70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Allegro moderator (1)

Piętnastego lipca 1965 roku o szóstej rano było już cieplutko. Sam środek lipca, sam środek lata, sam środek wakacji. Słońce zaczęło grzać, ale budynek dworca jeszcze był zimny w środku, a rześko ryczące autobusy i snujący się wokół wcale liczni pasażerowie wciąż jeszcze ciągnęli za sobą nienaturalnie duże cienie.

Sporo cienia leżało nawet przy wyrwanych z kontekstu, dwumetrowej długości krawężnikach wyznaczających miejsca, do których dobijały niebieskie autobusy karnie odjeżdżające każdy z własnego stanowiska. Pan Janusz miał prawie pół godziny do odjazdu do Opatowa. Ustawił się w słonecznej plamie, nerkami do nieba, żeby podgrzać akumulatory, zapalił i po raz piętnasty ziewnął. Odprowadzał wzrokiem samicze sany i samcze jelcze krążące po placu manewrowym i miał nadzieję, że trafi mu się jelcz. O tej porze na pewno uda mu się zabrać, tym bardziej że zjawił się z dużym wyprzedzeniem, ale jelcz to zawsze jelcz. I więcej ludzi pomieści, i na masce silnika koło kierowcy można przysiąść w razie czego, i sam silnik więcej może. Silnik sana bzyczy, silnik jelcza ryczy. Myśl pana Janusza wróciła jeszcze do znajomego, którego spotkał przed chwilą. W tym samym czasie Elke i Michael, dwoje enerdowskich turystów w polskich Tatrach pakowało sobie jajka na twardo na całodzienną wycieczkę na Rysy, za chwilę, ubrani nieodpowiednio i nieodpowiedzialnie, mieli się pocałować i wyruszyć na szlak. Wakacje, powiedział Michael w radosnym zamyśleniu, i dodał coś dalej, ale nie wiadomo co, bo mówił po niemiecku. Pan Janusz podszedł do kiosku “Ruchu” z zamiarem kupienia gazety. Jego przekrwione oko padło na wystawione za szybą widokówki i poczuł się na tyle uroczyście, że postanowił wysłać kartkę przyjacielowi. Prawie nigdy tego nie robił, pisanie nie było jego mocną stroną, ale z zadowoleniem pomyślał, że zabije przy okazji dobre dziesięć minut zbędnego czasu. Nie przyszło mu do głowy wysłać pocztówki żonie, gdyż pan Janusz żony nie miał. A jeśli nawet miał, to ich pożycie układało się w sposób, który Amundsenowi kazał szukać szczęścia w arktycznych lodach.

– To ja poproszę sporty…

– Trzy pięćdziesiąt.

– I “Słowo Ludu”… I daj mi pani tą pocztówkę, o… O, tak, tą. Znaczek do niej ile będzie kosztował?

– Czterdzieści groszy. Na list by kosztował pięćdziesiąt, ale na pocztówkę to czterdzieści. Coś jeszcze?

– Nie, wystarczy.

W tym samym czasie w Izabelinie ksiądz Aleksander Fedorowicz, dobry proboszcz Ali, witał się już ze śmiercią. Cierpiał, ale starał się z tym cierpieniem pogodzić. O wiele gorszy od cierpienia był strach. Rak. Tyle razy słyszał to słowo, tyle razy sam je sobie powtarzał przez ostatnie lata, a ani trochę się z nim nie oswoił. “Chory jest jak miasto otwarte po kapitulacji” – przypomniał sobie własne słowa, które skreślił w jakimś liście z odrobiną dumy, świadomy, że wyraża właśnie złotą myśl.

M u s i a ł o  być ciepło, skoro w wysokich Tatrach szwargoczący miłosne szlagworty turyści ruszyli w góry w samych koszulkach, tak lekkich, że pod wieczór od zamarznięcia będzie ich ratował oddział goprowców. Zapowiedziano niewyraźnym głosem odjazd autobusu i znaczek pan Janusz naklejał już w pośpiechu. Liznął drugą stronę statku skandynawskiego z IX wieku i przycisnął go w wyznaczonym miejscu tak niedbale, że prawy dolny rożek znaczka wystawał nieco poza pocztówkę. Spraw, dobry Boże, żeby pan Janusz przejechał szczęśliwie tych trzydzieści kilometrów do Opatowa, i niech los nie przeciąga struny, która porządnego chłopa może zmienić w złoczyńcę albo wariata, niech spotka tam kobietę, która go pokocha i obdarzy potomstwem, choćby nielicznym, aby jego córka mogła kiedyś, kiedy w młodzieżową modę wejdzie korzystanie z “mowy znaczków”, nakleić na kopercie znaczek mocno przekrzywiony w lewo, z wystającym rożkiem, dając adresatowi słodką prawie pewność, nawet jeżeli w środku będzie napisane “Piszę tylko dlatego, że nudzę się na lekcji, no i zostawiłeś to lusterko z Braderhud of Men i nie wiemy, co mamy z nim zrobić?!”

Czy to, że jakieś rzeczy dzieją się w tym samym czasie, wiąże je ze sobą mocniej, niż gdyby działy się w odległych od siebie epokach? Jakoś je spaja ta jednoczesność? Żyje się ze straszną świadomością, że w tej właśnie chwili, kiedy karmisz rybki akwariowe lub dopuszczasz się miłej małżeńskiej zdrady z sąsiadką, tylu i tylu rozstaje się z tym światem pośród takich tortur, że nie są nawet w stanie pożegnać się z własnym życiem. A o udręczeniach minionych myśli się już nieco inaczej, jakby były mniejsze lub przynajmniej miały mniejszy związek z nami. Sumienie nie powie ci w takim przypadku: “Tam konają dzieci oblane napalmem, a ty karmisz z sąsiadką rybki”. Te dzieci już skonały. Ale czy mają koniec ich męczarnie? Dreszcz przeszedł mnie kiedyś, kiedy uświadomiłem sobie, że jadąc z Przemyśla do Warszawy Ryszard Siwiec musiał przecież przejeżdżać kilometr czy dwa od domu, w którym spałem, niebieskooki czteroroczniak pod niezliczonymi i nieskończenie odległymi gwiazdami, nie wiedzący, że są na wyciągnięcie ręki i że jest na nich życie.

Michael człapał za Elke w sandałach i co jakiś czas wieszał swe spojrzenia na jej biodrach. Ksiądz Ali wydał ostatnie tchnienie. Z internetu nie wynika, aby coś jeszcze wydarzyło się w kraju tego dnia, poza tym, że wydano kilka ustaw czy innych nieważnych aktów prawnych. Pocztówka z “widokiem ogólnym” Ostrowca Świętokrzyskiego wpadła do skrzynki dając dźwięczny, ogólnikowy odgłos, bo skrzynka była pusta. Ojciec dziarsko przemaszerował obok ulicą Hanki Sawickiej; tak się maszeruje do roboty, którą się ceni; był już trochę spóźniony, ale szanowano go w bazie PKS-u i nikt mu złego słowa nie powie. Czepiam się nadziei, że niósł w aktówce jakieś drugie śniadanie, bo akt na pewno nie. Jako dyspozytor miał na głowie tysiąc spraw i raczej miał przed oczami mapę wszystkich dróg województwa, jednak nie można tak całkiem wykluczyć, że rozmarzał się na temat swojego synka, który, jasnowłosy i pulchny, ziewając albo z głodu rozdziawiał dziób w wózku o kształtach młockarni na małych kółeczkach, półtora kilometra bliżej i ledwie dwadzieścia minut wcześniej, bo Ojciec szybko chodził. Człowiek jest sentymentalną świnią.

“Nowe życie wejdzie w niego różnymi drogami”.

Na odwrocie pocztówki widnieją następujące informacje: “OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI. Widok ogólny. Fot. K. Jabłoński. Wykonano: PTTK – Zagład Wytwórczy Foto Pam Jasło”. Ciekawe, że informacje umieszczane na pocztówkach nigdy nie są wystarczające; owszem, dużo miejsca na te informacje nie ma, ale i tak wydaje mi się, że ktoś ma w tym jakiś ukryty cel.

Widok ogólny jest nieszczególny. Na czarno-białym zdjęciu zrobionym z wysokości, być może z wieży kościoła, widać domy ustawione wokół placu Wolności bezładnie, jakby je budowano z klocków pochodzących z co najmniej kilku kompletów. Dachy kryte są częściej papą niźli dachówką, na niektórych widać łaty, dramatyzm budowlanego patchworku podkreśla zbyt kontrastowe zdjęcie. Przez ten przesadny kontrast ciemna postać na cokole bezsensownie górująca nad placem jest prawie niewidoczna na tle ciemnej plamy drzewa. Akurat to drzewo jest dość wyrośnięte, jak dużo starszy brat pozostałych drzewek, którymi obsadzono trzy boki rynku, bo plac Wolności jest właśnie rynkiem. Niewiele z nich tak potem wyrosło, może parę sztuk się ostało z pomysłu planisty, który plac Wolności widział najwyraźniej jako oazę zieleni. Kamienice w rynku mają najwyżej cztery piętra razem z parterem, za nimi jest płasko jak na morzu, nie piętrzą się na razie kanciaste bałwany bloków. Cisza przed urbanistyczną burzą, przed wielkopłytowym tsunami, które zmiecie z rozległych podmiejskich prerii chłopców strzelających z łuków, dziewczęta grające w gumę i dzikie gąszcze, gdzie chętnie kładły się, aby zdechnąć, stare bezdomne psy. Po przeciwnej stronie niż pomnik jest jeszcze mała scena z betonu do występów pod gołym niebem. Powstała dzięki wkuciu się w nasyp, bo przed wypoziomowaniem, wyłożeniem brukiem i ochrzczeniem najbardziej tandetną nazwą, plac lekko się wznosił w kierunku, który zapamiętałem jako północny, choć może to być optyczne złudzenie pamięci. Z tej nierówności zachowała się nazwa Górna Połać na określenie rejonu slumsów ukrytych za tą właśnie pierzeją, od zawsze zamieszkiwanych przez Cyganów. “Od zawsze” oznacza zapewne w tym przypadku od powojnia, wcześniej musieli tam mieszkać Żydzi. Zadziwiająca stałość jak na nomadów.

Konsekwencją dużego kontrastu jest podział fotografii na oślepiająco jasny, jak w meksykańskich miasteczkach w samo południe, romb placu, i mroczne strefy okolicznego cienia, z których wycinają się tylko jaskrawą bielą te ściany budynków, na które pada blask słońca. Dopiero po dłuższym wpatrywaniu się w obrazek zauważyłem furmankę, która oddala się od rynku Okólną i za chwilę zniknie za budynkiem w prawym dolnym rogu. Furmanka jest załadowana jakimiś gratami, zaprzężona w dwa konie. Koła jeszcze nie ogumione, okute blachą i z drewnianymi szprychami, jak takie koła potrafiły się tłuc na kocich łbach, i jak trzęsło! Gapiąc się na furmankę wypatrzyłem też napisik “Obuwie” nad drzwiami, które minęła, i skrytą w cieniu obok postać z rowerem pod słupem elektrycznym. Choć to samo centrum miasta, słup jest jeszcze z tych drewnianych, czarnych od pokostu czy innego środka konserwującego, z białymi fajkami izolatorów u szczytu. Izolatory były białe i bywały niebieskawe lub zielonkawe, z wczesnego dzieciństwa pamiętam ich obły kształt w dłoni, pewnie w okresie wymiany drewnianych słupów na betonowe walały się wszędzie… Ale nie nadawały się do żadnej zabawy poza rzucaniem o ścianę.

Widokówka jest adresowana do Józefa, który mieszka w Gdyni. “Ostrowiec, godz. 6 rano, 15.7. O godz. 16.20 ruszyłem na Łódź sprzesiadką w Kutnie noi Łodzi. Tłoku niebyło, pogoda ładna, w Brodnicy było 35 stopni. Spotkałem tu przed P.K.S. Tadka, szedł do pracy. Trochę pogadaliśmy i czekam na P.K.S. do Opatowa, a jest co pół godziny. Z Pozdrowieniami, Janusz”.

Oczywiście pan Janusz mógł być homoseksualistą i jego zażyłość z panem Józefem z Gdyni mogło cementować uczucie inne od surowej jak świeży beton męskiej przyjaźni. W końcu rzadko wysyła się o szóstej rano pocztówki do byle kumpla, w takich razach myśl od razu podsuwa nam najbliższych, najważniejszych. Gdyby tak miało być rzeczywiście, to tą kobietę od pokochania i potomstwa możemy sobie darować i nie mam innego pomysłu, co dalej z tym fantem. Jeśli możemy być czegoś pewni, to tego, że pan Janusz pochodził z tych stron, a w Gdyni był tylko w odwiedzinach. W końcu spotkał koło dworca Tadka. No i napisał łącznie “noi”. Ten ulubiony przez kielecki lud początek zdania wymawiało się wręcz jako “noj”, co było skutkiem najpierw prejotacji, a potem skrócenia, bo jeśli ktoś mówił wyjątkowo starannie, to mówił “noji”. “Noj wtedy łuna mu przyniesła pinć kilo zimioków, ale łun chcioł wiency” – tak się mówiło.

A pisało się tak: “Serdeczne pozdrowienia śle Gienek z Sołtykowa dla Ciebie Urszulo. P.S. Czekam na list”. Słowa biegną po skosie kartki, a kanciaste spłaszczenia liter u dołu zdradzają, że Gienek pisał od linijki, przykładał się. Pocztówkę zaadresował tak dokładnie, że wiadomo, że ona pracowała w PeeSeSie, w księgowości. Rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty. On z Sołtykowa, ona ze Żnina. Historia się kończy tu, gdzie się zaczyna. Ja bym nie odpisał na jej miejscu. Owszem, był staranny z tą linijką, ale to jeszcze nie wszystko. Domaga się listu, a sam wysyła byle jakie pozdrowienia. Na pocztówce cztery małe zdjęcia: “Dom Sportowy K.S.Z.O.”, dwa razy “Wnętrze pływalni krytej” i “Pływalnia letnia”. “Pływalnię krytą” nazywaliśmy po prostu basenem, mówiło się “Idę na basen” i wszystko było jasne, nie było innego basenu. “Pływalnia letnia” za mojej pamięci już nie istniała, potem pojawiła się za to nowa, na “Rawszczyźnie”, i wtedy już mówiło się albo “Idę na basen”, albo “Idę na Rawszczyznę”.

Gienka z Sołtykowa należy uniewinnić. To nieunikniona konsekwencja zażartej walki z analfabetyzmem, że do pisania brać się będą gęsto ludzie bez powołania. Bo kiedyś, ach, panie, panowie, pisało się inaczej. W 1913 roku, kiedy ogólny widok Ostrowca, Gub. Radomska, stanowiło pastwisko poplamione białymi owcami i skromnie zabudowane, drewniano-kamienne tło (kościół niedzisiejszy, jeszcze przed przebudową, przysadzisty, bliższy mu poziom niż pion), zakochany pan przekazywał pocztówę zapisaną maczkiem art deco, nie bez kłopotów z dużym rosyjskim F, wysokobłagorodnemu panu Fiszeru “dla łaskawego doręczenia p. A. Wrońskiej” aż w Mińskiej Guberni. Liczne stemple ze śmiesznie wyglądającą w cyrylicy nazwą OSTROWIEC miejscami nakładają się na siebie i jeszcze utrudniają odcyfrowanie tekstu. “Kochana panno Oleńko! A więc już tylko parę dni się zostało do końca wakacji, sądzę że przecież (…) chociaż mnie tam nie ma (…) będzie bardzo przyjemnie, że Pani (…). No, zgoda? Ja prawdopodobnie będę w Ł. na te dwa dni świąt, 7 i 8 września, no i naturalnie nie zapomnę o kochanej Oleńce. Żałuję bardzo, że trzeba odłożyć wycieczkę po Wiśle, i na jak długo? Miałem zwiedzić góry Świętokrzyskie, tymczasem w każdą niedzielę lub święto – niepogoda i nie mogę się doczekać już ostatniej niedzieli, wyczekuję pogody, może jeszcze co z tego będzie. No, dowidzenia! Całuję Cię serdecznie, moja kochana P. Oleńko i proszę nie zapominać z powrotem o…”. Tu nadawca zjechał na sam brzeżek kartki i jego robaczki stały się całkiem już nieczytelne, tylko “kochający” w podpisie daje się odczytać. Żadnej wulgarności i samokontrola, jedynie dokładność literek upchniętych na skrawku papieru, elegancja zawijasów; tylko to obiecuje pannie Oleńce, że jak dojdzie co do czego, nie będzie partaniny, stosunek będzie długi i bardzo udany, pełen finezyjnych ozdobników i starannie wykończony. No, zgoda?

Już pod koniec lat sześćdziesiątych życie w Ostrowcu nabiera barw. Z początku są to barwy jakby ochronne, niewyraziste, jak gdyby miasto chciało się zamaskować na wypadek nowej wojny, ale to wina kiepskich odczynników. Na kartce wysłanej z Sienna 14 marca 1967 roku niebo od biedy jest sine, ale trawa na trawniku zieleni się tak blado, że robi się szara z wysiłku, zaś koloru ubrań ludzi w ogóle nie da się określić. Tylko sukienka tej pani na ławce, z ręką zawieszoną na dziecięcym wózku, jest prawdopodobnie błękitna. Za to na trzecim planie widać coś na podobieństwo parasoli, a ponieważ znajdują się mniej więcej na wysokości “Staromiejskiej”, być może są to parasole tej właśnie restauracji. Będę musiał zapytać szwagra, który przy rynku się urodził i długo, długo mieszkał, może będzie pamiętał. “Moc miłych i gorących pozdrowień z okazji pobytu w Siennie, oraz z powiewem wiosennego wiatru przesyła Ci ktoś dobrze znany lecz nie podpisany”. Pobyt w Siennie, wspaniała okazja. I z tymi kolorami też jest podobnie, jakby były wywoływane sztucznie i trochę na siłę. Jakby fotograf zrobił czarno-białe zdjęcie, a dopiero potem koloryzował w swej alchemicznej ciemni: ten biały trawnik był przecież zielony, więc dajmy tu trochę jasnego brązu, bo zieleń się dawno skończyła, a potem jakimś odczynnikiem wydrzyjmy z tego brązu cały pierwiastek czerwieni. Te czarne drzewa też były zielone, ale inaczej. Zasmarujmy je żółcią i jakoś to będzie. Czasem dawało to niezłe efekty: już druga z kolorowych widokówek prezentuje Gutwin, ośrodek wypoczynkowy: trzej chłopcy umięśnieni, jakby żywili się szczawiem, spychają na wodę kajak, a na nich łypią dwie zgrabniule przechodzące obok. Wszyscy mają ciała brązowe, jakby to były Hawaje. Nad skrajem czerwonych majtek chłopaka oślepiająco świeci pasek zimowej bieli. Zresztą te pierwsze kolorowe kartki opisywano na rewersie w znamienny sposób: wg fotografii barwnej T. Sumińskiego. Wg fotografii barwnej A. Stelmacha. A poniżej krowiaste kulfony stawiane ręką dziecka: “Kochany tato i mamo całemiasto miasto i jeszcze jechaliźmy koło łazienek ałtobusem i jechaliźm koło wisły i byliźmy w pałacu kultry”. Tak, życie nabiera barw.

Na widokówkach z Ostrowcem, które skupuję na Allegro, walkę o palmę pierwszeństwa toczą plac Wolności i kościół św. Michała. Wolność i świętość w tym przypadku nie przepadają za sobą. Bywa, że plac Wolności fotografowany jest z kościelnej wieży. Bywa, że świętomichalska bryła zdejmowana jest z platfusa placu. Ale nie jest to wzorowa współpraca. Na takich zdjęciach kościół krzywi wieże jak dziecko buzię, a resztę swej bryły próbuje schować za rządkiem kamienic. Plac Wolności zdejmowany z kościelnej wieży pustoszeje i nie wyraża nic, może tylko przekonanie, że do pomnika zamordowanych nikt nie przychodzi, bo i po co. Na kartce z rokiem 1960 na pieczątce napis na postumencie jest całkiem wyraźny: “1945-1955. Bohaterom i wyzwolicielom mieszkańcy Ostrowca”. Bo jest to pomnik Wolności. Ale stanął w miejscu, gdzie Niemcy powiesili 29 szanowanych ostrowieckich obywateli za to, że partyzanci wysadzili im most na Romanowie. Wolność na pomniku ma dwie wypukłe piersi, wspiera się o drzewce chorągwi, a drugą ręką zamiata z tyłu jakąś szmatą jak gdyby zacierała za sobą ślady. Chociaż, z drugiej strony, na fotografii P. Pierścińskiego z 1972 roku statua nosi nazwę pomnika Wdzięczności. Jeśli tak, to Wdzięczność na pomniku ma dwie wypukłe piersi i idzie krokiem niepewnym, jak gdyby właśnie poszła z torbami. Jedną pustą torbą wlecze jeszcze za sobą, a dłonią wspiera się o żebraczy kij z przywiązanym do niego kawałkiem płótna dla opędzania się od much i fotografów. Być może jest to ślepa Wdzięczność.

Pół wieku wcześniej rynek nie był jeszcze wypoziomowanym platfusem. Wznosząca się ku północy i dodatkowo lekko nachylona ku wschodowi krzywizna, z rzadka zabudowana drewnianymi budami, zapełniała się w dni targowe morzem furmanek oraz końskich łbów i zadów. Akurat na pocztówce, którą posiadam i której trupią bladość trudno nazwać sepią, ciżba jest rozrzedzona, bo rynek zawalono zwałami okrąglaków, pewnie szykując się do wybrukowania go. Na snopkach słomy służących za siedziska, wsparci czasem o lotry, okoliczni chłopi czekają na wozach, aż ktoś od nich coś kupi, kapustę lub parę ziemniaków. Ciemne postacie w chałatach to wybrzydzający nabywcy. Cud fotografii sprawia, że wszystko to przeminęło nie aż tak do końca, nie na amen, co najwyżej na wieki wieków. Chciałbym tam wbiec między nich, tarzać się w błocie i bić głową w okrągłe kamienie, i krzyczeć, krzyczeć. Uciekajcie. Dokądkolwiek, jakkolwiek, piechotą przez morza, z pierzynami lub bez, za trzydzieści lat będzie tu takie piekło, że gorsze nie istnieje, uciekajcie, ludzie. W lewym dolnym rogu dwaj mężczyźni przycupnęli twarzą do nas, a obok jeszcze dwaj. Z pewnością to fotograf przykuł ich uwagę. Między nimi koń wyróżniony tym, iż woźnica troskliwie okrył go jasną derką. Ci czterej patrzą na fotografa, a on patrzy na swojego konia. Jest młody i mógłby to być dziadek Pietrzyk. Dziś mało kto go pamięta, ale jeśli zapytam swoje ciotki, jaki był, to każda powie najpierw, że bardzo kochał konie i nadzwyczajnie dbał o nie.

Rynek stał się Placem Wolności pewnie niedługo po wojnie, ale na dobre przyjęła się ta nazwa dużo, dużo później. Za to po przeniesieniu handlu na nowe targowisko, nazwa “rynek” przylgnęła właśnie do targowiska. Czyli rynek był wtedy synonimem targu. Jeszcze gdy byłem dzieckiem, choć targ miejski dawno przeniesiono pół kilometra w bok, Mama wybierając się na targ mówiła “pójdę na rynek”. Czasem też mówiła “kupię coś na targowicy”, co dzisiaj trochę mnie śmieszy. Słowa “jarmark” używało się rzadko.

Gdyby według mojego przypadkowego zbioru pocztówek ułożyć trasę turystyczną po Ostrowcu, należałoby wyruszyć z ulicy Nowotki, która dzisiaj nazywa się jakoś inaczej, spod siedziby Klubu Sportowego Zakładów Ostrowieckich, noszącej też oficjalną nazwę Domu Młodego Hutnika, z którą jednak spotykałem się tylko w piśmiennictwie. Pięć arkadowych bram, i nad każdą z nich socrealistyczny wizerunek młodego hutnika w szortach, a to przelatującego nad płotkiem, a to goniącego za piłką. Po bokach dwie większe bryły: z lewej hala sportowa, z prawej basen. Od razu przy ulicy stały dwie brzydkie tablice ogłoszeniowe, na których zawsze wisiał plakat z informacją o najbliższym meczu i nieodłączną maksymą, której do dziś nie rozumiem: “Kulturalny doping – połową sukcesu”. Po przejściu przez bramę trafiało się na spory placyk z nigdy nieczynną fontanną i charakterystycznym ogrodzeniem klombów. Ogrodzenie tego typu będzie się jeszcze pojawiało na naszej trasie, jego stałym elementem są metalowe obręcze z jakichś hutniczych odpadów. Z domu miałem tutaj dziesięć minut na piechotę. Kiedy za niechętną zgodą rodziców lub, jeśli było akurat po wywiadówce szkolnej, wbrew ich woli przybiegałem tu jako napalone chłopię w krótkich porciętach, nie zauważałem fontanny, klombów ani ogrodzeń, tylko pędziłem prosto do szatni. Czasem przypomina mi się jej zapach, zapach skórzanych piłek, męskiego potu i innych sportowych smrodów przegryzionych szarym mydłem. W niedziele przychodziłem na stadion na mecze ligi okręgowej, te z kulturalnym dopingiem i sukcesami, które rzeczywiście zawsze były połowiczne. Raz na parę lat KSZO awansowało do III ligi, najczęściej dzięki reformie systemu rozgrywek, i zaraz z niej spadało. Początkowo, jako zupełny małolat, wchodziłem na mecze za darmo, później albo płaciłem za bilet, albo przeskakiwałem przez płot na tyłach, a jeszcze później znów wchodziłem gratis jako członek klubu posiadający legitymację. Ławki były drewniane, bez oparć, nadgryzione zębem czasu. Atmosfera tamtych meczów wraca do mnie jeszcze dziś, kiedy zaleci mnie na ulicy dymek z czyjegoś papierosa. Była to atmosfera senna, nawet złość kibiców na sędziego czy piłkarzy wydaje mi się dziś właśnie taka. Ale może to ja zanadto lubiłem siadywać z boczku, w pobliżu starszych panów fachowo komentujących nieudane zagrania.

Nazwę KSZO wymawia się właśnie tak, po prostu Kszo, żadne tam K.S.Z.O., choć tak stoi napisane na pocztówce od Gienka z Sołtykowa. Piłkarze Manchesteru United to “Czerwone Diabły”, gracze Ruchu Chorzów to “Niebiescy”, zaś tradycyjna drużyny ostrowieckiej to, niestety, “Kszoki”. Podaję teraz przykład kulturalnego dopingu: “Sędzia, ty zmoro, zginiesz jak Aldo Moro! A jak my ci nie damy rady, to nam pomogą Czerwone Brygady!”. I na melodię “Yellow Submarine”: “W górę serca i niech zwycięża KSZO, niech zwycięża KSZO, niech zwycięża KSZO!”. Po argentyńskich mistrzostwach świata w 78 roku moda zasypywania boiska serpentynami i confetti dotarła także do Ostrowca. Rolę confetti pełniły pocięte gazety, a rolę serpentyn rolki papieru toaletowego. Kryzys nie kryzys, człowiek nie musi mieć czym podetrzeć sobie tyłka, a gola strzelonego przez naszych trzeba uczcić. Byłem w tym szczęśliwym położeniu, że matka przynosiła mi z mleczarni zużyte taśmy do maszynek liczących, podobne do tych stosowanych dziś w sklepowych kasach, dysponowałem więc serpentynami nowej generacji. A teraz podaję nazwiska herosów tamtych lat. Wielki jak pomnik samego siebie w skali jeden i pół do jednego Witek Lao, kanciasty i ciężki stoper. Adam Opałka, pseudo “Kubek”, jako wysunięty stoper i egzekutor rzutów wolnych z dużych odległości. Opałka też był ciężkawy i pamiętam te błagalne zachęty kibiców “Kuuubek! Kapa!”, kiedy po jakimś faulu trzeba było przebiec prawie całe boisko i huknąć z wolnego, a jemu albo się nie chciało, albo, sądząc po minie, brakowało śmiałości. Na prawej obronie delikatny ale waleczny Marek Mendyk. W pomocy Mietek Pastuszka, podgarbiony, kasperczakowaty, pracowity. Witek Dylewski w ataku, dosyć kruchy i niezbyt lubiany przez kibiców, często zmieniany przez trenera, wiecznie niespełniona nadzieja. Zbyszek Rogala, czarny przystojniak, świetny technik, miał wszystkie zalety i maniery gwiazdy, do dziś pamiętam jego efektownego gola z brazylijskiej przewrotki. Ale kibice, którzy wiedzieli o swojej drużynie wszystko, na podstawie ruchów Rogali potrafili dokładnie określić, ile wczoraj wypił, a czasem nawet z kim. Sławek Dybiec, mój ulubieniec, szybki i zadziorny, wtedy dopiero obiecujący talent, dziś już nie żyje, a ponieważ ożenił się z przyjaciółką moich sióstr, wiem, że nie miał lekkiej śmierci. Napastnik o litewskim nazwisku Kiszkis, nie pamiętam imienia, ale był rudy i kiedy zaczynałem kibicować, on kończył już karierę. Kiszkis i Marek Krajewski byli najwięksi, mieli nawet w karierze okresy gry w drugiej lidze, Kiszkis w Koronie a Krajewski w Starze. Najlepsi piłkarze lądowali w Ostrowcu najczęściej u schyłku swych karier, Krajewskiego pamiętam głównie ze świetnej walki ciałem i charakterystycznego grymasu, z jakim po każdym ostrzejszym starciu łapał się za kręgosłup czy nerkę. Zdarzyło się raz, że jako trampkarz dostałem “na stan” starą piłkę po nim, którą magazynier wręczył mi niczym relikwię z życzeniami, żebym osiągnął to samo, co “pan Mareczek”. Jeśli chodzi o kręgosłup, życzenie się spełniło.

Trochę utknęliśmy już na starcie wycieczki widokówkowym szlakiem, ale jeśli nie ja, to nikt już nie wspomni tamtych nazwisk. Za to teraz możemy przyśpieszyć. Dochodzimy do ulicy Traugutta i już znajdujemy się na głównej arterii miasta biegnącej przez sam jego środek. Po lewej stronie powinno być główne wejście na teren Starego Zakładu Huty im. Nowotki, ale już go nie ma, nie ma też strażników przemysłowych odnotowujących spóźnialskich i sporadycznie sprawdzających, czy pracownicy nie wnoszą do pracy alkoholu oraz czy nie wynoszą potrzebnych im do czegoś produktów stalowych, części maszyn itp. W prawo proszę nie patrzeć, gdyż wciąż stoi tam sklep, który był jednym z pierwszych w Ostrowcu supersamów i w którym zostałem haniebnie przyłapany na kradzieży dwóch batonów i puszki ryb w tomacie. A teraz już można, bo właśnie wyłania się przed naszymi oczami park zakładowy z małym amfiteatrem, barem “Parkowym”, popiersiem Nowotki oraz huśtawkami i karuzelą, na które zabierali nas rodzice w niedzielne popołudnia. Kosze na śmieci miały tam kształt niezgrabnych kogutów z otwartymi dziobami i przyjemnie było do nich wyrzucać ogryzek czy papierek. Tym bardziej, że skoro był papierek, to wcześniej musiał być cukierek. Poza tym przez park szło się na skróty do przychodni dziecięcej na ulicy Stanika, a kiedy mają dziecku wpychać szpatułkę do gardła albo wbijać zastrzyk, to chyba tylko zwierzęta je rozumieją, choćby takie blaszane koguty. Nowotko wyniósł się z parku chyba zaraz po roku 89, a jego śladem podążyły pordzewiałe i pokrzywione starością koguty. Za to samolot z giętych rur, na którym z wywiniętą od płaczu wargą siedzę na pamiątkowym zdjęciu, przetrwał tak długo, że jeszcze mój syn został na nim uwieczniony.

Za parkiem od razu jest Rondo, a przy Rondzie Kościółek. Kościółek był Kościółkiem, bo w odróżnieniu od kościoła św. Michała był mały, a rondo było Rondem, bo było tylko jedno. W ogóle dużo było w dzieciństwie rzeczy wydających się jedynymi, a w miarę dorastania ze zdziwieniem i rozczarowaniem przekonywał się człowiek, że są na świecie inne jeszcze drogi, ronda, huty i kościółki. Idąc się bawić, mówiłem Mamie, że idę “na Drogę”, “na Asfalt” albo “pod Magazyn”. Drogą była ta dróżka, przy której mieszkaliśmy. Jeśli umawialiśmy się na grę w piłkę na Asfalcie, to wiadomo było, że chodzi o spory plac przy bramach cukrowni, jedyne wyasfaltowane miejsce w okolicy. A jedyny znany mi wówczas Magazyn to budynek stanowiący chyba zaplecze biurowe tej samej cukrowni. Pod Magazynem zabawy były szczególnie ciekawe, bo usytuowane tam było nielegalne wysypisko śmieci, więc zawsze coś ciekawego się znalazło. Najlepsze były ciśnieniowe opakowania po kosmetykach i muchozolu, bo wrzucone do ogniska wybuchały jak granaty. Wracałem potem do domu ogłuszony i otoczony wonną aurą niveowo-muchozolową, fuj.

Kościółek zbudowano w 1932 roku, zapewne z myślą o hutnikach, bo nazywano go z początku Kościołem Fabrycznym, a budowę sfinansowały Zakłady Ostrowieckie. Ponieważ życie hutników nie jest bajkowe, Tadeusz Rekwirowicz zaprojektował dla nich świątynkę z zupełnie innej bajki: z drewna modrzewiowego, w stylu zakopiańskim. Rekwirowicz był architektem, fotografem, bibliofilem i w ogóle artystą, co się zowie. Opracowywał mapy pierwszych szlaków turystycznych kielecczyzny. Po wojnie stał się mecenasem nielicznych ostrowieckich twórców. Był wujem Jadwigi Góreckiej, żony tego słynnego Henryka Mikołaja Góreckiego. W trakcie porządnej wycieczki powinno się chyba podawać takie informacje.

Cdn.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata