70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dwadzieścia minut na dachu

Dominantą wspomnień Wata pozostaje polityka. Dla pierwszych czytelników Mojego wieku rewelacją było opisanie mechanizmów sowieckiego systemu. Dzisiaj można w książce odkryć warstwę głębszą: doświadczenie jednostki wplątanej w tryby totalitarnej przemocy.

Ta książka powstawała w celach terapeutycznych: aby na krótkie chwile wyzwolić Aleksandra Wata z „czterech ścian jego bólu”. W 1964 r. cierpiący na poważne zaburzenia neurologiczne oraz borykający się z kłopotami materialnymi pisarz otrzymał stypendium na uniwersytecie w Berkeley. Już po kilku tygodniach okazało się, że klimat mu nie służy; fale Pacyfiku oskarżał o „demoniczne wpływy”, a ponure nastroje pogłębiała nieznajomość języka i kultury. Na ratunek pospieszył mu Czesław Miłosz: młodszego o ponad dekadę poetę Wat nazwał później idealnym słuchaczem. Źródłem pogłębiającej się depresji były nie tylko dolegliwości fizyczne: chory skarżył się na wewnętrzną blokadę, ale wyraźnie ożywiał się, kiedy zaczynał opowiadać. Jego zasznurowanie wiązało się nie tylko z atakami bólu: poczucie niemocy wynikało z odpowiedzialności, surowości wobec siebie. Wat od lat planował swoje opus magnum, zapis wojennej odysei na Wschodzie. Jak tłumaczył Czesław Miłosz w pośmiertnym wspomnieniu o Wacie w paryskiej „Kulturze”, „miała to być summa litości, współczucia, analizy. Takiej książki [Wat] nie mógł napisać. Po pierwsze dlatego, że umysł wyrafinowany, wybredny, hiper-krytyczny, żądał od siebie za wiele: książki, jaką widział, prawdopodobnie nikt nigdy nie napisze. (…) Jego ręka, skrępowana, kiedy usiłował opowiadać prozą przez nadmierne wymagania intelektu, była wolna, kiedy stawiał znaki na marginesie, od niechcenia”.

Nienapisana summa

Mój wiek jest więc dziełem, które zostało z Wata wydobyte podstępem. Wnikliwa ciekawość Miłosza napędzała strumień wspomnień. Następnie, już po śmierci autora, Miłosz wytrwale wspierał Olę Watową w trudach redagowania transkryptu i staraniach o wydanie książki (świadectwem tych wieloletnich wysiłków są Listy o tym, co najważniejsze, t. 1, „Zeszyty Literackie”, Warszawa 2009). W ostatecznym kształcie Mój wiek jest dziełem monumentalnym, lecz niedokończonym. Rozpoczęte w Berkeley rozmowy poeci kontynuowali w 1965 r. w Paryżu. Po wyjeździe Miłosza Wat bez powodzenia próbował nagrywać z kimś innym. „Otwarta forma” Mojego wieku nie jest jednak wypadkiem losu, który nie pozwolił domknąć opowieści. W opracowaniu tekstu Miłosz świadomie zachował styl gawędy, która meandruje i popada w dygresje. Obsesyjne powracanie do tych samych tematów, charakterystyczne wtrącenia i uwagi na marginesie tworzą żywy portret świadka straszliwego wieku. Rytmy potocznej mowy z pewnością zostałyby wygładzone, gdyby Wat poddał tekst literackiej obróbce. Wyobrażenie o tym daje kilka rozdziałów na początku drugiego tomu, które autor zdążył samodzielnie opracować: są mniej siermiężne, bardziej poetyckie, „zaokrąglone”. Paradoksalnie jednak język mówiony okazuje się odpowiedniejszy dla spraw niewyrażalnych. Tym lepiej, że do obecnego wydania dodana została płyta z fragmentami oryginalnych nagrań. Wysoki, delikatny głos Wata dodaje narracji kolorytu. Wyczuwalne jest także porozumienie obu rozmówców; Wat i Miłosz obracali się w podobnych kręgach przedwojennej Warszawy, znali te same plotki i legendy, byli oczytani w rosyjskiej i francuskiej literaturze. Nagrania zdradzają natarczywość Wata, jego przymus wypowiedzenia tego, co najtrudniejsze. Ale nękany przez skrupulatne sumienie poeta zamartwia się też niedostatkami własnej opowieści, naznaczonej przez chorobę i luki w pamięci.

Kiedy Wat miał jeszcze nadzieję, że zdoła napisać swoją summę, nakreślił do niej wstęp, który Miłosz przytoczył w przedmowie do Mojego wieku. „Choć autor nie uprawia polityki, ona była jego losem (…) Toteż nie trzeba się dziwić, jeśli stary poeta ten czas, który pozostał mu − kto wie? – do napisania swego, ledwo przeczuwalnego arcydzieła, poświęca rapsodiom na tematy polityczne”. Polityka istotnie pozostaje dominantą, kołem zamachowym wspomnień Wata. Dla pierwszych czytelników Mojego wieku rewelacją było opisanie mechanizmów sowieckiego systemu. Dzisiaj można w książce odkryć warstwę głębszą: doświadczenie jednostki wplątanej w tryby totalitarnej przemocy.

Dramat sumienia

Swoją ciężką chorobę bólową (następstwo wylewu) Aleksander Wat interpretował jako karę za grzechy, pokutę za wiarę w komunizm. „Wiesz, gdy zasiadamy do tej maszyny, to robisz groźny dla mnie akt egzorcysty dla opętanych” − wyznawał Miłoszowi. Pierwszy tom rozmów stanowi przede wszystkim rozliczenie komunistycznej młodości, a raczej pokutniczą próbę odczynienia jej straszliwego uroku. Za swoją główną przewinę uważał Wat współtworzenie w latach 1929−1931 „Miesięcznika Literackiego”. To radykalnie lewicowe czasopismo usiłowało stworzyć normy proletariackiej literatury oraz marksistowskiej krytyki. Zaangażowany w tę pracę Wat poświęcał się obowiązkom redakcyjnym i nie publikował poezji ani fikcji. Przeczuwał, że prawdziwa literatura nie daje się podporządkować ideologicznym schematom: „komunizm jest wrogi interioryzacji, człowiekowi wewnętrznemu”.

Swoje ówczesne poglądy Wat ocenia jako absurdalne, chociaż wyznawał je z fanatyczną gorliwością. Wspomina, jak w 1931 r. prosił o podpisanie petycji przeciwko regulaminowi więziennemu. Antoni Słonimski zasugerował wówczas, że powinna ona uwzględniać więźniów sowieckich. „Doskonale (…) pamiętam moje zdumienie, moje ubolewanie, nawet moją pogardę dla tego Słonimskiego, który miesza takie rzeczy. Jak on może nie rozumieć, że co innego jest więzić przeciwników wolności, a co innego jest więzić obrońców wolności?”

Lata, które Wat spędził w sowieckich więzieniach, a następnie na posiołku w Kazachstanie, wydają się niewspółmierną pokutą za przedwojenne polityczne zaślepienie. Swojego komunizmu poeta nie uznaje jednak za „wybaczalną” naiwność młokosa. Podczas przesłuchań w sowieckich więzieniach nigdy nie przypominał też swoich przedwojennych „zasług”. Ale wyrzeczenie się tych spraw, całkowite z nich rozgrzeszenie jest niemożliwe, ponieważ oznaczałoby odrzucenie samego siebie. Ten dramat sumienia rozgrywa się na kartach Mojego wieku. Wat czasami „zapomina się” i mocno przesadzając, przechwala szerokim odzewem „Miesięcznika”: „Każdy egzemplarz, który widziałem u czytelników, był po prostu zaczytany. Wydawało się w nakładzie trzech do pięciu tysięcy egzemplarzy, a miał co najmniej dwadzieścia razy tyle czytelników”. Zaraz jednak poeta dodaje, że właśnie to pragnął odpokutować, gdyż w więzieniach uznał „Miesięcznik” za swoją przewinę. Ciążyła mu ona tym bardziej, że najbliżsi współpracownicy: Hempel, Stande i Wandurski zginęli w stalinowskich czystkach. Już w trakcie rozmów Czesław Miłosz zauważył, że dla Wata komunistyczna przeszłość oraz historia „Miesięcznika” pozostają niezabliźnioną raną: „Zdumiewa mnie, że to jest dla ciebie ciągle jakaś sprawa tak aktualna, w pewnym sensie. To znaczy, tak jakoś dotkliwa dla ciebie. Dlaczego nie patrzysz na to czysto historycznie?”. Jak tłumaczy Wat, był to dla niego okres przełomowy, kiedy dokonał zasadniczych i szczerych wyborów. „Komunizm pokazał, jak niesłychanie jest trudno odejść od swojej młodości, wtedy kiedy ta młodość była jakimś szczytem, jakąś bezinteresownością, jakąś piękną drogą życia”.

Więzienna odyseja

Prawdziwa epopeja Mojego wieku zaczyna się wraz z aresztowaniem Wata we lwowskiej kawiarni w styczniu 1940 r. Kolejne odsiadki przyniosły poecie doświadczenia graniczne, których odprysk zdołał przekazać. Najważniejsi są w tej książce ludzie, przypadkowi towarzysze niedoli. Władysław Broniewski wykazał się niezwykłą odwagą, ale w bezsenne noce zamęczał współwięźniów głośnymi recytacjami. Serdecznie wspomina Wat płk. Słoneckiego, znawcę koni, który zachował godność nawet w ciasnej, zawszonej celi. Wśród „bohaterów” Mojego wieku znalazł się też wiecznie głodny szofer polskiego konsulatu, młody żydowski kanciarz, ale także dawny komunistyczny urzędnik, który z cichym samozaparciem znosił tortury. Wat nakreślił także przejmujący portret Jewgienija Dunajewskiego, rosyjskiego literata i językoznawcy, który stał się jego doradcą i kamratem. Choć niezwykle silne, związki zadzierzgnięte w takich okolicznościach trudno przecież nazwać przyjaźnią, więźniowie są bowiem skrajnie nieufni, zmuszeni do samolubności. Polski poeta podziwiał swego starszego towarzysza, który niegdyś nie wydał przyjaciela, choć zapłacił za to torturami. We wspólnej celi został mimowolnym świadkiem jego postępującego obłędu… W warunkach fizycznego i psychicznego poniżenia każdy serdeczny gest, chwila inteligentnej rozmowy odsuwają załamanie, podtrzymują przy życiu. Wat z wdzięcznością i sentymentem przywołuje nawet postać swojego śledczego z Łubianki, który traktował go bez pogardy i rozmawiał o literaturze. Mój wiek jest pełen takich ikonek − portretów osób, których dalszych losów Wat nigdy nie poznał; czasami nie pamiętał nawet ich nazwiska…

Z Mojego wieku można także wyłuskać przejmujące sceny, które układają się w samodzielny „strumień” opowieści o straszliwych czasach. Wielkim tematem jest tu oczywiście jedzenie. Wat opowiada, jak przeżuwać czarny chleb, aby wyssać z niego wszystkie odżywcze soki. Wspomina także sporadyczne wzbogacenia diety: śledzie, od których łakomi męczyli się z pragnienia oraz skrzynki zielonych pomidorów, które wygłodzonym i pozbawionym witamin więźniom groziły śmiertelną biegunką. Jest też niezwykła scena posiłku współwięźnia, który miał dostęp do sklepiku: „Potem Dunajewski jadł podwieczorek. Wobec tego aktu jedzenia czuliśmy się obaj z panem Stanisławem pariasami. Pedanteria ruchów, plasterek kiełbasy, kromka bułki, gest podnoszenia ręki − gestykulacja kapłana odprawiającego mszę, żuchwy wydawały się końskie, regularnie poruszane, a po wszystkim staranne uprzątnięcie śladów, każdej okruszyny. Jedzenie jako akt sakralny. Nie psuło to ani mojej do Dunajewskiego gorącej sympatii od pierwszego wejrzenia, ani respektu pana Stanisława. Jak gdyby czynność jedzenia uniezależniła się od osoby jedzącego”.

W więziennej odysei Wat przeżywał także momenty czystego zachwytu, nieomal katharsis. Podczas transportu z jednego więzienia do drugiego sam widok leśnego krajobrazu wywołał w nim ekstatyczną radość: „Drzewa nie inne, niż gdybym jechał przez Polskę: sosny, brzozy, wierzby, lipy, dęby, topole. Powtarzam ich nazwy jak zaklęcia, w różnych zestawach: wiąz − modrzew − olcha, brzoza – lipa − klon”. Kiedy indziej wycieńczonego poetę urzekło uzbeckie miasto z zielonym potokiem i kwitnącymi migdałowcami. Mołotowabad jawił mu się jako „najpiękniejszy pejzaż, jaki kiedykolwiek w życiu dotychczas widziałem”. Niezwykle silne było także doświadczenie muzyki. Usłyszane przez okno w Ałma Acie etiudy Chopina wzbudziły w nim bunt, nieomal nienawiść. Ale finał Pasji według św. Mateusza zasłyszany przypadkiem podczas spaceru na dachu moskiewskiego więzienia okazał się wstrząsający: „Te dwadzieścia minut na dachu, pomimo całej straszliwej obsesyjnej monotonii dni i tygodni, i miesięcy Łubianki, to było bardzo gęste przeżycie, niesłychanie gęste. Ile można zmieścić w dwudziestu minutach? Czasami główną część życia swojego. Prawda? Bywa tak”.


Aleksander Wat
Mój wiek. Pamiętnik mówiony
red. Rafał Habielski
Universitas, Kraków 2012, t. 1 – s. 448, t. 2 – s. 640

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter