70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wspomnienie szczęściarza

W pierwszych dniach grudnia pożegnaliśmy prof. Jacka Woźniakowskiego, wybitnego humanistę, a dla nas jedną z najważniejszych osób w historii pisma – jego redaktora naczelnego, a także założyciela Wydawnictwa Znak. Poniżej publikujemy wspomnienie o nim pióra prof. Karola Tarnowskiego, redaktora miesięcznika „Znak”. Niech pamięć o Zmarłym trwa w nas jak najdłużej, a dzieło jego życia inspiruje zarówno nas w naszej pracy, jak i naszych Czytelników.

Trudno mi pisać po śmierci mojego przyrodniego brata, z którym – w mniejszej lub większej bliskości (i nie zawsze bezkonfliktowo) przeżyłem przeszło 70 lat – a zarazem wiele starszego „kolegi” redakcyjnego, który był w wielu dziedzinach moim przewodnikiem, a nawet mistrzem. Trudno jest pisać równocześnie w imieniu własnym i redakcji „Znaku”. Ale jest w tym pewna logika, logika równocześnie osobista i środowiskowa.

Chciałbym jednak na początku napisać, jak wiele mu zawdzięczam inicjacji w życie, przede wszystkim kultury artystycznej, intelektualnej, religijnej. Dzięki niemu nauczyłem się kochać sztukę XX w., krytykę sztuki (szczególnie Stanisława Witkiewicza, Józefa Czapskiego), eseistykę polską, wreszcie to on zorientował moje odczuwanie pewnego typu polskiej religijności spod znaku Zdziechowskiego i Konińskiego. Przede wszystkim jednak dzięki niemu wszedłem w klimaty i kręgi katolicyzmu otwartego i duchowości, pozbawionych klerykalizmu i kultywujących wolny i trzeźwy zmysł krytyczny, świeckich. Miedzy nim a mną nie było żadnych istotnych intelektualnych pęknięć, należeliśmy do jednej rodziny nie tylko krwi, ale także duchowości. Tym silniej odczuwam jego odejście, mimo że od szeregu lat nie mogłem już z nim wymieniać poglądów i sądów.

Jacek był jednym z ostatnich humanistów w pełnym tego słowa znaczeniu, dla których nic co ludzkie nie jest obojętne i dla których tradycje europejskiej i polskiej kultury były czymś żywym i głęboko przyswojonym. Jacek widział polską kulturę w całej jej odrębności, ale zarazem w silnych związkach z Europą: w tym sensie był idealnym obywatelem Unii Europejskiej. W sposób naturalny przyswajał szczególnie te nurty polskiej kultury, które nie wyrażały ducha nacjonalizmu, lecz właśnie humanizmu, otwartości, krytycyzmu i – tak mało w niej obecnego – pierwiastka metafizycznego i religijnego. Dostrzegał i promował niedocenionych przedstawicieli polskiego malarstwa, szczególnie związanych z polskim krajobrazem, który ukochał jak żaden inny, szczególnie zaś ten podhalański i tatrzański, w którym obaj wzrastaliśmy w „Domu pod Jedlami”, wspaniałej witkiewiczowskiej siedzibie naszego wspólnego dziadka, Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Był narciarzem i zamiłowanym turystą, tak przed wojną, jak i w czasie jej trwania był znakomitym jeźdźcem (sadzał mnie wtedy czasem – małego jeszcze chłopca – przed sobą na siodle). Być może po naszym dziadku Jacek odziedziczył i kultywował ducha suwerennej wolności i pasji w żywym uczestniczeniu w kulturze europejskiej – postrzeganej nie tyle jak świętość, ile jak pokarm, który przyswajał zgodnie z własnym wewnętrznym rytmem i zamiłowaniami. Były to zamiłowania, których dobrym symbolem jest esej Pawlikowskiego Kultura a natura; a najpiękniejszym owocem główna książka Woźniakowskiego z pogranicza historii kultury, sztuki i duchowości: Góry niewzruszone – z pewnością jeden z najświetniejszych esejów z dziejów humanistyki w polskiej literaturze.

Jacek Woźniakowski był nie tylko znakomitym eseistą, lecz także wytrawnym publicystą – publicystyka była jego żywiołem i naturalnym środkiem wyrazu. Pisał mnóstwo na bardzo wiele tematów, bliskich życiu oraz kondycji umysłowej i kulturalnej Polaków, w tym polskiego Kościoła. Jako redaktor (długoletni sekretarz redakcji) „Tygodnika Powszechnego”, później redaktor naczelny miesięcznika „Znak”, a przede wszystkim założyciel wydawnictwa o tej samej nazwie, które znakomicie prowadził, tkwił w samym centrum życia ówczesnej, zniewolonej przez komunizm, a przecież niepokornej, pełnej wyobraźni i poczucia humoru, Polski. Razem z „Tygodnikiem” wszedł także w sposób naturalny w działalność intelektualnej opozycji, włącznie z Okrągłym Stołem – tak głupio wciąż atakowanym.; był współzałożycielem Towarzystwa Kursów Naukowych. W jakiś czas po wyzwoleniu w 1989 r. został powołany na pierwszego prezydenta Krakowa, którą to rolę rozumiał w stylu wielkich przedwojennych prezydentów jako bezinteresowną służbę wspólnemu dobru, a nie jako wylęgarnię ambicji i płaskiej interesowności synekur. W tym sensie Jacek Woźniakowski miał ducha „pańskiej” – jakby powiedział Nietzsche – suwerenności, nic zaś z pospolitości i małości, którą tenże myśliciel tak bezlitośnie tępił.

Był człowiekiem o niezwykłych i wszechstronnych zdolnościach, subtelnej i błyskotliwej inteligencji, świetnej znajomości języków (które spożytkował m.in. jako tłumacz w okresie zamknięcia przez władze „Tygodnika”), pracowitości, darze przywództwa zorientowanego przede wszystkim na organizację pracy, walkę o dobre wykorzystywanie szans i unikanie głupoty. W tym duchu przywództwa jawił się jako spadkobierca tradycji żołnierskich, których był żywym wcieleniem, uczestnicząc w kampanii wrześniowej, a następnie w akowskiej partyzantce z iście kawaleryjską fantazją. Ale był także cierpliwym profesorem KUL-u, gdzie walczył o formowanie studentów i o świecką autonomię swojego wydziału. Doczekał się członkostwa czynnego PAU i doktoratu honoris causa Katolickiego Uniwersytetu w Louvain. Był sprawozdawcą dla „Tygodnika” trzeciej sesji II Soboru Watykańskiego i Kongresu Eucharystycznego w Bombaju, z czego powstała książka Laik w Rzymie i Bombaju (nawet pies Woźniakowskich nazywał się Bombaj!). Miał religijność pokorną i zarazem światłą. Był ambasadorem kultury polskiej – jeździł z wykładami o polskiej kulturze po całym świecie, od Stanów Zjednoczonych po Izrael i Liban, przebywał też wielokrotnie m.in. we Francji, Hiszpanii czy Niemczech.

Jak na jednego człowieka to dużo. Na szczęście Jacek Woźniakowski doczekał się jeszcze – choć już nie mógł się tym cieszyć – sześciotomowego wydania swoich pism pod redakcją Nawojki Cieślińskiej-Lobkowicz. Odszedł po życiu doprawdy spełnionym, o którym napisał Pamiętnik szczęściarza. A cierpienia, które nikomu nie są oszczędzone, to jego prywatny sekret, w którym przez ostatnich kilka lat towarzyszyła mu czynnie – podobnie jak przez całe, niepozbawione materialnych niedostatków, życie – wierna żona, Maja z Plater-Zyberków.

Kraków, 3 grudnia 2012

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata