuła, który jako Bibliofil pisał recenzje książkowe. Sama była redaktorką, jednym z autorów przekładu Baśni tysiąca i jednej nocy. Tłumaczka pojawiała się na zmianę z Teresą Witkowską-Żychiewicz, historykiem sztuki, autorką m.in. cenionego opracowania Krakowskie malarstwo epitafijne 1500–1850, która opiekę nad bliźniętami łączyła z pracą w bibliotece Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zofia Skwarnicka, żona Marka – bibliotekarz-kustosz, która w swoim fachu doszła do dużej kompetencji i uznania – nie wzięła na siebie dyżuru tylko dlatego, że sama miała małe dziecko. W drzwiach mijały się Jadwiga Kołątajowa, żona wieloletniego sekretarza redakcji „Tygodnika” Jerzego Kołątaja, i Hanka Myślikowa, żona posła sejmowego koła Znak. Pojawiał się też Stefan Wilkanowicz, który zabierał Agatę, starszą córkę Mamoniów, by wraz ze swoją Marzeną odprowadzić ją do przedszkola.

Pozostali redaktorzy też zresztą pojawiali się w ich domu przy Miechowity, ale po to by „zbawiać świat”, jak to ujmuje Helena Mamoniowa. W dyskusjach nie uczestniczyła zajęta poprawianiem zeszytów uczniów (była nauczycielką języka polskiego) albo domem, po prostu. Pół wieku temu pranie było przecież czynnością, która zajmowała kilka dni. Zakupów nie robiło się zwyczajnie, po drodze z pracy, ale polowało na okazje, np. na prawdziwe jaja, czyli zniesione przez kurę kilka dni temu, a nie przechowywane od tygodni w chłodni albo w wapnie. Nieładna proza życia sąsiadowała więc z wielkimi ideami dyskutowanymi tuż za ścianą: odnową soborową Kościoła, poszerzaniem wolności w kraju tłamszonym cenzurą i partyjną biurokracją, gdzie demokracja była tylko ozdobnikiem w konstytucji. Śmieszne wszystko razem, ale prawdziwe. Tak jak obrazek zapamiętany przez Helenę Mamoniową, kiedy pewnego wieczoru wróciła z posiedzenia rady pedagogicznej. Bronek siedział przy kuchennym stole zatopiony w tomiku poezji, trzyletni Marcin wyciągał z szafki rzecz wówczas bezcenną – wspomniane już prawdziwe jaja – po czym każde rozbijał o podłogę. Pół metra od czytającego Bronka, który nie zwracał na to najmniejszej uwagi.

Otwieranie okien

Halina Bortnowska w Solidarności, jaka zawiązała się w Hucie im. Lenina, pracowała prawie wyłącznie z mężczyznami. Kobiet w takim miejscu pracy było mało: należące do robotniczej elity „arystokratyczne” (bardzo dobrze zarabiały) suwnicowe, parę sprzątaczek, jeszcze kobiety od niezdrowej – z powodu zapylenia – roboty z wydziału, gdzie kształtowano formy do odlewu. Kobiet robotników było tak mało, że nie miały nawet własnej łaźni – wywojowano ją dopiero po powstaniu Solidarności. Kobiety – tak jak w „Tygodniku” czy Znaku – pracowały w administracji, i to nie na kierowniczych stanowiskach. Taka prawidłowość, charakterystyczna zresztą nie tylko dla PRL-u, mimo szermowania w tym ustroju szeregiem emancypacyjnych haseł. Kobiety były od tego, by wystać co trzeba w kolejce, posprzątać, ugotować, pójść do szkoły na wywiadówkę. I to nawet wówczas gdy prowadziły samodzielne i twórcze życie zawodowe.

Krzątając się między przyrządzaniem zupy z fasolą jasiek, krojeniem sałaty lodowej i pieczeniem dorsza, Halina Bortnowska przekonuje, że nikła obecność kobiet w środowisku Znakowo-Tygodnikowym nie była tematem ani problemem. Płeć w ogóle wówczas nie miała znaczenia – stwierdza, opowiadając o swojej młodzieńczej formacji pozarodzinnej, w dużej mierze tworzonej przez kobiety. Choćby te z Instytutu Katolickiego, założonego przez Adelę Stefanowicz, byłą benedyktynkę, dla kształcenia katechetek. (Jej wychowanice wzięły na siebie ciężar utrzymania ciągłości życia parafialnego na Dolnym Śląsku, gdy w latach 50. metropolitą wrocławskim został hierarcha mianowany przez władze, a nie przez Watykan). Sama, choć za mąż wyszła dopiero po pięćdziesiątce, pracę sekretarza redakcji, którym była od 1961 r., godziła z obowiązkami zupełnie innego rodzaju: opieką nad mamą oraz pracą w nowohuckim hospicjum (pierwszym, jakie powstało w Polsce). W 1977 r. nie zostaje jednak redaktorem naczelnym miesięcznika, bo jedyną osobą, na którą zgodziła się cała starszyzna środowiska, był Stefan Wilkanowicz.

Decyzja wynikała z opinii, jaką miała Halina Bortnowska jako redaktorka – że jest zasadnicza i wymagająca, a nawet konfliktowa. Podobnie przez lata postępowała jej wieloletnia szefowa Hanna Malewska. Też nie była czułostkowa i nie miała względu na osobę autora, domagając się zrozumiale napisanych tekstów. Tyle że jej krytykę łatwiej było przyjąć, bo miała autorytet wyrastający z zasług i wieku. Hanna Malewska, znakomita pisarka, była na tyle silną osobowością, że osoby z redakcji miesięcznika właściwie traciły własną decyzyjność. Jeżeli zamówiony przez redaktorów tekst nie zyskał jej akceptacji, artykuł można było jedynie zwrócić autorowi. Przeglądając po latach numery miesięcznika, które wyszły pod jej redakcją, zdumiewa jednak konsekwencja kompozycji każdego numeru – żaden tekst nie wydaje się zbędny ani wydrukowany z powodów innych niż merytoryczne. I to mimo istnienia cenzury, która potrafiła wywrócić do góry nogami połowę numeru, zmuszając do wykonania dużej części pracy redaktorskiej na nowo. Władztwo Malewskiej, oparte na wysokich wymaganiach intelektualnych stawianych wszystkim autorom jednakowo, nie było jednak odbierane jak uzurpacja. Wręcz przeciwnie: redakcja pod jej przywództwem działała jak organizm złożony z systemu naczyń połączonych.

Podobnie dominującą osobą była Anna Morawska, o której nie tylko Krzysztof Śliwiński, były dyplomata i współpracownik „Znaku”, opowiada jak o nauczycielce, która wprowadziła do jego życia intelektualnego i świata osobistej wiary postaci tej miary co: Dietrich Bonhoeffer, Teilhard de Chardin, Thomas Merton, Karl Rahner. Tego rodzaju dług wdzięczności mają wobec niej wszyscy, którzy sięgali po pisma wymienionych myślicieli, bo to ona właśnie – nieraz jako pierwsza – tłumaczyła je na język polski, pisała o ich autorach na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi” czy „Znaku”. Zapomnienie, jakie stało się udziałem jej osoby i dorobku, nie pomniejsza przecież wartości tego, co po sobie zostawiła. I to nie tylko na papierze. Anny Morawskiej „otwieranie okien” oznaczało też wprowadzanie chętnych w orbitę swoich zainteresowań, np. zagadnień ekumenicznych czy teologicznych, udostępniając kontakty, poznając, z kim trzeba.

Przyjaciele Anny Morawskiej stali się nimi także dla Haliny Bortnowskiej, a następnie jej wychowanków. Jak zapewnia była sekretarz redakcji miesięcznika „Znak”: stało się niczym w tradycji żydowskiej, wedle której przyczyniamy zmarłym chwały, kontynuując to, czemu poświęcili życie i co przekazali następcom. Redaktor Bortnowska, która decyzję z 1977 r. przyjęła bez słowa sprzeciwu, sumiennie wypełniane obowiązki redaktorki łączyła z pracą w hospicjum, a po 1980 r. z działalnością w nowohuckiej Solidarności. Wysoko ceniona przez najważniejszych opozycjonistów w regionie, m.in. Mieczysława Gila i Stefana Jurczaka, w 1983 r. wychodzi za mąż za owdowiałego męża przyjaciółki, inż. Kazimierza Dąbrowskiego. Zostawia środowisko, wyprowadza się do Warszawy, ale wychowywanie czworga dzieci łączy z kolejnymi polami pracy społecznej: na rzecz praw człowieka, studentów dziennikarstwa, więźniów. W pewnym sensie formuje następne pokolenia w duchu środowiska Tygodnikowo- Znakowego z czasów, kiedy była z nim blisko związana. Sposób myślenia Malewskiej i Morawskiej jest mocno obecny w tym, co robi, choć to nie fakt bycia kobietami był dla Haliny Bortnowskiej decydujący wówczas, gdy pozwalała się im kształtować. Ważne, że były one właśnie takie, jakie je poznała.

Wspólna praca

Podczas obrad plenarnych Okrągłego Stołu, rozpoczętych 6 lutego 1989 r., obok 53 mężczyzn, znalazło się miejsce tylko dla dwóch kobiet: Anny Przecławskiej po stronie rządowej i Grażyny Staniszewskiej z Solidarności.

„Do »stolika« gospodarczego przydzielił mnie Andrzej Wielowieyski” – wspomina Staniszewska, która miała wówczas za sobą prawie dziewięć lat aktywnej działalności w Solidarności, kilka miesięcy internowania w obozie dla kobiet w Gołdapi po wprowadzeniu stanu wojennego i wiele lat pracy na stanowisku kierowniczki dzielnicowego domu kultury w Bielsku-Białej Wapienicy. „Byłam zła. Mówiłam, że się na tym nie znam, że wolę edukację albo samorządność. A Wielowieyski na to: – Grażyna, tam będą sami profesorowie, zadyskutują się na śmierć, a i tak nikt tego nie będzie rozumiał. Ktoś musi pełnić rolę zwykłego zjadacza chleba, zadawać proste pytania i żądać jasnych odpowiedzi…”

Kobiety do zadań najtrudniejszych? Nie ulegajmy złudzeniom. Raczej do tych, które wydają się najbardziej czasochłonne, trudne, bez szans na łatwy sukces. Środowisko Tygodnikowo-Znakowe odbijało tę prawidłowość jak w soczewce. Przewaga mężczyzn – tak nas dziś rażąca – była wówczas słabo zauważana. Wspólna praca podszyta była przeświadczeniem, że uczestniczy się w czymś, co nadaje życiu sens, a obowiązki, choćby i mało wzniosłe, pozwala wykonywać z przekonaniem, że warto im poświęcać życie. Nawet gdyby jednym z nich miała być dbałość o zachowanie maszynopisu każdego tekstu i jego wydruku na szpalcie wraz z ingerencjami cenzury. Maria Lach – oficjalnie „jedynie” sekretarka Jerzego Turowicza, de facto drugi sekretarz redakcji – odprawiała ten rytuał przez kilkadziesiąt lat po wydaniu każdego ośmiostronicowego numeru „Tygodnika”. Co wtorek zapakowane w papier pakowy i opisane szpalty numerów lądowały obok innych już w szafie zarchiwizowanych. Jaki mógł być sens tej pieczołowitości w dokumentowaniu zmagań „Tygodnika” z cenzurą? Jaki rodzaj przezorności (kobiecej?) się w tym krył? Przeglądając w archiwum resztki tego, co udało się z jej pracy zachować, poruszamy się po jej śladach… Nawet jeśli niewielu pamięta, kim była. Że w ogóle była..

.

Wykaz źródeł:

1. J. Brach-Czaina, Szczeliny istnienia, Kraków 2006.

2. G. Staniszewska, Rowerem przed bezpieką. Pamiętnik mówiony, spisany naprędce przez Jana Pichetę, cz. 1, Bielsko-Biała 2009.

3. W dziesiątą rocznicę śmierci Antoniego Gołubiewa – z Janiną Gołubiewową rozmawia Jadwiga Wielgut-Walczak, „Tygodnik Powszechny” 1989, nr 26, z 25 czerwca, s. 4–5.

4. Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego z Anną i Jerzym Turowiczami, wybór i oprac.: J. Strzałka, Kraków 2012.

5. W tekście wykorzystano też fragmenty relacji o przyjaźni z Jerzym Turowiczem i pracy w „Tygodniku Powszechnym”, opracowane na użytek Archiwum Jerzego Turowicza. Fragment listu Anny Turowiczowej do Jerzego Turowicza znajduje się w zbiorach AJT.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter