70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szanujemy piłkę (cz. IV)

Zatem jest ulewne popołudnie trzeciego dnia lipca 1974 roku, jak by powiedział Bogusław Wołoszański. We Frankfurcie nad Menem jedenastu biało-czerwonych herosów, jedenaście pereł rzuconych przez trenera Górskiego przed niemieckie wieprze, wychodzi na boisko z tunelu czasu. Wychodzą, wychodzą i wyjść nie mogą, gdyż boisko nie przypomina boiska.

Jest zalane wodą, bo przed godziną nad Frankfurtem miało miejsce oberwanie chmury. Pamiętam, że z określeniem „oberwanie chmury” spotkałem się wtedy pierwszy raz, za sprawą Ciszewskiego oczywiście, i wyobrażałem sobie, że to cała chmura, taka jak na obrazkach, nie zamieniona w deszcz, spada na miasto. Sędzia Linemayr długo się wahał, czy w ogóle da się kopać piłkę w tych warunkach. Dziś mówi się, że dla nas byłoby lepiej, gdyby wówczas mecz przełożono, argumentując z grubsza, że błoto, iż było niemieckie, bardziej pętało pęciny polskie niźli tubylcze. Ja w Mielcu drżałem, żeby mecz się odbył, ponieważ cierpliwość to nie jest coś, czego dziesięciolatek ma w nadmiarze. Dziś, kiedy jestem już tak stary, że mogę być obiektywny, widzę, że ciężkie niemieckie działa grzęzły we frankfurckim błocie nie gorzej, niż nasza lekka kawaleria.

O tej „bitwie na wodzie” powiedziano i napisano już tyle, że niewiele mogę dodać. Mało też tu było godnych mego sensacyjnego pióra spięć pod bramkami, za to dużo śliskich tematów, babrania się we wspólnej historii i moralnego bagna. Początkowo największym zagrożeniem dla obu bramkarzy były rzuty wolne, zwłaszcza te bite przez Hoenessa i Gadochę. Później Maier pokraczny i zwinny jak szympans cudem wybronił strzał Laty i poprawkę Deyny. W trzydziestej minucie redaktor Budny albo ktoś nacisnął zły guzik i można było usłyszeć nie przeznaczony dla uszu kibica komunikat: „Masz mu natychmiast powiedzieć, jest trzeci telefon w tej sprawie”. Czy chodziło o Ciszewskiego, w jakiej sprawie były to telefony i czy pochodziły od telewidzów, czy „z góry”, tego nam już nawet pani eks-Gadochowa nie wyjaśni.

W drugiej połowie meczu Hölzenbein padł w naszym polu karnym jak długi i sędzia, Austriak, czyli prawie że Niemiec, podyktował przeciwko nam rzut karny. Za wślizg Gorgonia! Jak amerykański Murzyn w obliczu austriackich sędziów, tak Jan Tomaszewski niewzruszenie stanął na linii bramkowej… Bramka miała siedemdziesiąt metrów szerokości i dwadzieścia pięć wysokości. Uli Hoeness strzelił wewnętrznym podbiciem w lewy róg. Tomaszewski rzucił się w prawy. Ponieważ jednak stali naprzeciw siebie, był to ten sam róg i polski bramkarz jak matka wyrzucająca protezy swemu dziecku zdołał wybić lecącą do bramki piłkę.

Kwadrans przed końcem meczu znów zaczęło lać. Ostatnie minuty miały się dokonać w jednolitej ścianie ulewy. Na razie jednak Gerd Müller nagle ma piłkę w polu karnym i tylko Tomaszewskiego przed sobą. Kopie piłkę typowo niemieckim butem i zdobywa gola. „Może jeszcze wyrównamy” – mówi w komiksie Gorgoń do Żmudy. Czyli jeszcze tli się w nim nadzieja. Wszak z niejednej już opresji wychodzili obronną nogą. Ale Żmuda, który na pewno miał co najmniej trójkę z matmy, recytuje, odbierając mu tę nadzieję: „Przeciwnikowi wystarczy niestety remis do zajęcia I miejsca w grupie”. Trener Górski posyła jeszcze w bój Ćmikiewicza i Kmiecika, który trzy minuty później zmarnuje kolejną szansę zapisania się w historii, pudłując główką z trzech metrów. Po raz pierwszy na tych mistrzostwach udaje się pokonać Polskę. I to komu, Niemcom z NRF-u!

Po meczu, w znanym nam już salonie telewizyjnym Grzegorz Rosiński wkłada Henrykowi Wieczorkowi w usta następujący dymek: „Przecież Müller pomógł sobie ręką przy strzeleniu bramki!”. To już jest jakaś mania, a może i fobia. Równie dobrze można by twierdzić, że pomagał sobie trąbą lub płetwą, bo tocząca się po ziemi piłka ani na chwilę nie zbliżyła się nawet do ręki Müllera.

No i na koniec mistrzostw trzeba było grać o trzecie miejsce i medal z Brazylią. Wielką Brazylią nie dopuszczoną do meczu o złoto przez maleńką Holandię. Mistrzami świata. A wszyscy wiemy, jaki duży jest świat. Tym razem przyszło nam grać w upale, w obecności siedemdziesięciu pięciu tysięcy widzów. „Miliony na całym świecie jeszcze raz poznają sportowców Polski Ludowej. Jest to wspaniały prezent dla wszystkich miłośników sportu w naszym kraju z okazji Trzydziestolecia” – mówi Ciszewski na początku swej relacji. Może był trzeci telefon w tej sprawie. Brazylijczycy, jak to oni, grają futbol trochę cyrkowy, pełen zagrań tyleż widowiskowych, co nieprzewidywalnych. Nasi z początku wyglądają na trochę ogłupionych tymi sztuczkami, ale stopniowo odzyskują animusz, wydaje mi się, że w dużym stopniu za sprawą swego kapitana. Deyna jako jedyny potrafi owinąć sobie dwóch Latynosów wokół dużego palca nogi, a i trzeciemu pokazać przy okazji, gdzie Polak ma plecy. Lato jest tego dnia szybki, jak chyba nigdy dotąd, co rusz wygrywa jakiś sprint na prawym skrzydle. Około trzydziestej minuty po takim sprincie dośrodkowuje na głowę rozpędzonego Szarmacha, który amortyzując siłę uderzenia, czymś w rodzaju tenisowego drop-shota przerzuca piłkę nad bramkarzem, ale i nad bramką.

Żeby nie przedłużać, najważniejsze wydarza się w siedemdziesiątej siódmej minucie. Kontratak Polaków. Lato ma piłkę na środku boiska i Kapkę ustawionego do wyjścia na pozycję. Wszyscy są tak pewni, że Lato poda Kapce, że sędzia liniowy już podnosi chorągiewkę sygnalizując ofsajd Kapki. Tymczasem Lato zaczyna sprint z piłką od połowy boiska, po prostu kopie piłkę przed siebie i zasuwa za nią, omijając łukiem obrońców, zostawia ich za plecami i gdzieś między drugą a trzecią nogą bramkarza znajduje trochę miejsca, żeby trafić do siatki. „Polska medalistą świata”.

Z piłkarzami na mistrzostwach świata w siedemdziesiątym czwartym trafiło się komuchom jak ślepej kurze ziarno coś, na co chrapkę mieli od zawsze, a co w ustroju socjalistycznym udawało się rzadko: wykreowanie pozytywnego bohatera zbiorowego. Oczywiście w tym przypadku bohater wykreował się sam i oczywiście na partyjnych szczytach woleliby, żeby ludową sławę zdobyli i wzór dla młodzieży stanowili ormowcy, murarze albo zetemesowcy, ale na peerelowskim bezrybiu i piłkarzami jako kuźnią idoli nie można było pogardzić. Ich nazwiska stały się znane każdemu Polakowi, a powiedzonka Górskiego i Ciszewskiego weszły do kanonu rozmówek polsko-polskich. I wróćmy na koniec do dzieła anonimowego poety z Krakowskiej Szmelcpaki, który każdemu piłkarzowi z podstawowej jedenastki naszych orłów poświęcił co najmniej ćwierć frazy. Słychać w tym zaczynie epopei narodowej krzyk molekuł języka, tak stanowczo jego zręby domagają się przypór i uzupełnień od przyszłych pokoleń, czyli ode mnie.

„Z Latą Szarmach jest w szeregu, świetny w strzałach, szybki w biegu”. Andrzej Szarmach był asem wyciągniętym z getrów przez trenera Górskiego – przed mundialem zagrał ledwie w trzech meczach towarzyskich, a jednak ostatecznie to on, nie Domarski, zajął w ataku miejsce kontuzjowanego Lubańskiego. Niektórym kibicom, pamiętającym późniejsze lata Szarmacha, kiedy przeszedł do Stali Mielec i zyskał u kibiców przydomek „Stójkowy”, może być trudno uwierzyć w jego młodzieńczą szybkość, ale on ją miał. Kiedy trzeba było zyskać teren, sadził przez las rywali długimi susami z piłką przy nodze; tak samo błyskawicznie potrafił wyjść na wolne pole przed obrońcę, a tu ostatecznym jego argumentem był rzut ciała do przodu i strzał szczupakiem albo wślizgiem. Szczególnie te szczupaki stały się jego znakiem rozpoznawczym i działały na wyobraźnię – efektowniejsze gole strzela się chyba tylko z przewrotki. „W szeregu” z Szarmachem Grzegorz Lato – zdobywca i nosiciel najpiękniejszego tytułu, jakim można obdarować człowieka, w każdym razie człowieka płci męskiej: tytułu Króla Strzelców. Siedem goli w siedmiu mundialowych meczach. I czterdzieści pięć goli dla Polski w całej karierze, tylko Lubański strzelił więcej. Do tego ta jego waleczność i nadludzka wytrzymałość, które jeszcze po trzydziestce kazały mu wracać pod własną bramkę i gryźć się o piłkę z przeciwnikami. Oj, jego nikt nie odważyłby się nazwać „Stójkowym”. „Gadocha pięknie drybluje, rzuty rożne egzekwuje!” Dokładnie tak, ma rację poeta! Gadocha to klasyczny skrzydłowy. Właśnie klasyczny, a takich kochamy najbardziej. Jego codzienna robota to dryblować na skrzydle i wrzucać piłki w pole karne. Charakterystyczne drobienie kroczków bokiem, tak zwanym krokiem dostawnym, a potem gwałtowny zryw, żeby zgubić obrońcę – był w tym genialny. Tak samo w precyzyjnych dośrodkowaniach z rogu. Mieliśmy takich skrzydłowych tylko dwóch, jego i Stanisława Terleckiego trochę później. Gadocha jak mało kto potrafił zmienić w zaletę tę wadę, którą mają wszyscy chłopcy narwani na piłkę – uwielbiał się kiwać. W końcu wykiwał nawet kolegów, ale może to tylko mrzonki małżonki? „Deyna mózgiem jest ataku, do zwycięstwa pcha chłopaków”. Deyna. Dziwny, tragiczny geniusz piłki. „Król środka pola”, czyli tych rewirów, gdzie „piłkarska inteligencja” jest szczególnie w cenie. Ciszewski podczas chorzowskiego meczu z Anglią mówi o Alanie Ballu: „Król środka pola, jak nazywają go w Anglii”. A podczas słynnego, pierwszego w historii telewizji polskiej „połączenia bilateralnego” zaraz po meczu na Wembley, w uniesieniu zwraca się do Deyny słowami: „Güntherze Netzerze, królu środka pola”, biorąc je jeszcze w słyszalny cudzysłów. Potem król środka pola był już tylko jeden.

Ale Deynę raczej się doceniało, niż uwielbiało. To był typ artysty futbolu, a artystów to my za bardzo nie lubimy. Zresztą Deynę trudno było lubić. Już przed meczem, kiedy wychodził na boisko, poruszał się tak, jakby niósł na plecach trzydziestokilowy worek kartofli. I nie była to ta ociężałość w ruchach, którą mieli na przykład Gadocha czy później Boniek, a która znamionowała tylko gotowość do odpalenia w każdej chwili rakiety, jaką ma się w nogach. W końcu o każdym Szybkim Billu Znikąd to jedno jest wiadome, że skoro ociężale zsiada z konia, to znaczy, że zaraz sięgnie po swoją armatę ruchem błyskawicznym, piorunnym. W porównaniu z Gadochą czy Bońkiem, nie mówiąc już o Lacie, Deyna poruszał się w zwolnionym tempie. W dodatku nie miał też takiej gracji, jaką mieli dwaj najwięksi z jego pokolenia, ci, do których też najczęściej go porównywano, Beckenbauer i Cruyff. Może sprawiał to ten jego słynny kaczkowaty chód? Albo te irytujące „kółeczka”, jakie kręcił w miejscu niczym inwalida w kołnierzu ortopedycznym, który nie może zorientować się w aktualnej sytuacji jak człowiek, czyli za pomocą ruchów skrętnych szyi. Ale kto wie, czy nie te kółeczka sprawiały, że cieszył się zasłużoną, choć i wysłużoną opinią gracza, który „wszystko widzi” na boisku. U fachowców, bo pospolitych kibiców drażnił i irytował, co zwieńczyły słynne gwizdy na Stadionie Śląskim, kiedy strzelił Portugalii najbardziej wariackiego z możliwych gola: wprost z rogu. To, że grał w nielubianej przez całą Polskę Legii, było tylko przyczynkiem do śląskiej antypatii, nie jej przyczyną. O nikim z piłkarzy nie krążyło tyle złych plotek, co o Deynie, nawet po kieleckim zadupiu: że dostał w szatni w ryło od Tomaszewskiego, że jest zięciem Ciszewskiego, dlatego ten tak go hołubi w swoich komentarzach… Sam Deyna przeciwnie: pamiętam, że narzekał w jednym z wywiadów pod koniec kariery na brak sympatii ze strony Ślązaka Ciszewskiego, ale taka niechęć mogła mieć miejsce przed 1974 rokiem, potem na pewno nie, mnie też wydawało się nieraz, że Ciszewski przesadza z zachwytem nad jego zagraniami. Ale może Ciszewski po prostu więcej widział niż ja wtedy? Kiedy „powolny” Deyna mijał przeciwnika na boisku, wydawało się, że to jakiś wybryk natury, jednorazowy fuks, przypadek. Ale kiedy mijał drugiego, a potem trzeciego, widać w tym było, że płynność liczy się czasem bardziej niż szybkość, miał to coś, co w jego czasach nie miało jeszcze nazwy, a dziś brzydko nazywa się timingiem. I nie był to jedyny dar, jakim go natura obdarzyła. Jako jeden z naprawdę wówczas niewielu potrafił „przyjąć piłkę ze zwodem”, czyli połączyć w jedno dwa osobne elementy piłkarskiego rzemiosła. To tak, jakby za jednym zamachem siać i kosić. Umiał też zrobić „zwód oczami”, zagrać piłkę w zupełnie innym kierunku niż ten, jaki sugerowało spojrzenie i cała przyjęta postawa, co perfekcyjnie dopracował dopiero Ronaldinho o piłkarskie wieki później. Każdą piłkę, jaką zagrywał, nawet jeśli było to podanie na niewielką odległość, zagrywał z rotacją. Po tym właśnie poznaje się artystę: owszem, mogę jeść łyżką byle jak wydziabaną siekierą z kawałka drewna, ale mnie korci, żeby ją wyrzeźbić w rusałki i inne ornamenta, mogę kopnąć piłkę zwyczajnie i ona dojdzie do celu, ale mnie korci, żeby i to zrobić na swój sposób, z finezją.

Ale dosyć o Deynie. „Przy nim Maszczyk, klasa duża, z Kasperczakiem prą jak burza!” Maszczyk to kolejny zawodnik, który do autobusu z napisem „Na mundial po medal” wskoczył w ostatniej chwili – na miejsce Ćmikiewicza. Obaj z Kasperczakiem mieli podobne zalety co Deyna, tylko nie tak rozwinięte. W każdym razie potrafili, jeśli trzeba było, „wziąć ciężar gry na siebie”, ale woleli, kiedy dźwigał go Deyna – może dlatego obaj grali nieco zgarbieni, jak generałowie przemykający po polu bitwy pod ostrzałem, próbujący się upodobnić do szarych szeregowców. Maszczyk świetnie podawał, potrafił też i lubił strzelać z dystansu – właściwie miał pecha, że nie zdobył żadnego gola w trakcie tych finałów. „Szymanowski zaś z Gorgoniem dają koncert na obronie”. Antoni Szymanowski – wzór obrońcy nowoczesnego, potrafiącego się podszyć pod skrzydłowego. Słynne „rajdy prawą stroną”. I chyba najdłuższe włosy w drużynie. Wreszcie Jerzy Gorgoń, zwany po indiańsku „Białą Górą”. Gorgoń. To marzenie, które chłopcy mają od małego: żeby ktoś duży ich bronił. Typowy „wymiatacz”, jak się dawniej określało stopera. Gorgona, pod której spojrzeniem truchleli najwięksi światowi napastnicy. To on w imieniu tych wszystkich Wilczków i Kmiecików, za ich krzywdy i niedowzrost wymiatał spod naszej bramki jak śmieci Fabiów Capellów i Gerdów Müllerów… Skała i opoka. Gargantua naszego pola karnego, opędzający się od piłek mknących ku naszej bramce z siłą kul armatnich jak od natrętnych much. W trudnych chwilach wystarczało na niego spojrzeć i od razu zyskiwał człowiek otuchę. „Władek Żmuda też z Musiałem są obrońców ideałem”. Dwudziestoletni Żmuda, który tak jak Szarmach wcześniej grał tylko w meczach towarzyskich, okazał się doskonałym uzupełnieniem Gorgonia na środku obrony. Równie wysoki, ale nie tak potężnej postury, podobnie jak Gorgoń zawsze pozostawał niewzruszony, co by się wokół nie działo. Byli filarami naszej defensywy, i tak też wyglądali. Po prostu pomnikowe postacie. A z boku Adam Musiał. Ten prostolinijny krakowski harpagon i zabijaka był jednocześnie najpiękniej przepraszającym obrońcą świata. Zawsze po tym, jak omal nie urwał przeciwnikowi nogi albo nie wdeptał go w ziemię, grzecznie zaplatał dłonie z tyłu, stawał na baczność przed sędzią i zamiatał przed nim murawę bujną grzywą. „Wreście ten, co w Wimbledonie każdą piłkę łapał w dłonie, Tomaszewski, nasz Zamora, w bramce potężna zapora!” Tutaj poecie pomyliły się dwie słynne areny, Wimbledon i Wembley, ale mniejsza o to, nie szkoda lasu, kiedy niesie się komuś róże, dobrze że Fibaka nam nie wstawił do bramki. W bramce najlepiej mieć szaleńca, dzisiaj wie to każdy trener LZS-u, ale w czasach, o których mówimy, nie była to jeszcze wiedza powszechna. Tomaszewski, pyszałkowaty zarozumialec, dokonywał między słupkami rzeczy niemożliwych, których by nie dokonał, będąc zakompleksionym skromnisiem. A tysiące zakompleksionych skromnisiów, grubasów, pokrak i zakał klasowych zawdzięczają mu szansę rehabilitacji. Wiadomo, że od niepamiętnych czasów na bramce stawiało się największe ofermy, z których nie mogło być żadnego innego pożytku. A teraz okazało się, że każdy taki łamaga może okazać się herosem godnym szacunku ze strony drużyny, poklepywania po plecach a nawet, o Jezu, oklaskiwania przez dziewczęta.

Mistrzostwa się skończyły, ale we mnie miały jeszcze trochę potrwać. Wiele z tamtych przeżyć, małych i dużych, zostało we mnie na zawsze. Wiele nauczek. Na przykład na przykładzie Laty uczyłem się od Ciszewskiego odmiany własnego nazwiska, polskiego i zakończonego na o. Przez dziesięciolecia pamiętałem wszystkich strzelców bramek dla Polski, ostatnio tylko nie jestem już pewien tych z meczu z Haiti, bo trochę za dużo ich było. I niechaj nikt nie myśli, że to pusta, bezpożyteczna wiedza. Jeszcze w waszym zarobaczonym, wyzutym z zasad XXI wieku mi się przydała, i to w sytuacji podbramkowej. Proszę bardzo, opowiem. Podróżowaliśmy z kumplem na rowerach przez Albanię. Podczas takich wojaży najbardziej męczące są długie podjazdy i w kółko te same rozmowy z autochtonami. W Albanii rozmowy męczą nawet bardziej, bo ludzie znają tam tylko albański i włoski. No i pewnego razu siedzimy w krzakach nad rzeką, rozważając sprawy ostateczne takie jak dętka czy bidon, a tu przez krzaki przedziera się albański krajowiec. Z daleka widać, że będzie chciał rozmawiać, dotykać rowerów i w ogóle. Już dużo wcześniej życie nas nauczyło, że najlepszym sposobem na zniechęcenie takiego jest pogrążenie się w zapamiętałej dyskusji między sobą. Ale jeśli będziemy dyskutować w obcym mu języku, to go tylko jeszcze bardziej zaciekawi i zachęci. Krótko mówiąc, potrzeba chwili była taka, żeby szybko zacząć rozmawiać o czymś po albańsku, nie znając tego języka. I wtedy właśnie duch futbolu wziął w posiadanie mój język i jął przemawiać poprzez moje usta:

– Leao! – rzekłem i szybko narysowałem patykiem prostokąt na ziemi i zaznaczyłem punkt, w którym stoi bramkarz.

– Co? – powiedział mój towarzysz.

– Leao – powtórzyłem i zaraz zaznaczyłem patykiem cztery kolejne punkty. – Mario Marinho, Perreira, Ze Maria, Marinho Chagas.

– Aha – odparł Andrzej po albańsku. Niezrażony jego miną ciągnąłem:

– Paulo Cesar Lima. Rivelino!

I wyraziście cmoknąłem powietrze, aby wyrazić mój podziw dla Rivelino, jego wąsów, jego zwodów i strzałów z rzutów wolnych.

– Paulo Cesar Carpegiani.

Wyglądało na to, że mój rozmówca zaczyna rozumieć, choć nie zaczyna rozmawiać, więc wyciągnąłem z kieszeni trzy ostatnie asy, delektując się samym brzmieniem nazwisk, jak i głęboką treścią, która za każdym z nich się kryła.

– Jairzinho! Valdomiro! Dirceu.

Albańczyk ukłonił nam się grzecznie i podreptał w stronę rzeki krokiem stanowczym, jakby zamierzał się utopić. Jeszcze kiedy się oddalał, widziałem w jego oczach podziw dla dwójki rodaków, którzy po trzech dekadach z takim znawstwem rozpamiętują skład magicznej jedenastki brazylijskiej z lat siedemdziesiątych.

Piłkarze. Najpierw są kimś bardzo dla nas ważnym. Tworzymy ich sobie jak laleczki voodoo z wosku ich ciał i z popiołu naszych pragnień. Są naszymi reprezentantami w znaczeniu mającym niewiele wspólnego z reprezentacją kraju. Więcej, są nami samymi, tylko od nas lepszymi. Po upływie pewnego czasu zostają z nich tylko nazwiska, jak na cmentarzach. Na poświęconej bogini Statystyce stronie „European Football” już na nich czeka uprzejma wieczność, puste prostokąty w rubryce „Died”.

Znajomy głos, może Bogdana Chruścickiego, komentował z Okęcia powrót bohaterów. „Spoglądam tam teraz, proszę państwa, za maleńkie okienka tego olbrzyma, widzę tam już twarze naszych polskich zawodników. Po lewej i po prawej stronie mnóstwo młodzieży, mnóstwo przedstawicieli Warszawy, warszawskich zakładów pracy, za chwilę odbędzie się powitanie piłkarzy triumfalnie powracających z Dziesiątych Piłkarskich Mistrzostw Świata. Oto podchodzimy teraz do schodków, które już są przy tym olbrzymie, z prawej i lewej strony mnóstwo, mnóstwo dziewcząt z kwiatami, mnóstwo przedstawicieli młodzieży, ZMS-u, ZHP i w tej chwili milknie już ostatni silnik Iła-62. Otwierają się, proszę państwa, już drzwi, widzimy nasze polskie stewardessy, widzimy także przygotowującego się do wyjścia trenera Kazimierza Górskiego, a tuż za nim prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Jan Maj, na razie widzimy tylko te dwie osoby.

Jan Maj! Za nim Kazimierz Górski, a tuż za nim Kazimierz Deyna z pięknym złotym pucharem! Wita się właśnie z córką…”

Tu słychać głosy córki i żony, i słychać, że pani Deynowa mówi do męża: „Kaziulku”.

„Kazimierz Deyna, w dalszym ciągu w objęciach swojej rodziny, kapitan polskiego zespołu…

A oto, proszę państwa, widzimy już pozostałych polskich zawodników, którzy wychodzą z samolotu i za chwilę odbędzie się uroczyste powitanie”.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter