70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Obciąć lewe skrzydło Kościoła

Środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi” zbyt łatwo rozmieniły swój kapitał na drobne. W pewnym momencie przestraszyły się debaty z biskupami. A moim zdaniem powinny wyraziście zaznaczać swą odrębność, także w polemikach. Twardo bronić swych racji i swych tradycji intelektualnych. Tylko w ten sposób wewnątrz Kościoła może powstać nurt tak samo wyrazisty jak „Fronda”, broniący pryncypiów.

„Wielkie otwarcie” – tak między innymi określa się postawę Kościoła w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Umożliwiła ona podjęcie dialogu z ludźmi wywodzącymi się z bardzo różnych środowisk, nierzadko odległych od katolickiej ortodoksji. Czy Pana zdaniem takie „otwarcie” było zjawiskiem wyjątkowym, jeśli spojrzymy szerzej na historię polskiego katolicyzmu?

Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy się w zasadzie cofnąć do drugiej połowy XIX w. Z naszego punktu widzenia jest to prehistoria, z punktu widzenia Kościoła niekoniecznie. Był to czas, kiedy rodziła się idea świeckiego państwa, a pozycja Kościoła rozumiana w sposób tradycyjny – jako duchowej władzy nad społeczeństwem – była jeszcze dominująca. Nic więc dziwnego, że Kościół patrzył niechętnie na zachodzące procesy. Jego sytuacja w wieku XIX polegała na stopniowej utracie tej dominującej władzy nad myślami i kulturą. Na wsiach pojawiali się lokalni liderzy ruchów chłopskich, którzy spychali księży z pozycji przewodników intelektualnych i duchowych. Wystarczy przypomnieć takie fakty sprzed I wojny światowej jak ekskomunika Wincentego Witosa czy ciężki los ks. Stanisława Stojałowskiego, założyciela Stronnictwa Chrześcijańsko-Ludowego.
Również w okresie międzywojennym Kościół był dość nieufny wobec stronnictw ludowych. Do pewnego stopnia tolerował jeszcze PSL „Piast”, ale do PSL „Wyzwolenia”, które zresztą stanowiło główny nurt przedwojennego antyklerykalizmu, odnosił się wręcz wrogo. Podobny los spotykał także wiejskie związki młodzieżowe. Z ust księży padały zarzuty: „Dlaczego młodzież nie gromadzi się przy parafiach, tylko w osobnych kółkach?”. Na tym tle postawa takich księży jak Władysław Korniłowicz czy Jan Zieja była czymś wyjątkowym. Z kolei miejskie środowiska robotnicze w okresie międzywojennym w większości pozostawały poza wpływem Kościoła. Oczywiście Kościół próbował na nie oddziaływać poprzez chrześcijańskie związki zawodowe czy chadecję. Jednak na tym gruncie przegrywał z partiami socjalistycznymi.

Broniąc się przed zmianami, stawiał na ugrupowania konserwatywne?

Przed I wojną światową postawił na konserwatystów integralnych, takich jak „Stańczycy” w Galicji, a w okresie międzywojennym – na endecję. Dlatego już w 1918 r. Kościół nie był postrzegany jako instytucja ogólnonarodowa, ale raczej jako strona na scenie politycznej związana z prawicą. Dlatego dla nurtów, które wychodziły z lewicy, jak np. Józefa Piłsudskiego i jego obózu, Kościół był czymś zewnętrznym. W pismach Piłsudskiego nie znajdziemy chyba ani jednego zdania na ten temat. Polska lewica demokratyczna w okresie międzywojennym była przez Kościół postrzegana przez pryzmat lęku związanego z bolszewizmem. Stąd wynikał brak zainteresowania jakimkolwiek z nią dialogiem. A przecież PPS nie była partią z natury ateistyczną, miała obojętny stosunek do religii, choć występowała przeciw przywilejom Kościoła i za świeckością państwa oraz kultury. Zygmunt Żuławski, przewodniczący Rady naczelnej PPS w latach 30., wyrażał nadzieję, że przyjdzie czas, gdy „socjalizm będzie widział w katolicyzmie największą ostoję wolności, równości i sprawiedliwości.” Pisząc to, Żuławski odwoływał się do przesłania Ewangelii, a nie do praktyki politycznej katolicyzmu. Jednak po stronie Kościoła nie było chętnych do podjęcia dialogu. Była natomiast gotowość do szukania siły politycznej w oparciu o środowiska nacjonalistyczne.

Co zatem zdecydowało o tym, że taki dialog stał się możliwy w latach 70. i 80. ubiegłego wieku?

Zbiegły się tu dwa czynniki związane z ewolucją postaw zarówno ludzi Kościoła, jak i lewicy. Po pierwsze, w latach 70. XX w. w polskim Kościele wykonano ogromną pracę związaną z wprowadzaniem w życie reform II Soboru Watykańskiego. Dzięki temu Kościół stał się intelektualnie atrakcyjny, otwarty również na ludzi spoza niego. W tym samym czasie po stronie lewicy doszło do głębokiego kryzysu przeświadczeń o charakterze ideowym: przede wszystkim ostatecznego bankructwa marksizmu i scjentyzmu. Byt to długi i powolny proces erozji, który trwał właściwie od lat 50. do końca 60. W ten sposób powstało pole do wzajemnej wymiany idei. Ze strony lewicy pojawiła się fascynacja tym, co w chrześcijaństwie najlepsze, czyli Ewangelią, ze strony Kościoła – zainteresowanie przemianą współczesnego świata i problemami praw człowieka.

Dlaczego jednak po roku 1989 szanse na kontynuowanie tego dialogu zostały zaprzepaszczone?

Przyczyn było wiele. Musimy pamiętać, że sam sobór był ideą elitarną, która niekoniecznie miała pełne zrozumienie w Kościele oddolnym. Zresztą dialog Kościoła i dawnej lewicy był w gruncie rzeczy sprawą elit, a nie mas. Mówimy bowiem o ludziach, którzy swoją postawę ideową mieli przemyślaną.

Po roku1989 Kościół stracił szansę na zachowanie pozycji moralnego autorytetu. Wszystko zaczęło się od podarowanych mu w maju 1989 r. przez komunistyczny rząd ustaw „O stosunku państwa do Kościoła katolickiego w PRL” oraz „O gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. Miały one go skłonić do zajęcia w wyborach czerwcowych neutralnej pozycji. Kościołowi jako instytucji podarowano zbyt wiele, np. to, że do dziś nie płaci podatków, również od dużych operacji finansowych.
Po wyborach czerwcowych Kościół uznał się za beneficjenta zmian i wystąpił z kolejnymi roszczeniami, mniej lub bardziej uzasadnionymi. Niektóre sprawy np. wprowadzenie religii do szkół można było przeprowadzić bardziej umiejętnie. Tymczasem przez Kościół zostało to załatwione tak, że znaczna część społeczeństwa uznała jego działania za narzucanie rozwiązań i odcinanie kolejnych kuponów od zwycięstwa.

Bez wsparcia ze strony Kościoła przeprowadzenie transformacji ustrojowej byłoby jednak znacznie trudniejsze.

Hierarchia kościelna uczestniczyła bardzo aktywnie w przełomie roku 1989. Ona właściwie współtworzyła ten przełom. Historycy, którzy znają dokumenty z tamtego okresu, wiedzą, że Kościół odegrał ogromną rolę w doprowadzeniu do obrad Okrągłego Stołu, po czym, z koniunkturalnych powodów w latach 90. tę rolę przemilczał. Najprawdopodobniej nie doszłoby do Okrągłego Stołu, gdyby nie zakulisowa praca biskupów, którzy doprowadzili zwaśnione strony do podjęcia wspólnych rozmów. Zasadniczą rolę odegrało tu kierownictwo polskiego Kościoła: kard. Józef Glemp, abp Bronisław Dąbrowski, abp Tadeusz Gocłowski, ks. Alojzy Orszulik, a także papież Jan Paweł II, który, będąc w Watykanie, wszelkimi możliwymi sposobami zachęcał, stymulował do wielkiego kompromisu w Polsce.

Dlaczego później Kościół nigdy nie mówił głośno, że był akuszerem Okrągłego Stołu?

W latach 90. biskupi dokonali ważnego wyboru politycznego; postawili na prawicę, a ta, jak wiadomo, krytykowała nie tylko Okrągły Stół, ale i cały porządek polityczny, który dzięki niemu wyrósł. W związku z tym biskupom było niezręcznie podkreślać: „To my byliśmy akuszerami tamtego wydarzenia”. A przecież wystarczy sięgnąć po stenogramy spotkań, chociażby słynnej rozmowy w Klarysewie, która odbyła się 4 stycznia 1989 r. z udziałem Mieczysława Rakowskiego i Stanisława Cioska oraz kard. Franciszka Macharskiego, abp Bronisława Dąbrowskiego i bp Jerzego Stroby. Ustalono wówczas m.in. kiedy dokładnie odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne i że będą miały charakter kontraktu.

Czy właśnie dlatego po 1989 r. ludziom Solidarności nie przyszło do głowy, aby odsuwać Kościół od polityki?

Te środowiska łączyły wspólne przeżycia, przegadane setki godzin. Od roku 1984 na ulicy Wroniej w siedzibie Episkopatu Polski spotykali się na wspólnych dyskusjach politycznych abp Bronisław Dąbrowski, ks. Alojzy Orszulik, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Andrzej Wielowieyski, Andrzej Celiński, niekiedy pojawiał się Lech Wałęsa. Tam wymyślano bardzo wiele rozwiązań, które następnie legły u podstaw polskich przemian. Ci ludzie nie tylko przez wiele lat systematycznie się spotykali, współdziałali, tworzyli możliwe scenariusze zmian, łączyły ich także więzy przyjaźni, zaufania. Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu Tadeusz Mazowiecki, Witold Trzeciakowski i Bronisław Geremek pojechali do Jana Pawła II, aby osobiście zdać mu relacje z wydarzeń. W tamtym kontekście to było zupełnie naturalne.

Kiedy więc po raz pierwszy zaczęto myśleć poważnie o rozdziale Kościoła i państwa?

Polscy politycy nie spieszyli się zbytnio ze zdefiniowaniem, jak należy rozumieć ten rozdział. Nie było takiej konieczności, a poza tym istniały wówczas ważniejsze sprawy. Kościół był naturalnym uczestnikiem życia narodowego, miejscem różnych spotkań – również w sensie dosłownym: proszę pamiętać, że np. większość komitetów obywatelskich odbywała publiczne zebrania w salach parafialnych. Po raz pierwszy ta kwestia pojawiła się w roku 1990 w trakcie tzw. „wojny na górze”, która wybuchła pomiędzy Lechem Wałęsą a rządem Tadeusza Mazowieckiego i większością dawnych przywódców Solidarności. Na pewno problem zyskał na znaczeniu po wyborach parlamentarnych, które odbyły się w październiku 1991 r., w których wyraźne wsparcie Kościoła uzyskała Wyborcza Akcja Katolicka (WAK).

Jednym z przykładów bezpośredniego zaangażowania Kościoła w politykę, które ożywiło dyskusję na ten temat, była słynna już wypowiedź abpa Józefa Michalika podczas Mszy św. z udziałem liderów ZChN-u, które wówczas wchodziło w skład WAK. Arcybiskup powiedział wówczas: „Katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, komunista na komunistę, każdy niech głosuje na tego, którego sumienie mu podpowiada”.

Słowa te zostały zrozumiane jednoznacznie: ci, którzy głosują na katolików spod znaku WAK lub ZChN-u, są prawdziwymi Polakami, ci zaś, którzy głosują na UW, są Żydami, masonami, ateistami, słowem: obcymi. Wśród obywateli danego kraju zawsze znajdą się ludzie, którzy nienawidzą swych sąsiadów, wierzą w spiskową wizję dziejów, z różnych względów nie akceptują współczesności. Tacy ludzie są i we Francji, i w Niemczech, i w innych krajach europejskich. Zazwyczaj jednak duże instytucje społeczeństwa i nowoczesnego państwa starają się tego typu nurty albo wychowywać, albo marginalizować. Tymczasem w Polsce te nurty zostały wprowadzane do mainstreamu. Przywołana przez Panią wypowiedź abpa Michalika jest wyraźnym przykładem wprowadzania do głównego nurtu refleksji poglądów, które Kościół powinien zwalczać w imię budowania pokoju społecznego, ale też możliwości oddziaływania na różne nurty ideowe. Nawet jeżeli wcześniej Kościół nie walczył wyraźnie np. z antysemityzmem, to nie głosił go w otwarty sposób, a tak uczynił abp Michalik, wyodrębniając rzekomych Żydów jako grupę przeciwstawną Polakom. Późniejsza praktyka Kościoła często szła niestety również tym torem.

Dlaczego po 1989 r. Kościół postawił na dialog ze środowiskami prawicowo-konserwatywnymi?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Zacznijmy od polityki personalnej. Dlaczego na to, co Kościół ma do powiedzenia nie mieli decydującego wpływu duchowni tacy jak ks. Józef Tischner, o. Jan Andrzej Kłoczowski, a z hierarchów abp Józef Życiński, biskupi Tadeusz Gocłowski i Tadeusz Pieronek, tylko ludzie zupełnie innej formacji? Za mało wiemy o polityce personalnej Watykanu, aby formułować tu jakieś hipotezy. Przypuszcza się np., że w kwestii nominacji kard. Józefa Glempa na prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Jan Paweł II uszanował wolę kard. Stefana Wyszyńskiego.

Jednak bp Tadeusz Pieronek był w latach 1993-1998 sekretarzem Konferencji Episkopatu Polski. Zastąpił zresztą na tym stanowisku bp Bronisława Dąbrowskiego.

To prawda, sekretarz Episkopatu był wówczas w wymiarach publicznym i politycznym drugą osobą w Kościele, zaraz po prymasie. Rola bp. Pieronka przez wiele lat była bardzo pozytywna, potrafił podtrzymać dialog ze środowiskami sceptycznymi. Jednak od wielu lat bp Pieronek nie zajmuje już znaczącej pozycji w KEP. Zresztą zmiany personalne to oczywiście nie są jedyne przyczyny. Po roku 1989 w Kościele nastąpił bardzo niezdrowy triumfalizm, tak jakby uznano, że skoro Polska zrzuciła komunistyczne jarzmo dzięki wsparciu Kościoła, to rząd dusz należy się tylko i wyłącznie jednej formacji: Kościołowi i katolicyzmowi zdefiniowanemu jednak nie tak, jak go widziały środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” czy „Więzi”, tylko raczej tak, jak go rozumiało Radio Maryja czy „Niedziela”. Musiało to doprowadzić do zaniku dialogu z częścią społeczeństwa, z którą dawniej Kościół pozostawał w bliskich związkach i która też tworzyła współczesną kulturę katolicką najwyższej próby. Zauważmy, że po powstaniu Wyborczej Akcji Katolickiej obniżyła się ranga Klubów Inteligencji Katolickiej, osłabła pozycja „Tygodnika Powszechnego”. Wyłoniła się wówczas nowa elita, która przez znaczną część hierarchii została uznana za właściwą elitę katolicką. Formowała się ona w opozycji do Okrągłego Stołu i do jego liderów. Kościół świadomie odwrócił się więc od dawnej elity i postawił na nową, typu ZChN, licząc, że ona lepiej zadba o sprawy katolickie w sferze polityki. Wiązało się to oczywiście z redefiniowaniem priorytetów Kościoła katolickiego w Polsce. Przed rokiem 1989 były to prawa człowieka, godność, rozwój kultury, promieniowanie kultury katolickiej na laicką.

Te zagadnienia były do pewnego stopnia wspólne z zagadnieniami ważnymi dla laickiej lewicy.

Oczywiście. Dlatego możliwy był ich dialog. Po 1989 r. w miejsce tych kwestii pojawiają się, po pierwsze sprawy związane z życiem seksualnym: aborcja, antykoncepcja, in vitro; po drugie, te dotyczące spraw majątkowych Kościoła: rewindykacja dóbr kościelnych, Komisja Majątkowa. Te rzeczy zaczęły dominować, z ich perspektywy oceniano, kto jest politykiem bliskim, a kto dalekim Kościołowi. To podejście powoduje oczywiście nieuchronny konflikt z tymi, którzy nie zgadzają się z takim sposobem rozumienia katolicyzmu. Zresztą ubóstwo listy spraw, które Kościół chce „załatwić”, jest zadziwiające. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do seksu i pieniędzy. Co więcej, do tych spraw można było podejść w lepszy lub gorszy sposób. Kościół niestety wybrał najgorszą z możliwych dróg: załatwienia wszystkiego na poziomie politycznym za pomocą ustaw i innych regulacji prawnych. Tymczasem gdyby na samym początku postawił na oddolne działania związane z edukacją, poradnictwem, wsparciem materialnym, opieką nad rodzinami, to wówczas forsowanie rozwiązań prawnych miałoby dodatkowe uzasadnienie. Przyjął on jednak inną logikę działania: narzucamy bardzo drastyczne normy, ale nie obchodzą nas skutki takiego działania; niech ludzie radzą sobie z nimi sami. Nie dziwię się, że wielu ludzi odbiera taką postawę – tu użyję mocnego słowa – jako jakiś rodzaj hipokryzji.

Wymienił Pan trzy przyczyny tego, że Kościół po roku 1989 postawił na prawicowe elity intelektualne i polityków. Równie ważne jest pytanie, co w tym czasie działo się w Polsce z lewicą.

W Polsce właściwie nie ma lewicy. Jest SLD, które w odniesieniu do spraw związanych z Kościołem przyjmuje postawę dość niejednoznaczną. Część tego obozu jest radykalnie antyklerykalna, ale SLD zaakceptował religię w szkole, konkordat, kompromis aborcyjny i wiele innych spraw. Jak dotąd nie chciał podejmować konfliktu z Kościołem. Z kolei lewica „Solidarnościowa”, nawet jeśli wyrażała niezadowolenie z prób wpływania Kościoła na prawo stanowione, wskazywała na nierówność praw wierzących i niewierzących, np. w szkole, to przez długi czas po 1989 r. patrzyła na Kościół w sposób dość przyjazny. Pamiętano jego zasługi dla ruchu wolnościowego, doceniano rangę kultury katolickiej, a niektórzy, jak Jacek Kuroń, odwoływali się do etycznego przekazu Ewangelii i mieli dużą wrażliwość na sacrum. Zdarzenia takie jak przywołana wypowiedź abpa Michalika budziły ogromny sprzeciw, ale traktowano je jako incydenty. Proszę zresztą zauważyć, jaką postawę w tym względzie zajęła „Gazeta Wyborcza”. Nie ma chyba na świecie drugiego niekonfesyjnego dziennika politycznego, w którym od początku jego istnienia istniałaby rubryka poświęcona sprawom religii i Kościoła. Na tych stronach dawano głos biskupom i intelektualistom katolickim, zamieszczano eseje o religii i kulturze katolickiej. Mówienie, że „Gazeta” jest antykościelna, to zawracanie głowy, chyba że uzna się, że pismo w ogóle nie ma prawa wypowiadać się krytycznie na te tematy. Jeżeli jednak przyjmie się założenie, że gazeta pisząca o sprawach Kościoła musi przyjmować bez dyskusji całe nauczanie Magisterium, np. na temat aborcji czy in vitro, to wówczas właściwie nie ma pola dla żadnego dialogu. Dialog polega bowiem na tym, że w sytuacji, gdy mamy różne stanowiska, szukamy porozumienia, kompromisu.

W ramach postsolidarnościowej opozycji pojawiał się także antyklerykalizm, reprezentowany chociażby przez Zofię Kuratowską. Ogniskował się on wokół takich kwestii, jak aborcja, liberalny sposób rozumienia wolności, nauczanie etyki i religii w szkołach. Sprzeciwiał się on zdominowaniu życia oświatowego, politycznego, społecznego przez jeden nurt katolicki. Jednak wpływ polityczny tej formacji, broniącej laickiej kultury, nie był szczególnie wpływowy i nie odwoływał się do prostackiej demagogii. Właściwie dopiero dziś w ruchu Janusza Palikota hasła antyklerykalne dochodzą znów do głosu na poziomie parlamentu.

Po 1989 r. w Kościele nie wykształcił się żaden silny nurt lewicowy. Dlaczego?

To jest dobre pytanie, ale trzeba mówić nie o nurcie lewicowym, a katolicyzmie otwartym. Otwartym na dialog, ekumenicznym, szukającym płaszczyzny zrozumienia zbudowanej w oparciu o wspólne wartości z ludźmi odległymi od ortodoksji i niewierzącymi. Istniały w Kościele duszpasterstwa środowisk twórczych, odbywały się Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Mam wrażenie, że w latach 90. Kościołowi po prostu przestało na tym zależeć. Modelowym przykładem jest los „Tygodnika Powszechnego”, który nagle przestał być biskupom potrzebny. A przecież propozycje Kościoła otwartego były do pewnego momentu społecznie bardzo atrakcyjne. Czyż księża Tischner, Hryniewicz, Musiał, Obirek nie cieszyli się popularnością? Kościół sam obciął swoje lewe skrzydło, zdolne do komunikowania się z inteligencją i światem współczesnym. W latach 90. powstawało bardzo wiele katolickich rozgłośni, chociażby warszawskie Radio Józef. To były miejsca, gdzie tworzono bardzo dobre audycje, do których zapraszano osoby spoza Kościoła. Niestety w pewnym momencie zostały one wszystkie pożarte przez jedną, ogólnopolską stację, która zapanowała nad Kościołem w Polsce – Radio Maryja. To ona zniszczyła pluralizm w Kościele. Dla przeciętnego katolika o. Rydzyk jest dziś twarzą Kościoła. Proszę zapytać pierwszą lepszą osobę spotkaną na ulicy: kto jest prymasem Polski? Kto jest przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski? Większość nie będzie znała odpowiedzi na te pytania. Każdy natomiast wie, kim jest o. Tadeusz Rydzyk.

Dlaczego po przełomie 1989 r. środowiska zaangażowane wcześniej w dialog z lewicą, popierające Okrągły Stół, na dłuższą metę nie potrafiły utrzymać swoich wpływów? Wydawało się przecież, że to właśnie do nich powinien należeć „rząd dusz”. A jednak, kiedy przyszło do prawdziwej polityki, wpływy Kościoła otwartego okazały się całkiem mizerne.

Trochę już o tym mówiłem. Jest to pochodną zmian politycznych, decyzji biskupów, by budować przyparafialne elity w opozycji do elit intelektualnych, i nadziei, że na tym zbuduje się silne stronnictwo katolickie. Zdefiniowano sytuację tak, że inteligencja jest mniejszością, trzeba się więc odwołać do prostego ludu, warstw najmniej wykształconych. A w tych grupach koszty reform ekonomicznych lat 90. były bardzo wysokie. Była też ogromna niechęć do elit politycznych, na które zrzucano odpowiedzialność za te koszty. Do tego dochodziło niezrozumienie przez dużą część kleru współczesnego świata, obawa przed zjednoczeniem z Europą Zachodnią, no i niski poziom ogólnego wykształcenia. Środowiska, o których Pani wspomina, były poprzeciwnej stronie: współtworzyły transformację, budowę demokratycznego systemu pełnej wolności wypowiedzi, były promotorami wejścia Polski do zjednoczonej Europy. Mówiły też innym językiem, odwołującym się do wysokich wartości. Moim zdaniem ważne też było stanowisko tych środowisk w sprawie zbrodni w Jedwabnem i konieczności przeciwstawiania się antysemityzmowi. To się tradycyjnym grupom nie podobało. Brak reakcji biskupów na ostatnie akty nacjonalizmu, niszczenia pomników, oblewania farbą pomnika w Jedwabnem dają do myślenia. To milczenie jest zajęciem stanowiska.

Zatem nie ma też mowy o Kościele toruńskim i łagiewnickim?

O ile jeszcze kilka lat temu mogliśmy mówić o Kościele toruńskim i łagiewnickim, to dziś trudno powiedzieć, co znaczy Kościół łagiewnicki. On również milczy w sprawie ekscesów skrajnej prawicy. Kard. Józef Glemp próbował coś zrobić z o. Rydzykiem, ale dostał arogancką, brutalną odprawę. Jako historyk patrzyłem na to ze zdumieniem. W Kościele katolickim doszło do sytuacji, w której prymas Polski i przewodniczący Konferencji Episkopatu, czyli nominalnie najważniejsza osoba w hierarchii, nie ma żadnego wpływu na zwykłego zakonnika, który nie wykazuje żadnej pokory i posłuszeństwa, i w rezultacie to prymas się wycofuje. W ten sposób w polskim Kościele powstał mechanizm, który sprawia, że bardziej się liczą i mają większą władzę ci biskupi, którzy z o. Rydzykiem nie zadzierają. Spójrzmy chociażby na kwestię krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Biskupi najpierw starali się problemu nie zauważać, a następnie, gdy wreszcie zdecydowali się zareagować, to księża, którzy w procesji przyszli po krzyż, zostali opluci i obrzuceni wyzwiskami. Musieli się wycofać, zostali wyrzuceni przez przypadkową grupę fanatyków nawet nie tyle religijnych, co politycznych. To są przecież sytuacje, w których rola hierarchii została wprost podważona.

Jednak biskupom mimo wszystko bardziej odpowiada sytuacja, w której to o. Rydzyk jednoosobowo rozdaje poparcie polityczne według sobie tylko znanych reguł, aniżeli ta, w której buduje się pluralizm poglądów, sprzyjający utrzymaniu przyjaznego rozdziału Kościoła i państwa.

Z pewnością dialog Kościoła z prawicą jest łatwiejszy. Łatwiej opierać się na wyznawcach, którzy nie zadają zbędnych pytań, tylko patrzą na księdza proboszcza rozmodlonym wzrokiem, niż obcować z ludźmi mającymi wykształcenie, pozycję i – nie daj Boże – jeszcze jakieś zasługi, a w dodatku zadającymi skomplikowane pytania. Łatwiejsze jest święcenie szkół, szpitali, samochodów niż rozmowy o tym, jak być chrześcijaninem we współczesnym świecie. Ale ta sytuacja niesie zagrożenie również dlatego, że jak było widać w opisanych przypadkach, członkowie tego narodowo-plebejskiego skrzydła katolicyzmu też nie zamierzają słuchać biskupów, jeśli nie zalecają tego, co oni sami uważają za właściwe.

Moim zdaniem środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi” zbyt łatwo rozmieniły swój kapitał na drobne. W pewnym momencie przestraszyły się debaty z biskupami. A moim zdaniem powinny wyraziście zaznaczać swą odrębność, także w mocnych polemikach. Twardo bronić swych racji i swych tradycji intelektualnych. Tylko w ten sposób wewnątrz Kościoła może powstać nurt tak samo wyrazisty jak „Fronda”, broniący pryncypiów. Mam żal do „Tygodnika Powszechnego”, który moim zdaniem nie zdał egzaminu w sporze o ostatnią książkę Romana Graczyka. W tej sytuacji należało zająć pryncypialne stanowisko, pociągnąć zasadniczą debatę o katolicyzmie i Kościele, a także roli „Tygodnika Powszechnego” na przestrzeni dziesięcioleci. Ale mniej więcej 10 lat temu też liczyłem na żywą dyskusję po ukazaniu się moich książek o KIK-u i Kole Posłów Znak. Dyskusji nie było.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter