70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piosenki z Papuszy głowy ułożone

„Po wielu latach, / a może już niedługo, wcześniej, / twe ręce moją pieśń odnajdą” – początkowe wersy datowanej na 1952 r. Piosenki (Gilori) Papuszy można w pewnym sensie uznać za prorocze. Zapowiadają one bowiem powrót zainteresowania twórczością i osobą poetki. W ostatnim czasie powstał film, publikowane są książki, wznowienia jej poezji oraz nowe edycje pism Jerzego Ficowskiego. Jaki obraz Papuszy można z nich wyczytać?

Z zachwytem pisał o Piosence Julian Przyboś: „najładniejsza i być może najbliższa duchowi cygańskiej pieśni ludowej, a będąca czymś w rodzaju Exegi monumentum Cyganki. Wyznam rzecz może śmieszną: myśl w tej piosence wydała mi się głębsza i szlachetniejsza niż dumny testament horacjański”. Ten przejmujący w swojej prostocie wiersz wyraża bowiem także zgodę na nieuchronne przemijanie. Kończą go słowa: „I o moich piosenkach, / i wszystkim / zapomnisz”. Jako Cyganka Papusza była z owym zapomnieniem, które staje się udziałem każdej twórczości, dużo bardziej pogodzona. Powstające podczas wędrówek pieśni miały bowiem krótki żywot – w czasach, kiedy większość Cyganów nie umiała jeszcze pisać ani czytać, utwory szybko zostawały zapominane lub krążyły w krótkich, zniekształcanych w kolejnych wykonaniach wersjach. Z drugiej strony – to właśnie Papusza dzięki sile swojej woli, bez niczyjej namowy, a nawet przy wyraźnym oporze ze strony swoich pobratymców, nauczyła się czytać i pisać, okupując się swoim nauczycielom – najpierw napotkanym w miasteczku dzieciom, a później żydowskiej sklepikarce – kradzionymi kurami. Ta umiejętność otworzyła jej drogę do świata literatury. Początkowo nie miała nikogo, kto wskazałby jej wartościowe lektury, czytała więc wszystkie czasopisma i książki, jakie udało jej się zdobyć – zachłannie i z przejęciem, „aż oczy boleli”.

Ficowski i falorykta

Papusza nie byłaby być może świadoma wyjątkowości swoich pieśni, gdyby nie Jerzy Ficowski, który poznał Bronisławę Wajs, wędrując tuż po wojnie z cygańskim taborem. Za namową poety – zwanego od tej pory Pszałoro (co znaczy: Braciszek) zaczęła swoje wiersze spisywać. Kiedy Ficowski tabor opuścił, poprosił Papuszę, żeby przesyłała mu je do Warszawy, co też konsekwentnie czyniła. Pisała do poety listy „takie duże jak płachty”, posługując się językiem polskim z osobliwą, „mówioną” ortografią. Do listów dołączała zapisane po cygańsku, „ułożone z głowy” piosenki, bez podziału na wersy i znaków interpunkcyjnych. Ficowski tłumaczył je potem na język polski, nadając im kształt wiersza. Zainteresował jej twórczością Juliana Tuwima, który z niekłamanym entuzjazmem pisał o dedykowanej mu Pieśni cygańskiej, że stanowi „bijące źródło czystej poezji”.

Sama Papusza umniejszała wartość swojej twórczości. Po latach, w jednym z zachowanych nagrań, wspomina (cytuję za książką Angeliki Kuźniak, która podając w swoim reportażu materiały źródłowe, starała się zachować rytm i brzmienie jej śpiewnej mowy): „Coś we mnie znajszli. Bo pan Tuwim jeszcze. Znajszli jakiś wielki talent. A ja takich pioseneczek, co oni chcieli, to mogła kiedy miliony zrobić. Szłam górami, lasami. Jeden moment i już. Pan Jerzy mówił, że to wiersze, ale to nie byli wiersze. Piosenki. Wierszy są inny. Trzeba rym składać, a piosenka to prosta. Piosenka to niżej. A wiersz wysoko, trzeba kształconych ludzi. Musi być uniwersytet, a ja nie mam ani jednej klasy kończonej. Nie mogę być wierszopisarka”.

Dzięki Ficowskiemu, który przy wsparciu Tuwima publikował na łamach prasy jej kolejne utwory, Papusza zyskiwała coraz większy rozgłos. Ficowski poświęcił jej też rozdział w swojej pierwszej książce dotyczącej kultury Romów pt. Cyganie polscy, która ukazała się w 1953 r. Poetka, przeczuwając grożące jej ze strony pobratymców niebezpieczeństwo, bezskutecznie usiłowała nakłonić swojego Pszałoro do zaniechania publikacji. Po ukazaniu się książki na Papuszę rzeczywiście posypały się gromy. Oskarżano ją o zdradę najpilniej strzeżonych romskich tajemnic, co poetka okupiła poważnym rozstrojem nerwowym. Starszyznę cygańską szczególnie zaniepokoił dołączony do publikacji słowniczek polsko-romski, który objaśniał znaczenie kilkuset wyrazów. Tłumaczenia Ficowskiego, że miał w taborze innych informatorów, na nic się nie zdały.

Niemal w każdej książce Ficowskiego opisującej kulturę i obyczaje Cyganów poeta wspominał o Papuszy, poświęcał jej rozdział lub dwa. Dwie z nich: Cyganie na polskich drogach oraz Demony cudzego strachu oraz tomik wierszy Papuszy Lesie, ojcze mój ze wstępem Ficowskiego i w jego tłumaczeniu zostały w ostatnich miesiącach wznowione przez Wydawnictwo Nisza. Tłumacząc się niejako w Demonach… z decyzji o publikacji swojej pierwszej „cygańskiej” książki, poeta pisze: „Wiem, że przyczyniłem się i do tej przyszłej twojej sławy, i do tej minionej twojej klęski. To pierwsze nie jest naprawdę moją zasługą, to drugie nie jest naprawdę moją winą”. Zdaniem samej Papuszy największym zagrożeniem były opublikowane w Cyganach polskich złowróżbnie brzmiące FALORYKTA.

„Boży człowiek”

Dopiero później okazało się, że ów niepodobny do niczego wyraz oznaczał po prostu „folklor”. Pojęcie to było jej całkowicie obce. Dotyczące kultury chłopskiej słowa Wiesława Myśliwskiego można odnieść również do świata wędrujących Cyganów: tak samo jak chłop, tak i Cygan „nie wiedział, jaki jest jego folklor, wiedział, jaki jest jego byt”. Papusza, dzięki umiejętności czytania bardziej może od swoich pobratymców świadoma, mocno była w kulturze cygańskiej zanurzona, kochała wędrówki, które za jej życia bezpowrotnie odeszły w przeszłość. Wyrażała to dobitnie w swoich wierszach, świadczą też o tym zachowane do dziś archiwalne wypowiedzi. Do końca nie potrafiła pogodzić się z odrzuceniem, jakie spotkało ją ze strony innych Cyganów.

Składając w całość poszczególne fakty z życia Papuszy, można zobaczyć w niej „bożego człowieka” – nadwrażliwa, zepchnięta przez swoją społeczność na margines, nieprzystosowana, miała zarazem „nadzmysłowy kontakt z przyrodą”. Kategorię tę przywołuje w książce Bronisława Wajs – Papusza. Między biografią a legendą Magdalena Machowska, odnosząc się do rozróżnień, jakich dokonał wśród ludowych twórców Czesław Robotycki. Rozprawa Machowskiej to świetnie udokumentowana, oparta na wnikliwej analizie źródeł próba jak najpełniejszej rekonstrukcji biografii poetki. Omawiając w kolejnych rozdziałach m.in. autobiografię mówioną czy pamiętnik poetki, a także listy adresowane do Jerzego Ficowskiego oraz Juliana Tuwima, autorka próbuje zbliżyć się do prawdziwej historii Papuszy, śledząc jednocześnie proces powstawania jej literackiej legendy. Machowska kreśli przy tym szeroki kontekst społeczny, cały rozdział poświęcając sposobom przedstawiania Cyganów w ikonografii, od drugiej połowy XIX w. aż po czasy współczesne. Pisze m.in. o fotografiach Jerzego Dorożyńskiego z lat 60., dokumentujących ostatnie wędrówki taborów. Reprodukcje jego sugestywnych zdjęć można odnaleźć we wznowionych ostatnio książkach Ficowskiego oraz znakomitej Papuszy autorstwa Angeliki Kuźniak.

Trumna z brzozy

Materiały do swojego reportażu Angelika Kuźniak zbierała dwa lata, drugie tyle zajęło jej pisanie książki. Autorka wplatała w tok narracji liczne cytaty z listów poetki, charakterystyczne dla Papuszy słowa, odtwarza śpiewny rytm jej wypowiedzi. Sadzając swoją bohaterkę „nisko, byle bliżej ziemi, jak w taborze”, pozwala czytelnikowi wsłuchać się w jej opowieści – takie, jakie mogłaby snuć przed nami sama Papusza: o pierwszej ukradzionej w dzieciństwie kurze, nieszczęśliwej miłości, o przerażających latach wojennych na Wołyniu, o ciemnym, zagrzybionym mieszkaniu w Gorzowie Wielkopolskim i radości, że jej ukochany synek Tarzan może chodzić do szkoły, o Ficowskim i Tuwimie, o dumie, że może „pracować umysłowo w poetyzmie”, wreszcie o bolesnym opuszczeniu, jakie spotkało ją ze strony najbliższych.

Klamrą spinającą początek i koniec opowieści są dwie śmierci – męża Papuszy, harfiarza Dyźka oraz jej własna. Zmarła na zapalenie płuc. Na pogrzeb nie zdążył dojechać jej przybrany syn Tarzan (Władysław), nie pojawił się też znienawidzony przez Cyganów Ficowski. Niewiele osób pamięta ten dzień, kiedy na cmentarzu w Inowrocławiu, z dala od innych cygańskich grobów, chowano Bronisławę Wajs. Jej siostra wspominała o tym, że sprawiła Papuszy dębową trumnę, ze zdobieniami. W ostatnim, zapadającym w pamięć zdaniu książki Angelika Kuźniak relacjonuje: „Zachowały się akt zgonu i rachunek na trzydzieści trzy tysiące za trumnę z brzozy”.

Jest też w końcu i film, o którym opowiadają w tym numerze „Znaku” jego reżyserzy. Piękny, malarski, zachwycający w warstwie wizualnej, a przy tym równie jak książka Angeliki Kuźniak wierny historii, jaką – można sobie wyobrazić – opowiedziałaby sama Papusza. Największa bowiem wartość, jaka płynie zarówno z filmu, jak i wydanych ostatnio książek, to oddanie głosu poetce oraz jej współbraciom. Posłuchajmy więc raz jeszcze: „Przychodzę, byście wszystkich przyjąć chcieli, / byście czarnej nocy nie czynili / w biały dzień”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter