70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tożsamość samotna

Kim jestem? Dlaczego ciągle zadaję sobie to pytanie? Zamiast po prostu być, dlaczego szukam wzorców, dróg, sposobów bycia? Wiem, że nie zamknę się w narodowych przymiotnikach, bo oszukiwałbym sam siebie. Ale nie mogę udawać, że nie mam z nimi nic wspólnego – polski, niemiecki, śląski.

1.

Mój nowy dom powoli wrasta w piasek na polach, na skraju lasów kiedyś cysterskich, po piasku chodzą moi synowie, powoli rosnące brzemię odpowiedzialności zmusza do autorefleksji coraz intensywniejszej, aby znaleźć odpowiedź na pełne przerażenia „Czy podołam?”; doświadczenie tak wielu spośród moich rówieśników, doświadczenie tych, którzy zrozumieli, że wiele już za nami i nie stoimy już u bram życia, jesteśmy dużo dalej i więcej od nas zależy. Nie ma łatwych wyjść, nie można już wszystkiego rzucić i wyjechać. Nie można porzucić siebie, trzeba więc siebie poznać. Neurozy, małe psychozy i nałogi, także nasze ciała obwieszczają swoją niepodległość.

Kim więc jestem, ja, Ślązak, który pisze ten tekst po polsku, a nie po śląsku? Kogo obchodziłby taki tekst po śląsku? Co to znaczy: Ślązak – poza tym, że niewiele? Próbuję cały czas odpowiedzieć sam sobie na to pytanie, które wydaje mi się fundamentalne, ale nie wiem dlaczego, skoro przecież nie dotyczy nikogo poza mną. Po co więc o tym pisać?

Czasem łudzę się, że mógłbym jakoś zbliżyć się dzięki tej autorefleksji do tożsamości tych nielicznych, którzy mają z nią kłopot – nie potrafią bezpiecznie i spokojnie zamknąć jej w prostych przymiotnikach narodowości „polskiej”, „niemieckiej” czy nawet „śląskiej”. Ale potem jednak rozwiewa się ta iluzja zmyślona de consolatione (nie jestem sam, nie jestem sam…). Siebie mogę odnaleźć tylko dla siebie. Moje doświadczenie tożsamości jest przeżywaniem samotności, nie zaś utożsamieniem się z czymś zewnętrznym. A piszę o tym, bo jestem pisarzem i to jest wszystko, co mogę zrobić: poznać siebie i napisać, czego się dowiedziałem.

Urodziłem się, wychowałem, spłodziłem dzieci i żyję na tej samej ziemi, na jakiej żyło, kochało, rodziło, nienawidziło, bogaciło się i biedowało, żarło, srało i marło Bóg tylko wie ile pokoleń tych, których krew płynie we mnie i ja w ich martwej krwi, w podziemnych rzekach i sokach drzew.

Jestem więc absolutną antytezą emigranta i na pewnym poziomie odzwierciedlonego doświadczenia nigdy nie zrozumiem rejestrów tożsamości związanych z porzuceniem pierwotnego środowiska. Odcina mnie to od głównego nurtu kultury, bo doświadczenie bycia skądinąd lub znikąd jest w tej chwili doświadczeniem powszechnym, przynajmniej w moim naturalnym środowisku – jeśli nie moi rówieśnicy, to ich rodzice lub dziadkowie emigrowali, wyjeżdżali, porzucali: wielka polska pielgrzymka na Wszystkich Świętych i niemądre, okrutne żarty śląskie o tym kere jest nŏjlepsze ślōnskie świynto? Przeca Wsziskich Świyntych, skiż tego, co wsziskie gorŏle jadōm furt.

Każdy więc skądś wyemigrował i ma groby przodków za jakąś granicą. Każdy ma krainę dawnego życia i doświadczył błogosławionej traumy uwolnienia. Poza mną – ja nie mam i tego nie doświadczyłem, nie wyrwano mnie nigdy z tej pierwotnej gleby, ani mnie, ani moich przodków, wszyscy rośniemy w tym samym świecie.

Kiedyś miałem tę alienację za mój własny wybór i źle ją diagnozowałem, próbowałem zamykać w ramy różnych światopoglądowych identyfikacji, począwszy od konserwatywnych. Później sięgałem po cudowne heterodoksje ezoteryczne Jüngera czy Evoli, szukałem wewnętrznej spójności i integralności, próbując wypełnić się katolicką religijnością, w której różnych odcieniach przebierałem jak na straganie, interesując się wszystkim i nigdzie się nie odnajdując, wszędzie obyty, nigdzie u siebie.

Słusznie zatem odczytywałem, że coś mnie bezwzględnie oddziela od głównego nurtu świata społecznego. Nie potrafiłem jednak zrozumieć, że bariera ta jest tak trywialna i ode mnie niezależna, jak niezbywalne wrośnięcie w kawałek ziemi, ani ładnej, ani wyjątkowej.

W końcu jednak skończyły mi się samooszukańcze diagnozy i musiałem przyznać przed samym sobą, że nie jest to żaden wybór ani światopogląd, ani revolt against the modern world, to nie idea, teoria ani świadomie przyjęta postawa życiowa, tylko po prostu dziwactwo, ufundowane poza mną, jakimś zbiegiem okoliczności.


2.

Gdyby Oskar Twardoch, po tym jak bił się w Ardenach, postanowił nie wracać z amerykańskiej niewoli do komunistycznej Polski, nie byłby w tym wyborze odosobniony. W pierwszych latach powojennego chaosu mógłby ściągnąć swoją żonę i pierwszego syna gdzieś za Żelazną Kurtynę i tam urodziłby się mój ojciec, i w 1968 r. zamiast po ulicach Krakowa biegałby, może w innym celu, po ulicach Paryża, a może nie robiłby tego wcale i nawet tam najdziwniejszym, alternatywnym zbiegiem okoliczności spotkałby moją mamę, która też mogłaby się tam urodzić.

Bo moja babcia macierzysta mogłaby przecież z Niemiec do Polski nie wrócić. Po morskiej ewakuacji z Prus Wschodnich z poznaną w Arbeitsdienst koleżanką odbyła swój straszny Grand Tour, którego wspomnieniami wypełniła spokojną resztę życia. Wiosną 1945 r. dwie nastolatki, uciekając przed Sowietami, przemierzyły na rowerach kraj, który właśnie ponosił największą w swoich dziejach klęskę. Uciekały przed widmem Nemmersdorf i nie były to dla nich propagandowe obrazy z odległego końca świata, jak ciągle mogły się jawić wielu Niemcom w 1945 r. – pruskie gospodarstwo, w którym pracowały, dzieliło od Nemmersdorf nie więcej niż kilkadziesiąt kilometrów. Babcia mogła więc posłuchać amerykańskich żołnierzy i nie wrócić do tego, przed czym uciekała. Tak jej doradzali: skoro już prawem chaosu los pozwolił jej wymknąć się z zastawionej właśnie na nią sieci sowieckich torped na Bałtyku i amerykańskich bomb pod Dreznem i trzymał ją daleko od pokonanych maruderów i triumfujących G.I.S.

Jej przyszły mąż w styczniu 1945 r. uznał z właściwą mu mądrością, że grubym błędem byłoby dać się zaciągnąć do Volkssturmu teraz, gdy przez całą wojnę uniknął służby wojskowej, pracując w przemyśle o strategicznym znaczeniu. Miał wiele szczęścia do ludzi, szczególnie starych podoficerów, którzy dobrze rozumieli, jak może wyglądać konfrontacja zbrojnych w archaiczne karabiny volkssturmistów z sowieckimi czołgami i udało mu się ukryć, przeczekać przejście frontu.

Ale przecież mogło być inaczej. Mógł w końcu odejść z tą wielką, zmierzającą na zachód ludzką falą, którą pchał przed sobą pancerny walec, i w tej chaotycznej ludzkiej masie mógł spotkać swoją żonę, rozpoznać swojską twarz w tłumie.

Z historycznej perspektywy wszystkie te zdarzenia wydają się co najmniej tak samo prawdopodobne jak te z historii faktycznej. Gdybym w tej alternatywnej mikrohistorii w 1979 r. urodził się w Paryżu, w Aberdeen, w Mombasie lub w Kentucky, to byłaby ona bardziej zgodna z duchem historii faktycznej niż ta, która się wydarzyła i w której wszyscy wracają do domu.

Mimo wojen od Napoleona po Hitlera, mimo wszystkich fal ekonomicznej i politycznej emigracji od połowy XIX w. urodziłem się i wychowałem w tym samym krajobrazie, w którym urodzili się i wychowali wszyscy moi przodkowie, do kiedy sięgają pamięć i dokumenty.

Chciałbym myśleć, że to znak, bo, jak pisze Eliade, człowiek pożąda znaku, symbolu, który uporządkowałby świat inaczej niezrozumiały. Chciałbym myśleć, że to przeznaczenie i moja przynależność tutaj to axis mundi, wokół której mój świat się kręci i ja z nim – w kosmicznym porządku.

Jednak nie chcę się więcej oszukiwać. I wiem: to tylko znak wielkiego, ultymatywnego chaosu, z którego nie wynika nic, i wielkie zanurzenie w czerni, które nie znaczy nic, tylko po prostu jest, samo w sobie i samo o sobie znaczy i nic więcej, głęboka tajemnica czarnej próżni, na której opiera się rachunek prawdopodobieństwa.

Gdyby moja mikrohistoria była zgodna z duchem wielkiej historii, zapewne nawet bym tego nie dostrzegł i nie rozważał. Ta niezgodność i to, że tkwię w ziemi jak kępka ocalałych, rachitycznych drzew w środku połaci spalonego lasu, zmusza mnie do nieustannego powtarzania pytań o historię i jej sens.
Chociaż wiem, że na te pytania odpowiedzi nie ma, a nawet jeśli są, to okrutnie człowiekowi niedostępne.


3.

Za życia nie można być stąd bardziej niż ja, dopiero kiedy się umrze i wsiąknie w ziemię i w niej się rozejdzie. Nawet w snach to do mnie wraca: umieram, rozpuszczam się w ziemi i płynę w niej, w podziemnych rzekach i pniach drzew. Spadam z deszczem. Jestem ziemią. Jestem krajobrazem.
Wtedy będę stąd jeszcze bardziej, bo stanę się ziemią, rozpuszczę się w pejzażu jak kropla wina w morzu. I nie jest to moja wina ani zasługa, tak jak nie są nimi rysy twarzy, kolor włosów i oczu, skłonności do tycia i astmy oraz przekazany przez rodziców kapitał kulturowy i sangwiniczny temperament. Tak niewiele zawiniłem i zawdzięczam samemu sobie.

Gdybym, jak polescy chłopi czy inni związani z ziemią aborygeni, nigdy w życiu nie oddalił się od domu na więcej niż kilka wiorst, nie byłbym wcale bardziej stąd, niż jestem, podróżując wiele. W takim bezwzględnym wrośnięciu nie byłbym „stąd”, lecz z całego świata, czyli znikąd i zewsząd jednocześnie, znałbym go lepiej niż obieżyświat, tylko byłby on ciaśniejszy.

Ja jednak znam to, co leży poza „stąd”. Widziałem Wielki Babilon nad rzeką Hudson, z wieżowcami wytkniętymi niebu jak środkowy palec i widziałem dawny Babilon nad Sekwaną. Patrzyłem na stolice imperiów żywych lub martwych od Rzymu po Pekin i nieludzkie syberyjskie miasta-molochy nad rzekami szerokimi jak morza. Widziałem pustkę Spitsbergenu i Gobi, spękaną, suchą, płaską i okoloną tylko horyzontem i – dostrzegłem siebie w samym środku tego rajskiego bezludzia.
Zmierzyłem syberyjski bezmiar Azji – liczy sobie osiemdziesiąt kilka godzin, a potem jeszcze dwadzieścia parę – uderzeniami kół o szerokie tory, w pociągu, w którym wielkość kontynentu rozumie się cieleśnie, żebrami, kręgosłupem, pulsowaniem w głowie, cierpnącym tyłkiem, piwem Baltika z kurczącego się zapasu z wagonu z napisem „PECTOPAH”, wysikanym na biegnące w czeluściach klozetu podkłady i gruby żwir, i nieskończony rytm modrzewi.

Widziałem i znam Warszawę, tę, co jest teraz, i tę, co była do 1944 r. – tę starą studiuję oczami bohaterów mojej książki i znam układ jej ulic lepiej niż ten, który jest teraz. Po dzisiejszej Warszawie prowadzi mnie metro albo przyjaciel, albo GPS. I kiedy po niej chodzę, widzę obie i jeszcze kolejną, trzecią, cudownie i wzniośle wypaloną, o wyłupionych oknach, jak romantyczne sublime z Lieder Schuberta na głos i fortepian, o śmierci, miłości, młodości i okrucieństwie.

Bardzo wiele wynika z tych podróży – dawnych wypraw do miast i w dzicz oraz z tych bliższych, tegorocznych, do Budapesztu, Paryża, Lwowa. Na tle oglądanego świata jakoś sam siebie definiuję na nowo, bo w kontraście, ale świata, który widziałem, tak naprawdę nie zdołałem pojąć.

Co zrozumiałem naprawdę, spacerując po lodowcach polarnych i Strawberry Fields, śpiąc w hotelach, namiotach, wagonach z kategorii „plackartnyj” i na lotnisku w Oslo? Zrozumiałem, ze wszystko, czego szukam tak daleko, to mój osobisty śląski mikrokosmos i moje w nim miejsce i stosunek do niego. Nie podróżuję, aby odnaleźć siebie nowego; podróżuję raczej po to, aby zrozumieć, gdzie sam siebie pozostawiłem i skąd nigdy nie wyjadę, chyba żeby mnie wygnano, jak to się stało w przypadku Máraiego.

Moja podróż jest podróżą powrotu.

Nie wiem wiele o Paryżu ani o Budapeszcie, zgoła nic, ale dokładnie wiem, jaka jest proporcja mojego „stąd” do świata, wiem dokładnie, gdzie leży moje „stąd”, gdzie są jego granice i jak bardzo buduje moją tożsamość, jak wielką daje mi siłę i jak bardzo ogranicza jednocześnie.


4.

Zakreślę więc granice mojego „stąd”. Mojej domowiny. Nie są to granice idei, nie są one teoretyczne, nie są to nawet obiektywne granice kulturowe czy symboliczne. Są one moje własne, wynikające wyłącznie z mojego doświadczenia, które nie dotyczy nikogo poza mną. Nawet moje siostry i żona, tutejsi przyjaciele i moi synowie, aby odwołać się tylko do tych bliskich mi emocjonalnie i geograficznie, wszyscy oni oswoili światy nieco inne od mojego.

Granice świata oswojonego opierają się o drogi, budynki i drzewa, narysowane są w mojej głowie właśnie na krajobrazie, na wizerunku świata. Nazywam go domowiną, bo polubiłem to słowo, chyba sztucznie importowane do śląszczyzny, bo lepiej pasuje niż „ojczyzna” albo zupełnie nie grający w moim uchu niemiecki Heimat. Domowina to coś otaczającego dom. Nie jest ona wspólnym dobrem, nie jest Lewiatanem, niczego nie daje i nie wymaga, bo domowina nie jest czymś zewnętrznym, z czym można się utożsamić. Ona jest we mnie, gdzie są jej granice. Ja jestem nią, jakby stanowiła osnowę, na której jestem utkany.

Na północy sięga ona gdzieś pod Las Łabędzki, po północne granice Gliwic, ale nie obejmuje niektórych peryferyjnych dzielnic, jak na przykład Łabęd. Kierując się na południowy wschód, przez Szobiszowice i Sośnicę, wcześniej ostra, rozmywa się i szarzeje między Gliwicami a Zabrzem, obejmując półcieniem miejsca z toponimiką z rodzinnych historii, dziś dzielnice Zabrza – Kończyce i Pawłów – pełne wilhelmińskiej wiśniowej cegły. Dalej bladym cieniem kładzie się na Makoszowy z surowym krajobrazem umierającego przemysłu, z martwymi kominami i szczerbatymi wrakami sortowni i hal, tkwiących w krajobrazie jak wielorybie żebra na spitsbergeńskiej plaży. Potem skręca prosto na południe i na powrót staje się ostra. Obejmuje ceglaną niby-wiejskość Przyszowic, gdzie leżą w ziemi na cmentarzu moi dziadkowie i pod ułamaną kolumną (taka metafora przerwanego życia) pochowany jest młody von Ratschek, który się dał zastrzelić w pojedynku belle epoque. Leżą też tam te Przyszowiczōny, kerych Rusy pozbijali we styczniu sztyrdziestego piōntego, a mój dziadek, ukryty, patrzył na to bardzo demokratyczne mordowanie: Niemców, polskich akowców, volksdeutschów i bliżej nieokreślonych, ogólnie podejrzanych – sprawiedliwie w jeden dół wrzucono. Sowieccy żołnierze mieli czapki z niebieskim otokiem i żółte kożuszki, bo była zima. Niedaleko jest żółta wieża kościoła, podkopana przez górników pochyla się niczym pizańska. Na iluż pogrzebach wychodziłem z tego kościoła i powoli człapałem na ten cmentarz, przecinając sznur obojętnych samochodów na drodze krajowej nr 44.

Granica mojego świata obejmuje te wszystkie trupy i duchy oraz żywych, ale nie zwraca na nich uwagi, biegnie dalej. Omija Paniówki, które nie są moje, i znowu zawraca, aby objąć Chudów, wraz z jego na wpół sztucznymi ruinami ni to zamku, ni rycerskiej wieży z XV czy XVI w., po których biegałem jako dziecko, kiedy jeszcze zamiast czerwonej dachówki porastała je trawa. Dziś ruiny odbudowano i ucywilizowano, odebrano im romantyczny urok, którego wcale mi nie żal. Za Chudowem granica mojego świata skręca ostro na zachód, nie obejmując już leżącego nieopodal Bujakowa, z którego wedle dostępnych danych pochodzą Twardochy, bo tam żyli sobie zamożnym, freibauerskim życiem, kiedy jeszcze nie było kopalń i hut. Żył tam Wacław Twardoch, który urodził się jeszcze pod panowaniem Wiednia. Wszyscy jego potomkowie rodzili się pod panowaniem Berlina, włącznie z moim dziadkiem, aż w końcu mój ojciec i ja urodziliśmy się pod panowaniem Moskwy, zaś moi synowie pod panowaniem Warszawy. I śpią w Bujakowie Twardochy, zatrzaśnięci w parafialnych księgach z XVIII w., chociaż podobno przeniesiono ich razem z nimi do Katowic, do archidiecezjalnego archiwum, co byłoby taką małą ekshumacją pamięci. Nieważne; do Bujakowa zawsze było mi za daleko. Bujaków nie jest mój.

Granica więc na powrót staje się ostra i biegnie na zachód. Obejmuje Gierałtowice, porządną, schludną i brzydką niby-wieś w sercu Górnego Śląska, w której spędziłem pół dzieciństwa w wielkim ogrodzie moich dziadków macierzystych i tam słuchałem różnych opowieści, tych o przyszowickim, sowieckim mordowaniu, o tych niemieckich i polskich, słuchałem pamięci sięgającej przed narodzenie mojego dziadka, do 1919 r. i jeszcze wcześniej. Nie wiem, po co słuchałem, ale raz usłyszanego nie można przestać słyszeć – i tak stawałem się sobą, zapuszczałem korzenie w kolejne warstwy i osady tej noosfery, którą żyję i oddycham.

A granica biegnie dalej i znowu rozmywa się w lesie Beksza, obejmuje brzydkie miasto Knurów wraz z jego najbrzydszą dzielnicą Szczygłowicami, których nie znoszę i unikam, kiedy tylko mogę, a jednak należą do mojego świata. Obejmuje też Wilczą i ocienia rybnicki Ochojec, grube marginesy wokół Pilchowic, w których spędziłem większą część życia, po czym skręca znowu na południe, zagarniając we mnie północne, lesiste dzielnice Rybnika. Golejów, gdzie mój dziadek macierzysty w ramach polskiego przysposobienia wojskowego chadzał z karabinem na strzelnicę, na której sześćdziesiąt lat później, na przekór zdrowemu rozsądkowi i potrzebom, uczyłem się strzelać od nieciekawych osób z rybnickiego klubu.

Granica mija te lasy i staje się wodną. Biegnie teraz zachodnim brzegiem sztucznego Jeziora Rybnickiego, na którym uczyłem się żeglować, mając lat czternaście i ponieważ nie znałem Burke’owskiej teorii estetyki, to mogłem doświadczać pierwszych sublime, kiedy po nagłym ochłodzeniu zapadała flauta i nad ocieplanym elektrownią zalewem wstawała gęsta biała mgła, którą, wiosłując, trwożliwie rozpychaliśmy tępym dziobem omegi i nad którą można było spojrzeć, podciągnąwszy się trochę na wantach: wtedy widziało się zamiast zalewu z wody ten z białej gęstej waty, przecinanej aluminiowymi masztami i głowami innych ciekawskich. Zostawały w niej ciemne ślady niczym kilwater. Wtedy też durzyłem się w rówieśniczce i współkursantce, a ona wolała innego i z nim szeptała, i cóż jeszcze z nim robiła, tego nie wiem, a wtedy bardzo próbowałem się domyślić, lecz nie mogłem, niczym jeszcze niedoświadczony. A nad tym wszystkim kominy i chłodnie kominowe rybnickiej elektrowni, widoczne z wielu kilometrów jak latarnie morskie, orientują przestrzeń dookoła, nocą pulsują czerwone światła.

Gdy granica wraca z powrotem na stały ląd, rozpoczyna się jej leśny, dziki odcinek. Chociaż jest on naturalnie oswojony, jak wszystko w tym całkowicie antropogenicznym krajobrazie, w którym drzewa i zbiorniki wodne zorganizował i ułożył człowiek, czy był to czternastowieczny cysters, czy dziewiętnastowieczny zarządca majątku książąt von Ratibor z Rud. Część ta biegnie przez lasy rudzkie na północ, zagarnia opactwo, pałac i park, i zatopioną w tych lasach Bargłówkę, omija Trachy, by znowu grubym marginesem opasać Leboszowice, bladym cieniem paść na Sośnicowice, objąć Ostropę, ale uchylić się przed Łanami Wielkimi i Kozłowem, i powrócić do Gliwic.

I to jest wszystko: nieregularny wielokąt, kilkaset kilometrów kwadratowych, jakieś dwadzieścia na trzydzieści. Wszystko w nim. Ja w nim, on we mnie, ja nim, on mną.
Nie są to jedyne we mnie oswojone przestrzenie: należy do nich od dawne centrum Krakowa, wyznaczyłem główne szlaki przez Wisłę w Warszawie i przez Dunaj w Budapeszcie. Wiem, którym żlebem z doliny Bjørndalen należy wspiąć się na płaskowyż Fuglefjella i którędy potem iść do Colesdalen i że z Longyearbyen mogę dojść do Barenstburga, nie wyciągając wcale mapy i nocując nielegalnie (według norweskiego prawa) po nabrzeżnych chatkach. Nie potrzebuję również mapy, żeby w trzy dni (gdyby zależało mi na pośpiechu) przepłynąć z Węgorzewa do Rucianego i pamiętam nawet, jak z Central Parku dostać się na Wall Street – metrem albo długim spacerem, chociaż byłem tam tylko parę dni. W tamtych światach jednak mnie nie ma.

A moją ziemię przerastam jak grzybnia, sięgam myślą do martwych przodków w tej ziemi rozpuszczonych i razem z nimi płynę w jej sokach, melodia tego krajobrazu płynie w mojej krwi i odnajduję się w tym zrośnięciu z ziemią potężny, umocowany, jak bunkier, którego stalowa kopuła wieńczy betonowe podziemia – a jednocześnie żałosny, śmieszny, głupi, ograniczony, jak średniowieczny rzemieślniczy uczeń, który nigdy nie wyruszył w swoją podróż i nigdy czeladnikiem się nie stanie. Całe życie w świecie, w którym mógłbym poruszać się z zamkniętymi oczami.

Przeżyłem tylko jedną przeprowadzkę, między domami odległymi o mniej niż kilometr. Poprzedniej, z 1987 r., z Gliwic do Pilchowic, już nie pamiętam. I zapowiada się teraz, owszem, druga, kolejny kilometr dalej, do domu, którego początków byłem świadkiem na papierze i na ekranie komputera mojej żony – architekta, a teraz chodzę na budowę i cieszę się jego rosnącymi murami.
Nigdy nie ogołociłem się więc z gromadzonych od ćwierci wieku przedmiotów. Nie mam prawie wspomnień z dzieciństwa; lepiej zapamiętujemy to, co działo się na tle innego świata, a moje dzieciństwo upłynęło w tej samej scenografii co młodość i dorosłość. Wspomnienia pierwszych pocałunków wyparły te z odkrywania świata materialnego, a te z pierwszych spacerów z synem wypierają wspomnienia pocałunków i tak dalej, aż w końcu zapomnę wszystko i zostanę sam na sam ze swoim umieraniem.

Czasem przerażony niepamięcią próbuję odnaleźć dzieciństwo. Idę drogą, którą chodziłem do szkoły. Ale i tak nie znajduję niczego, bo po tej samej biegłem z pierwszymi przyjaciółmi pijany po raz pierwszy. Jak pamiętać więc ciche medytacje obciążonego tornistrem ośmiolatka? Raczej wiem coś o moim dzieciństwie, niż je pamiętam. I nawet nie ma już mnie na tle tego krajobrazu i zostaje tylko on, te same wieczne kadry w oknach samochodu i w lusterkach. Rozpuszczam się w tej małej wieczności.

Dlaczego obsesyjnie wyobrażam sobie siebie jako materialny składnik krajobrazu? Dlaczego postrzegam siebie tak, jakbym myślał o kamieniu albo drzewie? Na pewnym poziomie są to nieodparte fakty, materialnie jestem tym, co zjadam – wypróżniam się do tej ziemi, przemienia się we mnie materia, a ja-jako-ja jestem tej materii porządkiem, ale i czymś więcej, chyba. Czy to coś więcej układa się w krajobraz ziemi? Jak miałoby się układać? Nie wiem.

Więc jednocześnie nienawidzę i kocham to miejsce, tak jak jednocześnie kocham i nienawidzę samego siebie, bo ten krajobraz jest we mnie i mnie stanowi. Jest mną.
Ale kim jestem w nim? Gdybym umiał ujrzeć siebie prawdziwie, rozpuszczonego w świecie, miałbym prostą odpowiedź. Ale nie potrafię.


5.

Kim jestem, kim jestem, kim jestem? Dlaczego ciągle zadaję sobie to pytanie? Zamiast po prostu być, dlaczego szukam wzorców, dróg, sposobów bycia? Wiem, że nie zamknę się w narodowych przymiotnikach, bo oszukiwałbym sam siebie – a w ten sposób jest najłatwiej i najgroźniej.

Ale nie mogę udawać, że nie mam nic wspólnego z tymi przymiotnikami: polski, niemiecki, śląski. Gdybym nie miał, nie przeżywałbym tak mocno napięcia pomiędzy nimi, bo przecież – w przeciwieństwie do moich dziadków i nawet rodziców – nie muszę. Nikt nie zadaje mi tego pytania i od odpowiedzi nic nie zależy. Zawsze mógłbym wyjechać, gdziekolwiek, do Ameryki, w parę lat pozbyć się akcentu i stać się nikim znikąd, wyrwać siebie i moich synów. A nie wyjeżdżam, bo nie mogę.
Bo tak samo jak jestem wrośnięty w krajobraz, tak wrośnięty jestem w całą noosferę polskości i śląskości, w której nakładają się na siebie wartości i paradygmaty nieuzgadnialne.

Czym jest mój związek z kulturą polską, intymny i najgłębszy, a jednocześnie w pewnym sensie nieoficjalny, zewnętrzny? Jakbym nie był mężem polszczyzny i polskości, tylko jej na wpół jawnym kochankiem. Może i chciałaby wyjść za mnie, ale ja nie chcę.

Nie mogę się polskości wyprzeć, ani przyjąć jej za swoją. Nie jestem Polakiem, tak jak Polakiem jest Polak i jednocześnie nie jestem Nie-Polakiem tak, jak Nie-Polakiem jest Niemiec czy Bantu.

Dlaczego nie mogę przyjąć polskości jako swojej? Bo uznając się za Polaka, wyparłbym się krajobrazu, który jest mną, a więc wyparłbym się siebie. Zaprzeczyłbym niepolskiej historii mojej i moich przodków, oderwałbym się od tej ludzkiej grzybni, którą wrastam w ziemię. I rzecz nie w tym, że uraziłbym czyjąś pamięć, kogoś zdradził, bo myślenie w tych kategoriach to niepotrzebny anachronizm. Problem leży we mnie: utożsamienie się z polskością byłoby dla mnie aktem transplantacji samego siebie. Przesadziłbym się w grunt, który nie jest moim.

Musiałbym udawać, że polska historia jest moją, a przecież nie jest. Historia Polski mnie, żyjącego w moich przodkach, dotyczy dopiero od kilkudziesięciu lat. Nie dotyczyły nas-czyli-mnie polskie powstania, rozbiory, polskie wojny XVII i XVIII w.

Jak niewiele musi nas z Polską łączyć, skoro wielcy fałszerze „odwiecznej polskości Ziem Odzyskanych” musieli uciekać się do takich epizodów, jak przemarsz Sobieskiego przez Śląsk w drodze na Wiedeń, który w polskiej narracji o historii Śląska wydaje się wydarzeniem istotniejszym niż cała wojna trzydziestoletnia. Jak niewiele Śląsk z Polską łączy poza tą wynalezioną w XX w. tradycją, która kazała po 1945 r. wmontować w śląskie mury tablice upamiętniające to, że w tejże kamienicy, jesiennej nocy gdzieś w środku XIX w. zanocował polski wieszcz albo nazywać „piastowskimi zamkami” budowle, które nigdy nie były ani zamkami, ani tym bardziej nie były piastowskie (jak „zamek piastowski” w Gliwicach, moich Gliwicach).

I sam nie jestem pewien: czy ta historia to tożsamość wyobrażona, iluzja bycia-w-historii, czy może przez to, że jestem stąd, ta historyczna odmienność jest we mnie obiektywnie i ułożyły się z niej wzory nieświadomej, rodzinnej pamięci?. Bo przecież gefrajtra Twardocha z Bujakowa, w pruskiej załodze twierdzy Kłodzko z czasów wojen napoleońskich znalazłem na papierze, nie w rodzinnych opowieściach. Jestem dziwadłem, więc może wzory mojego wychowania zawierały strachy, które po cichu przetrwały od czasów, w których po Śląsku hulali boží bojovníci i polscy rycerze Korybutowicza, duńskie, niemieckie i szwedzkie armie Mansfelda w trakcie trwającej trzydzieści lat wojny, najstraszniejszej z wszystkich poprzedzających XX w.

Może pamięć tej i jeszcze dalszej historii przetrwała w formach, które nie należą do polszczyzny i które potem ku własnemu zaskoczeniu odkrywałem, w różnych hierarchiach wartości, ale też w rzeczach, które są jednocześnie błahe i fundamentalne, jak antropologiczna orientacja otaczającego człowieka świata społecznego i przestrzeni, jej podział i definicja, określenie tego, co jest moje, a co nie moje, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna dom, kim jest gość, co oznacza być w rodzinie, co wolno, a czego nie wolno u siebie, co znaczy obowiązek. Z tych fundamentalnych błahostek odszyfrowywałem własną obcość, wtedy jeszcze niezdefiniowaną.

Może rzecz leży w mojej pysze: nie chcę być gościem, przybłędą w polskości, nie chcę być jej adoptowanym dzieckiem. Wolę tę ubogą tożsamość-bez-tożsamości, która mnie ogranicza i buduje – jest moja i jest mną. Nie chcę aspirować do czegoś, czym mogą się szczycić potomkowie posłów Sejmu Czteroletniego, o których pisze w swoim genealogicznym opus magnum Minakowski, bo ani śladu mnie ani moich przodków w tych genealogiach nie ma, bo być nie może.

A jednocześnie, przecież, nie umiem i nie chcę (bo po co?) pozbyć się tego, co we mnie polskie, a co zaczyna się od tego, że myślę po polsku, piszę po polsku i kobiecie miłosne wyznania szepczę również po polsku, i nie umiałbym wyznać miłości po śląsku. Wiem oczywiście, jak powiedzieć „kocham cię” po śląsku i nawet bardzo podoba mi się brzmienie tego przaja ci, bliskiego polskiemu „sprzyjam”, i czasem tak mówię, ale to egzotyka; nie jest to brzmienie mojej miłości. A nie ma nic, w imię czego chciałbym sam siebie oszukiwać.

Więc mówię i myślę po polsku. Samego siebie myślę po polsku. I nie ma żadnego znaczenia to, że śląskim posługuję się zupełnie swobodnie. I historyczne uzasadnienie supremacji polszczyzny również nie jest ważne – ani to najogólniejsze, tłumaczące słusznie wymieranie języków wernakularnych inwazją mediów posługujących się językiem literackim, ani te szczegółowe, również prawdziwe, o prześladowaniach tych z pokolenia moich rodziców, którzy nie chcieli pozostać w kopalniach i których już w szkołach średnich wyszydzano i karano za mówienie „niepoprawną polszczyzną”, i którzy potem swoim dzieciom chcieli oszczędzić upokorzeń i tak zrobili – z moimi rodzicami też rozmawiam po polsku.

I przy tym mam poczucie – a może znowu iluzję? samo-kłamanie? – że wszystko idzie tym samym torem, którym szło od wieków. Zawsze jedyną drogą awansu społecznego na Śląsku było wyrzeczenie się tego języka, którym mówiło się w domu, i przyjęcie mowy szkoły i kościoła – najpierw niemieckiego, potem polszczyzny.

I wielu stawało się przy tym narodowymi neofitami, a ich wnuki wrastały już w tę polskość lub niemieckość jak we własną glebę, a ja nie chcę i nie wiem, czego bronię tym uporem, nie wiem, po co on i czy to upór, czy może raczej po prostu niezdolność, jakiś wewnętrzny niedorozwój, który uniemożliwia mi dokonanie aktu tak prostego, jak maleńkie kłamstwo: powiedzieć sobie, że przodkowie nie żyją, a skoro nie żyją, to tak, jakby nigdy ich nie było. A skoro tak, to od dzisiaj moją historią mogą być awanturnicze stepy Ukrainy, powstańcze kokardy i biżuteria z żelaza, szwoleżerowie i lisowczycy, Mickiewicz ze Słowackim i wszystko to, w czym nikt z moich przodków w najmniejszym nawet stopniu nie brał udziału, a do czego ja mógłbym się zapisać prostym akcesem, małym kłamstwem, podmianą historii swojej na nie swoją. Zgodną na dodatek z jej duchem: przecież historia ostatnich sześciu dziesięcioleci na Śląsku jest historią udawania, że jesteśmy gdzie indziej, bliżej stepów, porohów i kozackich stanic, bliżej szlacheckich dworków z drzewa, lecz podmurowanych niż domów z czerwonej cegły i pruskiego muru. Bliżej Kijowa niż Pragi czy Drezna. I przecież nikt by nie zauważył, nie myślałby o mnie źle, gdybym przystąpił do tego małego kłamstwa.

Tak sam jak wielu moich przodków mogło wstąpić do świata Goethego, Schillera i Hegla, świata huzarów śmierci, Żelaznych Krzyży, Nibelungów i czarnej krwi. I przecież niektórzy skorzystali, jak chociażby ów szarzejący już w rodzinnej pamięci wujek, którego wczesną wiosną 1945 r. poszukiwała w Berlinie moja babcia i przypadkiem go znalazła w metrze, nie znając adresu ani nawet dzielnicy, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi.


6.

Może mógłbym nie zadawać sobie nieustannie tych pytań, tego przeklętego „Kim jestem?”. Może mógłbym po prostu żyć, być domyślnym Polakiem bez niepotrzebnej refleksji nad własną polskością i jednocześnie celebrować cepeliadę śląskości, śmiejąc się z gorŏli nad kluskami i roladą rodzinnych obiadów. Mógłbym powtarzać głupie komunały o śląskiej pobożności, pilności, pracowitości, ȏosprowiać trochã pō naszymu, nŏjlepi yno wice, pić piwo a jeść wodziōnka, traktować śląskość jak wrodzone nawyki, które jakoś się dzieją w tle, gasnąc powoli, ginąc pod codziennością współczesności.

Bo jaka jest alternatywa? W końcu nie mam ochoty, ani charakterologicznej możliwości, by zostać działaczem. Nie wyobrażam sobie siebie w roli „budziciela śląskości”. Nie umiem przełknąć śmieszności różnych publicystycznych festiwali „śląskiej dumy”, tych wyliczanek noblistów (że więcej niż z Polski), Eichendorffa i śląskiej szlachty, którzy przecież ze współczesnymi plebejskimi Ślązakami mają niewiele więcej wspólnego niż Mickiewicz, Miłosz czy hetman Koniecpolski. Śmieszą mnie może nie tak, jak „Śląsk Opolski zawsze polski” tudzież „powroty odwiecznych piastowskich ziem do macierzy”, ale śmieszą. A śmieszność wydaje mi się gorsza od śmierci, bo zabija bardziej.

Takie śląskie budzicielstwo, „bycie działaczem” wymagałaby odwieszenia na kołek całego pancerza, dzięki któremu nauczyłem się chronić przed brudem i głupotą świata.

Poza tym, przecież wcale nie wierzę w narodowe przebudzenie Ślązaków. Czas ku temu był, kiedy wynajdowali sami siebie Słowacy czy Łotysze i inne podobne do Ślązaków maleńkie narody bez historii, czyli sto sześćdziesiąt lat temu. Nie dziś.

A jednocześnie jedyną przestrzenią, w jakiej może się wydarzać moja śląskość dziś, jest bycie antynomią polskości. Kiedy śląskość próbuje być funkcją polskości – natychmiast w niej znika.

Sto lat temu tworzyło tę przestrzeń bycie antynomią niemieckości, co z racji językowej i religijnej bliskości zbliżyło śląskość do Polski. Antynomiczność względem polskości nie popchnie mnie jednak w stronę niemieckości, bo jej we mnie nie ma. Jest jakaś wspólnota historycznej pamięci, od wojny trzydziestoletniej po dziadka w Ardenach, jest poczucie wspólnoty w przestrzennej organizacji krajobrazu, które sprawia, że w małych miasteczkach Austrii, Moraw, Bawarii czy Pomorza czuję się swojsko, a w miastach prawdziwie polskich nie. Ale to wszystko, nie ma nic więcej. Niemieckość jest mi dziś bez wątpienia dalsza, niż byłaby komukolwiek z moich przodków.

Owszem, jestem sentymentalny i żałuję amputowania Śląskowi tej fundamentalnej części jego tożsamości, którą była niemieckość, czy może raczej do pewnego momentu etnicznie niemiecka, ale przednarodowa śląskość, która żyła tutaj spleciona ciasno ze słowiańską, czy może po prostu etnicznie polską (w znaczeniu najszerszym, Polaków jako poddanych panów przyrodzonych, nazwanych potem Piastami), lecz jednocześnie również przednarodową śląskością. A potem jedno kłącze wyrwano.

A gdyby go nie wyrwano, gdyby, bawiąc się znowu w historię alternatywną, z dwóch dyktatorów wygrał ten z mniejszym wąsem, czy śląskość mogłaby przetrwać konsekwentnie prowadzony hitlerowski Gleichschaltung? Zamiast usuwania nazw niemieckich, usuwano by słowiańskie, tak jak w przypadku moich Pilchowic, od zawsze Pilchowitz, Pylchowicz, Pilchowitze, które nagle w 1933 r. zostały Bilchengrundem, równie głupio jak późniejszy Stalinogród, czy do dziś trwające Giżycko.. A przecież toponimika jest święta. Manipulacje przy nazwach miejscowości i rzek są bluźnierstwem.

Więc jedno kłącze, splecione z moim wcale nie w harmonii i pokoju, lecz boleśnie, kolaczasto, przynajmniej przez ostatnie siedemdziesiąt lat, jedno kłącze wyrwano. A moje zostało. Nadwątlono jego korzenie, w dziurze po tym usuniętym rozpleniło się nowe, a moje zostało. I więdnie.

Więc teraz mogę sobie ubolewać nad wyrwaniem niemczyzny z gleby Śląska. Ale czy tak by było, gdybym doświadczył niemieckiej pogardy do Wasserpolacken? Bycie przedmiotem „misji cywilizacyjnej”, czyli bycie dzikusem upokarza tak samo, niezależnie, czy Kulturträgerem jest Polak czy Niemiec.


7. 

A jeśli historia jest po prostu historią jej podmiotów, a nie przedmiotów? Od XIX w. podmiotami historii są narody i mimo zmierzchu pierwotnego nacjonalizmu nic nie zdaje się zapowiadać zanikania narodów jako takich. Przynależność narodowa w XXI w. zdaje się ciągle konstytuować tożsamość Europejczyków w stopniu o wiele większym niż przynależność klasowa czy religijna, czy jakakolwiek inna. Jesteśmy Francuzami, Anglikami, Niemcami, Polakami albo Czechami, przede wszystkim i najpierw. Albo raczej jesteście, bo ja nie. Tylko kim w takim razie jestem?

Więc może trwanie przy tych przednarodowych, etnicznych resztkach, które nigdy nie były dość silne, by stać się narodem, jest zwyczajnie głupie. Infantylne? Może należałoby raczej przyjąć do wiadomości rzeczywistość taką, jaka jest, i skoro żądają, to wybrać, zostać takim podejrzanym Polakiem, wierzącym szczerze w odwieczną piastowskość każdej grudy czarnego węgla wykopanej spod ziemi albo śmiesznym niby-Niemcem, który co prawda nie mówi po niemiecku, ale za to może ze swoimi nowymi rodakami ścigać się w pogardzie względem „głupich Polaków”? I przestać dręczyć się pytaniami o własną tożsamość, porzucić przeżywanie tego napięcia, przypiąć się do tożsamości zewnętrznej, wreszcie utożsamić się z czymś większym i zająć się życiem wewnątrz tej nowej tożsamości, zamiast nieustannie i bezproduktywnie przeżywać własną samotność.

To jednak czcze rozważania, straciłem już zdolność do takich wyborów i takich decyzji. Dziś pozostaje mi być tym, kim jestem.
Nikim, ale stąd. I kimś znikąd.

 

_

Tekst ukaże się w języku niemieckim w roczniku Jahrbuch Polen 2012 Regionen. Za możliwość publikacji dziękujemy Deutsches Polen-Institut w Darmstadt i wydawnictwu Otto Harrassowitz GmbH & Co. KG w Wiesbaden (www.deutsches-polen-institut.de)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter