70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Interpretacje interpretacji

Spór o interpretację interpretacji, który od kilkudziesięciu lat zaprząta uwagę najtęższych umysłów współczesnej humanistyki, wciąż nie przestaje rozpalać gorących debat, namiętnych polemik i odkrywczych konferencji. Jakie są możliwości i granice interpretacji? Na czym polega proces czytania i rozumienia tekstów? Kto podczas lektury odgrywa rolę uprzywilejowaną: autor, czytelnik czy tekst? Co sprawia, że niektóre interpretacje uznajemy za trafne, inne zaś odrzucamy jako nieuprawnione?

Oto zaledwie garść dylematów, które w 1990 roku stały się przedmiotem jednej z najsłynniejszych konferencji w dziejach dwudziestowiecznych teorii literatury. Mowa, rzecz jasna, o prestiżowych Wykładach Tannerowskich, które przed osiemnastu laty wygłosił w Cambridge Umberto Eco – postać nietuzinkowa, doskonale znana, której przedstawiać nie trzeba. Zapis wykładów, a także gorące polemiki trzech największych antagonistów Umberta Eco – Richarda Rorty’ego, Jonathana Cullera i Christine Brooke-Rose – zostały zebrane przez Stefana Colliniego pod jedną okładką opatrzoną tytułem Interpretation and overinterpretation. Dzięki Tomaszowi Bieroniowi, który dokonał przekładu, a także dzięki wydawnictwu Znak, które wznowiło dawno już wyczerpany nakład tej cennej książki, możemy po raz kolejny wsłuchać się w błyskotliwe analizy i intelektualne świadectwa składane przez czołowych przedstawicieli współczesnej humanistyki. 

Intentio operis – kość niezgody

Opowieść na temat teorii interpretacji Umberto Eco inauguruje wyznaniem, które zdradza pewien niepokój i zakłopotanie, a zarazem – o czym świadczą kolejne akapity wykładu – określa kierunek i strategię dalszej argumentacji. „Odnoszę wrażenie – powiada Eco – że w ostatnich dziesięcioleciach kładzie się nadmierny nacisk na prawa interpretatorów”[1]. Uważny czytelnik, który linijka po linijce śledzi tekst, a także posiada podstawową wiedzę z zakresu teorii literatury, z łatwością odgadnie pozycję, na której Eco będzie próbował się okopać. Poprzez erudycyjne analizy historii różnych strategii czytania tekstu, intencja wybitnego semiologa będzie zmierzać w stronę ograniczenia „radykalnie czytelniczych teorii interpretacji”. Lektura tekstu – o czym przekonany jest Eco – nie jest czynnością, która byłaby wolna od wszelkich ograniczeń, która zwalniałaby czytelnika z przestrzegania granic wytyczonych przez autora i tekst, która tym samym byłaby siłą napędzającą „nieprzerwany korowód interpretacji”[2]. Błyskotliwa, choć zarazem mocno kontrowersyjna parafraza słów św. Augustyna – lege et quo vis fac! – z pewnością nie zyskałaby uznania w oczach Umberta Eco, który kamieniem węgielnym swojej teorii interpretacji uczynił tezę: „Istnieje intencja tekstu”[3]. Innymi słowy, znaczenie tekstu – zgodnie z jego wykładnią – nie stanowi wyłącznie funkcji świadomości czytelnika, ale okazuje się wypadkową trzech wzajemnie na siebie oddziałujących źródeł znaczenia: intencji tekstu (intentio operis), intencji czytelnika (intentio lectoris) i intencji autora (intentio auctoris). Interpretacja ma zatem jasno określone granice, które czytelnik – jeśli tylko żywi aspiracje trafnego odczytania tekstu – winien uszanować. Rozwiązanie, które proponuje Eco, polega na równoczesnym uznaniu trzech wyżej wspomnianych rodzajów intencji, które dotychczas na ogół rozdzielano, uważając, że tylko jeden z nich może odgrywać rolę rozstrzygającą o poprawności interpretacji. Któż z nas nie pamięta z lekcji języka polskiego sakramentalnego pytania: „Co autor miał na myśli?”. Dla Umberta Eco postawienie kwestii znaczenia tekstu w ten sposób okazuje się niewystarczające, ponieważ nie tylko autor, lecz także tekst i czytelnik stanowią jednakowo ważne i uzupełniające się przesłanki sensu. W praktyce oznacza to, że podczas czytania powinniśmy w równej mierze zwracać uwagę na zamysł autora, strukturę dzieła i to wszystko, co jako czytelnicy możemy „wnieść” do dzieła dzięki własnej kompetencji. Argumentacja rozwijana przez autora Imienia róży jest dodatkowo wzmocniona tym, że – jako pisarz i teoretyk literatury w jednej osobie – ma on uprzywilejowaną perspektywę, która pozwala mu konfrontować konstruowane przez siebie teorie z konkretnymi przypadkami mniej lub bardziej trafnych interpretacji swoich powieści. Dzięki tej wyjątkowej pozycji lektura jego wykładów staje się w pewnym momencie wprost ekscytująca: „Proszę – zwraca się do słuchaczy Eco – żeby nie mówili państwo nikomu o tym, co się dziś stanie: prowadzimy nieodpowiedzialną zabawę, jak fizycy atomowi, którzy sprawdzają niebezpieczne scenariusze i okryte tajemnicą gry wojenne. Zamierzam więc dzisiaj, jako królik doświadczalny i naukowiec w jednej osobie, zrelacjonować państwu moje reakcje na niektóre interpretacje dwóch napisanych przeze mnie powieści”[4].

Richard Rorty – pierwszy z adwersarzy Umberta Eco, którego polemikę odnajdujemy w omawianej książce – bynajmniej, jak łatwo można się domyślić, nie zgadza się na wykładnię interpretacji zaproponowaną przez swojego przedmówcę. Jak przystało na zdeklarowanego pragmatystę, który niegdyś – nota bene wraz ze Stanleyem Fishem – wprowadził pryncypia pragmatyzmu w pole badań teoretycznoliterackich, Rorty jednoznacznie stwierdza, że „cokolwiek z czymś robimy, zawsze tego czegoś używamy. Interpretowanie czegoś, poznawanie czegoś, docieranie do istoty czegoś i tak dalej – są to wszystko jedynie różne deskrypcje jakiegoś procesu użycia tej rzeczy”[5]. Postulat Umberta Eco, by starannie rozróżniać interpretowanie i używanie tekstów, stał się prawdziwą kością niezgody, która przyczyniła się do zdecydowanej polaryzacji stanowisk obu pisarzy. O ile Eco stanowczo opowiadał się po stronie różnicy między tekstem i czytelnikiem, między intentio operis i intentio lectoris, o tyle Rorty za punkt honoru postawił sobie „rozmycie” tego rozróżnienia. Jeśli rzeczywistość – zgodnie z fundamentalnymi tezami pragmatyzmu – nie istnieje niezależnie od umysłu i języka, a jej poznanie oznacza zarazem jej tworzenie, wówczas nie sposób przystać na istnienie intentio operis, czyli innymi słowy źródła znaczenia niezależnego od jakiejkolwiek subiektywności. W przekonaniu Rorty’ego, wszelkie aspiracje, które motywują czytelnika do poszukiwania odpowiedzi na pytania w rodzaju „o czym dany tekst jest naprawdę?”, okazują się pozbawione sensu, zgodnie z deklaracją pragmatystów: „sąd, że istnieje coś, o czym dany tekst jest naprawdę, coś, co zostanie odsłonięte dzięki rygorystycznemu zastosowaniu jakiejś metody, my, pragmatyści, uważamy za tak samo niedobry jak ideę Arystotelesa, zgodnie z którą istnieje coś, czym substancja jest w sposób prawdziwy i istotny, a nie tylko pozorny, przypadłościowy czy relacyjny”[6]. Czytanie nie jest zatem żmudnym procesem przemierzania kolejnych linijek tekstu w poszukiwaniu tego, co autor bądź tekst „chciał tak naprawdę powiedzieć”; czytanie jest całkowicie spontaniczną praktyką, wolną od jakichkolwiek rygorów. „Wydaje mi się zatem – puentuje Rorty – że prościej byłoby anulować rozróżnienie między użyciem i interpretacją tekstu, a rozróżniać jedynie między użytkami, jakie różni ludzie czynią z tekstu do różnych celów”[7].

Tytuł polemicznego głosu Jonathana Cullera, W obronie nadinterpretacji, mówi sam za siebie – na wstępie zdradza najgłębsze brzmienie tekstu. Rzeczywiście, w sporze o teorię interpretacji Culler odsłania oblicze płomiennego apologety nadinterpretacji. „Sama interpretacja – jak czytamy w zapisie wykładu – obrony nie potrzebuje. Towarzyszy nam zawsze, lecz podobnie jak większość innych obszarów działalności intelektualnej, jest ciekawa tylko wtedy, kiedy jest skrajna”[8]. Jedynym kryterium rozstrzygającym o poprawności odczytania tekstu nie jest zatem swego rodzaju „gra” pomiędzy intentio operis, intentio auctoris i intentio lectoris, lecz atrakcyjność i skrajność danej interpretacji. Dzięki „ekstremalności” lektury – jak przekonuje Culler – możemy „rzucić światło na związki lub implikacje dotąd niezauważane lub nierozpatrywane”. Nadinterpretacja nie stanowi zwyrodniałej postaci interpretacji, którą należałoby odrzucić w imię ocalenia „Jedynej Prawdziwej Wykładni”, ale – zdaniem adwersarza Umberta Eco – stanowi praktykę zadawania tekstowi takich pytań, które choć nie są konieczne do normalnego porozumiewania się, to jednak umożliwiają nam refleksję nad mechanizmami komunikacji. Dlatego też Culler – chcąc zrzucić bagaż negatywnych konotacji obciążający pojęcie nadinterpretacji – odwołuje się do badań Wayne’a Bootha i proponuje zastąpić tradycyjną opozycję interpretacja–nadinterpretacja opozycją rozumienie–nadrozumienie. Jeżeli interpretacja polega na odtwarzaniu intencji tekstu, a rozumienie polega na stawianiu pytań, których domaga się tekst, to nadrozumienie – wyjaśnia Culler – „polega na rozpatrywaniu pytań, których tekst nie stawia swemu czytelnikowi modelowemu”[9]. Podnoszenie tego rodzaju kwestii, do których sam tekst nie zachęca, może być bardzo istotne i produktywne. Takie pytania powinny inspirować nasze myślenie w kierunku poszukiwania tego, „co tekst robi i w jaki sposób; jak odnosi się do innych tekstów i innych praktyk; co ukrywa lub tłumi; co prowokuje lub sugeruje. W wielu ze swych najciekawszych form – argumentuje dalej Culler – nowoczesna krytyka nie pyta, co dzieło ma na myśli, lecz o czym zapomina; nie pyta, co tekst mówi, lecz o czym nie mówi jako o sprawach dlań oczywistych”[10]. Jako przykład, który dobitnie ilustruje praktykę nadrozumienia, Culler przywołuje fragment znanej bajki o trzech świnkach. Podstawowe pytanie, które można by zadać po przeczytaniu takiego oto cytatu: „pewnego razu były sobie trzy świnki”, brzmiałoby zapewne: „I co się stało?”. Byłoby to zatem pytanie, którego domaga się tekst; pytanie o dalszy rozwój opowieści, ewentualnie o chronologię zdarzeń czy też ogólną charakterystykę bohaterów. Tymczasem – powiada Culler, in extenso cytując Bootha – o wiele ciekawsze i bardziej inspirujące jest sformułowanie pytań, które nie zmierzają do odtworzenia intencji tekstu, ale wydobywają z tekstu to, czego on sam powiedzieć nie chce:

Co masz do powiedzenia, ty, pozornie niewinna bajko dla dzieci o trzech świnkach i niedobrym wilku, na temat kultury, która cię przechowuje i reaguje na ciebie? Na temat nieświadomych pragnień autora lub ludu, który cię stworzył? Na temat historii suspensji narracyjnej? Na temat stosunków pomiędzy jaśniejszymi i ciemniejszymi rasami? Na temat ludzi dużych i małych, włochatych i łysych, chudych i grubych? Na temat schematów triadycznych w dziejach człowieka? Na temat Trójcy? Na temat lenistwa i pracowitości, struktury rodziny, architektury ludowej, obyczajów kulinarnych, norm sprawiedliwości i zemsty? Na temat dziejów manipulowania narracyjnym punktem widzenia w celu wywołania współczucia? Czy jest dobre dla dziecka, żeby cię co wieczór czytało lub słuchało? Czy takie historie jak ta będą dozwolone – czy powinny być dozwolone – kiedy zbudujemy nasze idealne państwo socjalistyczne? Jakie są implikacje seksualne tego komina – czy tego wyłącznie męskiego świata, w którym nigdy nie wspomina się o seksie? Co znaczą te wszystkie parsknięcia i prychnięcia?[11]. 

Filologia świata

Choć mogłoby się wydawać, że spór o interpretację interpretacji jest niewiele znaczącą potyczką, która w najlepszym wypadku zaprząta umysły skłonne do wysoce abstrakcyjnych spekulacji, to jednak jeśli przypomnimy sobie Heideggerowski gest przesunięcia kategorii rozumienia z dziedziny epistemologii w dziedzinę ontologii, okaże się, że spór toczy się o stawkę najwyższą. Jeśli współczesna hermeneutyka powiada, że rozumienie określa samo bycie, jeśli – mówiąc inaczej – istniejąc, nieustannie interpretujemy otaczający nas świat, to debata tocząca się wokół interpretacji bynajmniej nie jest debatą mało istotną. „Tekst świata – jak pisze Marcia Schuback – to fascynujące wyrażenie. Rozumienie świata uzyskuje coraz częściej znaczenie odnoszenia się do świata, tak jak odnosimy się do tekstu. Filozofia, o ile domaga się rozumienia świata, określa się na nowo jako odczytywanie świata i interpretowanie świata”[12]. Interpretacja odgrywa dziś rolę pierwszoplanową, ponieważ właśnie od rozstrzygnięć dotyczących wewnętrznej struktury interpretacji zależy nie tylko rozumienie tekstów, ale nade wszystko rozumienie samej rzeczywistości. Pasjonująca debata, której świadectwem jest omawiana książka, proponuje nam w gruncie rzeczy nie tyle trzy różne sposoby czytania tekstów, ile raczej trzy różne sposoby „czytania świata”. Obecność sensu, której tak bardzo pragniemy, zależy od strategii rozumienia, jaką przyjmiemy za własną. O czym mówi mi świat? O nicości? O pełni? Gdzie bije źródło jego znaczenia? Kto jest „autorem”, a kto „czytelnikiem”? Na czym polega właściwa lektura „tekstu świata”? Problem interpretacji nie jest zatem problemem teoretycznoliterackim; problem interpretacji to problem na wskroś egzystencjalny. Taka – jak sądzę – jest najgłębsza wymowa polemiki, która wywiązała się pomiędzy Umberto Eco i jego adwersarzami. 


Umberto Eco, Richard Rorty, Jonathan Culler, Christine Brooke-Rose, Interpretacja i nadinterpretacja, red. Stefan Collini, tłum. Tomasz Bieroń, Kraków 2008.


[1] U. Eco, Interpretacja i historia, w: U. Eco i in., Interpretacja i nadinterpretacja,red. S. Collini, przeł. T. Bieroń, Kraków 2008, s. 28.

[2] U. Eco, Pomiędzy autorem i tekstem, w: U. Eco i in., Interpretacja…, s. 90.

[3] U. Eco, Interpretacja…, dz. cyt., s.30.

[4] U. Eco, Pomiędzy autorem…, dz. cyt., s. 83.

[5] R. Rorty, Kariera pragmatysty, w: U. Eco, R. Rorty, J. Culler, Ch. Brooke-Rose, Interpretacja…, dz. cyt., s. 106.

[6] Tamże, s. 116–117.

[7] Tamże, s. 120.

[8] J. Culler, W obronie nadinterpretacji, w: U. Eco i in., Interpretacja…, dz. cyt., s. 125.

[9] Tamże, s. 130.

[10] Tamże, s. 131.

[11] W. Booth, Literary Understanding. The Power and Limits of Pluralism, Chicago 1979, s. 243, w: U. Eco i in., Interpretacja…, dz. cyt., s. 130.

[12] M. Schuback, Pochwała nicości. Eseje o hermeneutyce filozoficznej, tłum. L. Neuger, wstępem opatrzył M.P. Markowski, Kraków 2008, s. 59.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata