70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Bestiarium Pliniusza, czyli o relacji ludzi i zwierząt w starożytnym Rzymie

Rzymianie cenili w zwierzętach to wszystko, co upodabniało je do ludzi: inteligencję, spryt, zdolność do adaptacji w trudnych warunkach. Uwielbiali ptaki, ale głównie te gadające; szanowali psy niemal wyłącznie z uwagi na ich myśliwskie i obrończe zdolności; zachwycali się słoniami przez wzgląd na ich domniemane głębokie życie wewnętrzne.

Niewiele jest śladów starożytnego życia, które zdolne byłoby wywołać w dzisiejszych turystach silniejsze emocje od gipsowych odlewów ofiar zagłady Pompejów. Po tych jego mieszkańcach, których potężna erupcja Wezuwiusza w  roku 79 z jakichś powodów nie wypędziła z miasta, pozostały w warstwie zgęstniałego wulkanicznego popiołu niewiarygodnie dokładne odbicia przestrzenne. Wypełnione gipsem zmieniły się w budzące dreszcz posągi umierających ludzi. Umierających właśnie, nie umarłych – to przeraża bodaj najbardziej. Widać w nich ostateczną rezygnację, bierną zgodę na śmierć. Może dlatego na ich tle tak wyraźnie odcina się gipsowy odlew psa znaleziony w domu Vesoniusa Primusa. To przy nim – rzecz szczególna – zatrzymuje się największa grupa zwiedzających. Poskręcane ciało zwierzęcia świadczy wymownie o tym, że pies do ostatniej chwili próbował walczyć o życie. I zapewne udałoby mu się tę walkę wygrać, tak jak większości zwierząt pompejańskich, które – mniej przywiązane do domów, cennych mebli i wypełnionych złotem szkatułek niż ich właściciele – zdołały w porę uciec z miasta. Ale pies Vesoniusa Primusa nie miał w tej walce najmniejszych szans. Uciekł tylko tak daleko, jak pozwalała mu długość łańcucha. Trudno winić właściciela, że ratując w pierwszej kolejności życie własne i swoich bliskich, nie zdążył pomyśleć o psie. Ale też łatwo zrozumieć naszą dzisiejszą reakcję, kiedy pochylając się nad gipsowym odlewem bezbronnego zwierzęcia wzdychamy głośniej niż nad sąsiadującym z nim odbiciem bogacza z domu Diomedesa, który – jak przypuszczamy – wrócił się do willi, by ratować swe kosztowności. Śmierć zastała go przy ogrodowej furtce, z kluczem w ręku i w towarzystwie niewolnika dźwigającego worek rodzinnych sreber.

Literatura rzymska nie rozpieszcza nas, jeśli chodzi o liczbę zachowanych informacji na temat stosunku Rzymian do zwierząt. Najłatwiej dziś zrekonstruować jego skrajne wymiary. Z jednej strony okrutne venationes – inscenizowane na scenie amfiteatru czy arenie cyrkowej „polowania”, w których – wyłącznie dla uciechy publiczności – ginęły jednego dnia tysiące dzikich zwierząt; z drugiej strony wzruszające, ale i budzące pewien opór opowieści o nadzwyczajnym i nieraz chorobliwym przywiązaniu rozpuszczonych do granic możliwości patrycjuszy do ich zwierzęcych maskotek: psów, ryb, ptaków, koni, bywało, że i lwów. Ów najciekawszy chyba pośredni wymiar codziennych relacji człowieka ze zwierzęciem pozostaje dziś w dużej mierze w sferze naszych domysłów.

O jedno wszakże stwierdzenie warto się pokusić. Rzymianie cenili w zwierzętach to wszystko, co upodabniało je do ludzi: inteligencję, spryt, zdolność do adaptacji w trudnych warunkach. Uwielbiali ptaki, ale głównie te gadające; szanowali psy niemal wyłącznie z uwagi na ich myśliwskie i obrończe zdolności, zachwycali się słoniami przez wzgląd na ich domniemane głębokie życie wewnętrzne. Mieli przy tym skłonność, by dopatrywać się w zwierzętach zdolności zupełnie nadzwyczajnych. Pliniusz Starszy pisze całkiem bezkrytycznie nie tylko o astralnej religii słoni afrykańskich, ich obrzędach oczyszczeń, ale też o właściwym dla tych stworzeń… zrozumieniu dla religii cudzej[1].  Pisze też o ogierze rzucającym się w przepaść, gdy po zdjęciu mu opaski z oczu mógł stwierdzić, że parzył się z własną matką[2]. Opowieść o gęsiach kapitolińskich, które ostrzegły rzymskich wojowników przed nadejściem wojsk Brennusa, zapewne tylko utwierdzała Rzymian w przekonaniu o niezwykłych właściwościach zwierząt.

Światy ludzi i zwierząt spotykały się w przeróżnych punktach rzeczywistości starożytnego Rzymu. Z nich najbardziej oczywistym i tym samym najmniej fascynującym dla historyków jest – rzecz jasna – hodowla zwierząt wspierających rzymskich rolników w ciężkiej fizycznej pracy oraz tych, które cieszyć będą podniebienia bogatych mieszczan. Warto jednak i tutaj wspomnieć o religijnej wręcz powinności jak najstaranniejszego dbania o potrzeby wołów – głównych zwierząt pociągowych starożytnej Italii. Katon w swoim traktacie O gospodarstwie wiejskim nie tylko napomina gospodarzy, żeby właściwie ich żywili,  ale podaje także recepty na rozmaite ich dolegliwości, a nawet szczegółowy opis ofiary wotywnej za zdrowie tych zwierząt[3].

Uświęcone religijnie związki ludzi i zwierząt znajdowały swój wyraz w rzymskiej sztuce wróżenia. Nie przez przypadek główne kolegia kapłańskie zajmujące się odczytywaniem znaków wróżebnych, tj. haruspikowie i auspikowie, za przedmiot swoich skomplikowanych obrzędów obierali właśnie zwierzęta. Haruspikowie sięgający do etruskich tradycji mantycznych wyciągali wnioski dotyczące powodzenia lub niepowodzenia przedsięwzięć państwowych na podstawie wyglądu wnętrzności zwierzęcych, serca, płuc, a nade wszystko wątroby, której czterdzieści różnych części odpowiadać miało czterdziestu sferom niebieskim. Auspikowie tymczasem, zwani częściej augurami, wróżyli przede wszystkim z lotu ptaków, z ich głosów, także (tzw. auspicia pullaria) z zachowania się kur podczas jedzenia.

Mniej więcej w II w. przed Chr. Rzymianie zasmakowali w polowaniach. Wcześniej bieganie po lasach i narażanie własnego życia w walce z dzikimi zwierzętami, jako zajęcie uwłaczające wolnym obywatelom, spuszczali na niewolników. Z czasem przekonali się, że polowanie może być także rozrywką. Inaczej niż Grecy, nie dopatrywali się w polowaniu ważnego elementu wychowania młodego człowieka wkraczającego w świat dorosłych. Pragmatyczni Rzymianie większą wagę przykładali do efektów, jakie przynieść miały łowy. Stąd też nie widzieli nic niegodnego w pogardzanym przez Platona zastawianiu sideł, wędkarstwie czy odławianiu ptaków. Równość szans między człowiekiem a zwierzęciem nie była tu poważnie brana pod uwagę. Pliniusz Młodszy w Listach chwali się na przykład, jak to „upolował” trzy dziki, nie przerywając pracy pisarskiej, wygodnie usadowiony w pobliżu wnyk z tabliczkami na kolanach[4].

Polowano zresztą nie tylko w celu zdobycia pożywienia, które z upływem czasu coraz chętniej witano na stołach. W dalekich prowincjach republiki, później cesarstwa, urządzano zakrojone na szeroką skalę polowania, których celem nie było zabicie, a schwytanie egzotycznych zwierząt. Przewiezione do Rzymu służyć miały oczywiście jako urozmaicenie igrzysk. Chyba nie wcześniej jak od roku 95 przed Chr., kiedy Kwintus Scewola urządził pierwsze amfiteatralne venationes („polowania”) z udziałem lwów, walki zwierząt między sobą oraz przeciwko gladiatorom stały się stałym elementem igrzysk. W 93 roku przed Chr. Sulla wystawił w amfiteatrze sto lwów, następnie Pompejusz Wielki sześćset, Juliusz Cezar czterysta. W epoce cesarskiej liczby zwierząt przeznaczonych na teatralną rzeź stają się jeszcze bardziej przerażające: w jednym tylko dniu igrzysk urządzonych przez Tytusa w 80 roku z okazji otwarcia Colosseum wystawiono na arenie pięć tysięcy zwierząt[5], w walkach urządzonych przez Trajana dwukrotnie liczba pokazanych zwierząt przekroczyła dwa tysiące[6]. Właściwie należałoby napisać „zabitych” zamiast „pokazanych”, choć tu akurat trzeba być ostrożnym. Z pewnością los setek i tysięcy zwierząt przewiezionych do Rzymu z odległych krain był tak czy inaczej przesądzony. Jednak venatio cyrkowe, przynajmniej w okresie Rzymu republikańskiego, nie oznaczało z konieczności natychmiastowej hekatomby. Zwierzęta występowały często w popisach, które dziś nazwalibyśmy po prostu cyrkowymi: słonie piszące łacińskie sentencje trąbami na piasku, pantery ciągnące wózki w zaprzęgu itp. Historycy wskazują na jeszcze jeden aspekt, który – choć nie do końca przekonujący – rzuca nieco jaśniejsze światło na mroki rzymskich venationes. Dzikie zwierzęta zamieszkujące w wielkiej liczbie ogromne obszary rzymskich prowincji stanowiły dla tamtejszej ludności bardzo poważne zagrożenie, którego rozmiarów dziś, w epoce, w której słonie, lwy i tygrysy są na wymarciu, nie potrafimy sobie wyobrazić. Przerażające nas polowania, w efekcie których na rzymską arenę trafiały setki i tysiące tych zwierząt, pozwoliły w istocie na zasiedlenie i swobodny rozwój rzymskich miast m.in. w Afryce Północnej[7].

Biografie wielkich rzymskich żołnierzy i władców wspominają często o ich przywiązaniu do swoich wierzchowców. Być może znać w tym echa legendy Aleksandra Macedońskiego i jego Bucefała, który, z nałożonym rzędem królewskim nie pozwalał komu innemu usiąść w siodle. Podobną cechą odznaczał się bowiem koń Juliusza Cezara, śnieżnobiały ogier, który – jak zgodnie podają i Pliniusz, i Swetoniusz – przednie nogi miał mieć podobne do ludzkich, tj. kopyta porozdzielane na kształt palców[8]. Cezar postawił mu pomnik przed świątynią Wenus Rodzicielki. Także Oktawian August wystawił swemu zmarłemu koniowi pomnik nagrobny i ułożył na jego cześć tren żałobny[9]. Głośne było chorobliwe przywiązanie Gajusa Kaliguli do Incinatusa. Koń cesarza miał mieszkać w marmurowej stajni osobnego pałacu, jadać ze żłobu z kości słoniowej, nosić naszyjniki z drogich kamieni, posiadać własnych niewolników i umeblowane pokoje, „aby tym wystawniej podejmować osoby zaproszone w imieniu konia”[10]. Przed śmiercią z rąk zamachowców Kaligula miał też podobno zamiar wyznaczyć Incitatusa na urząd konsula. Piękne epitafium poświęcił swemu koniowi cesarz Hadrian: „Borystenes / koń ze stajni cesarza / pędził przez wody i bagna / i przez wzgórza Etrurii / polując na dzika Panonii / tryskał pianą i śliną / aż po koniec ogona, / kiedy ścigał odyńca / nikt nie ważył się z nim zmierzyć / nawet dzik o białych kłach, / jak to się czasem zdarza, / zmarł w swoim czasie / wiecznie młody, / zachowując niepołamane kości”[11].

Psy cenili Rzymianie nade wszystko jako stróżów swoich willi i wspólników polowań. W willach podmiejskich liczba psów gończych świadczyła zwykle o zamożności ich właścicieli. W prywatnych domach pies towarzyszył często niewolnikowi pełniącemu rolę odźwiernego, nierzadko też pilnował wejścia do domu uwiązany na łańcuchu, o czym świadczy zwyczaj umieszczania w westybulach mozaikowych napisów ostrzegających przez czteronożnym stróżem. „Psy to jedyne zwierzęta, które znają swego pana; poznają go nawet wtedy, gdy przybędzie niespodzianie, pod przebraniem obcego” – zauważa Pliniusz, najwyraźniej wyciągając wnioski z historii z historii Odyseusza i Argosa. „One jedyne rozpoznają swoje imiona” – dodaje, niepomny, że wcześniej tę właściwość przypisał słoniom. „Pamiętają trasy drogi, nawet długie. Żadne inne stworzenie, poza człowiekiem, nie ma lepszej pamięci”[12]. Następnie wyszczególnia Pliniusz psie zdolności, które czynią z nich niezastąpionych towarzyszy w łowach. „Pies bada ślady i ściga, ciągnie za sobą na smyczy towarzyszącego mu myśliwego w kierunku zwierzyny, a kiedy ją zobaczy, wskazuje na nią w sposób jakżeż cichy i dyskretny, ale za to jakżeż wymowny – najpierw ogonem, potem pyskiem! Nawet kiedy psy się zestarzeją, oślepną i osłabną, bywają noszone przez myśliwych na ręku, bo i wtedy potrafią chwytać wiatry i zapachy i węszą, zwracając nozdrza w stronę legowisk zwierzyny”[13].

Najwierniejsze psy po śmierci bywały chowane w grobach, nierzadko opatrzonych wzruszającymi epitafiami: „Przechodniu – mówi jedno z nich – jeśli przypadkiem idąc drogą, zauważysz ten pomnik, nie śmiej się proszę, że jest to grób psa. Polały się łzy z jego powodu, a jego pan własnoręcznie usypał mogiłę i wyrył te słowa na płycie grobowej”[14].

Pośród zwierząt domowych rzymskich miast i wsi spotykamy oczywiście także koty, choć i one nie są zwykle traktowane jako maskotki – koty pełniły w Rzymie niezwykle ważne zadanie związane z pilnowaniem zapasów zboża przed rozmaitymi gryzoniami. Pełno więc ich było w spichlerzach, młynach, piekarniach, w posiadłościach wiejskich i tabernach. Typowymi natomiast maskotkami, którym nie przeznaczano żadnego praktycznego celu (z wyjątkiem być może polowań), były dla Rzymian ptaki. Jako ozdobę perystylów ceniono szczególnie te gatunki, które łatwo uczyły się naśladowania ludzkiej mowy: papugi, kosy, sroki i kruki. O papugach pisał Pliniusz następująco: „Ptak ten umie pozdrawiać wodzów i powtarzać słowa, które słyszy, szczególnie po winie wpada w dobry humor”[15]. Opowiada także anegdotę o pewnym kruku, który przeniósłszy swoje gniazdo z świątyni Kastora i Polluksa do pewnego warsztatu szewskiego w pobliżu forum, co rano siadał na mównicy foralnej i stamtąd pozdrawiał głośno Tyberiusza, Garmanika i Druzusa, a następnie mijających go obywateli. Gdy pewnego dnia właściciel konkurencyjnej pracowni szewskiej zatłukł kruka na śmierć za rzekome pobrudzenie mu butów odchodami, rozwścieczony tłum najpierw wypędził szewca, a następnie go zabił. „Ptakowi zaś wyprawiono uroczysty pogrzeb – relacjonuje Pliniusz – z niezliczonymi ceremoniami”[16].

Makrobiusz tymczasem opowiada nam o zdarzeniu, do którego doszło po rozbiciu przez Oktawiana Augusta wojsk Marka Antoniusza po Akcjum w 31 roku przed Chr. Pewien człowiek, gratulując Augustowi zwycięstwa, podarował mu kruka, który powitał cesarza słowami: „Ave Caesar victor imperator!”. Zachwycony August wynagrodził trud szkolenia ptaka sumą dwudziestu tysięcy sestercji. Ponieważ jednak dawny właściciel kruka nie rozliczył się sprawiedliwie z tej kwoty ze swoim wspólnikiem, ten ostatni nie omieszkał podzielić się z cesarzem informacją, że jest jeszcze jeden kruk, nauczony – na wszelki wypadek – pozdrowienia „Ave victor imperator Antoni![17].

Cudowną opowieść o przywiązaniu ludzi do ptaków znajdujemy także u Prokopiusza. Cesarz Honoriusz hodował w Rawennie koguty. Wśród nich był jeden szczególnie przez władcę ulubiony, miał na imię Roma. W roku 410, kiedy Goci zdobyli i złupili Wieczne Miasto, wieść o nieszczęściu przyniósł cesarzowi jego nadworny nadzorca kogutów. Honoriusz, usłyszawszy, że „koniec z Romą”, miał wydać z siebie okrzyk rozpaczy. „A dopiero co jadł z mojej ręki!” – zawołał. Nieco się uspokoił, kiedy nadzorca wyjaśnił, że nie chodzi o jego ulubieńca, lecz o miasto[18].

Miłość Honoriusza do kogutów zdaje się iść w parze z jego łagodną osobowością. I rzeczywiście, pominąwszy kilka wyjątków, sprawdza się zasada, iż kolejni władcy dobierali sobie ze świata zwierząt towarzyszy odpowiadających ich temperamentowi. Zniedołężniały (choć okresowo także wyjątkowo okrutny) Klaudiusz miał być posiadaczem białej suczki pokojowej[19], Aleksander Sewer, cesarz, o którym mówiono, że na zawsze pozostał małym grzecznym chłopcem całkowicie uzależnionym od swej matki, hodował w pałacu gołębie (miał ich ponoć dwadzieścia tysięcy), pawie, bażanty, koguty i kaczki; miał też złote kosy w klatkach, lubił głaskać pieski i świnki[20]. Tymczasem cesarze o – by tak rzec – nadmiernie gwałtownych charakterach, lubili otaczać się domowymi drapieżnikami. Karakalla wyprowadzał na spacery swojego lwa Akinakesa. Heliogabal miał zwyczaj zabawiania gości, wypuszczając na nich znienacka rozjuszone lwy, niedźwiedzie i lamparty, nierzadko też jadowite węże[21]. Niedźwiedzie trzymali w pałacach Galeriusz i Walentynian, przy czym ten pierwszy – jeśli wierzyć Laktancjuszowi – miał zwyczaj karmić je ludzkim mięsem[22].

Pośród ulubionych zwierząt domowych starożytnych Rzymian nie sposób nie wymienić rozmaitych gatunków ozdobnych ryb hodowanych, ku uciesze domowników i ich gości, w rozległych sadzawkach hellenistycznych perystylów lub – tam, gdzie w grę wchodziły ryby poważniejszych rozmiarów – w specjalnych basenach hodowlanych. Specjalną admiracją cieszyły wśród Rzymian czerwonobrody, które ponoć umierając, gwałtownie przybierały ciągle nowe, zmieniające się barwy. Zmiany te obserwowano w specjalnych, szklanych akwariach[23]. Bylibyśmy w błędzie sądząc, że wszystkie trzymane w domowych sadzawkach ryby prędzej czy później wylądować musiały na stołach. Owszem, trzymano ryby, by nimi zaspokajać głód ludzi. Ale bywało i na odwrót. Wediusz Pollion miał bowiem zwyczaj karmić swe ryby ciałami niewolników. Antonia, córka Druzusa, miała – według Pliniusza – trzymać w Bajach tresowane mureny ozdobione złotymi kolczykami[24]. Wzruszająca jest tez opowieść o Hortensjuszu noszącym żałobę po śmierci swojej ulubionej mureny.

Warto na koniec wspomnieć także i o pszczołach, których zdolnościom organizacji życia i pracy poświęca Pliniusz o wiele więcej uwagi niż jakiemukolwiek innemu stworzeniu. I trzeba przyznać, że i dziś jeszcze w jego opisie, skompilowanym głównie na podstawie dzieł Arystotelesa i fragmentów  Georgik Wergiliusza, napotykamy sporo niezwykle trafnych spostrzeżeń. Obserwację pszczół Rzymianie doprowadzili niemal do perfekcji. Pozwalała im opisywać ze szczegółami nawet proces ich rozmnażania. W willi podmiejskiej jednego z mężów konsularnych dokonywano takich obserwacji w ulach sporządzonych z przezroczystego rogu. Dokładność obserwacji przyrodniczych nieuchronnie jednak szła w parze z mnogością przesądów i dogmatycznych wierzeń związanych z niebiańskim pochodzeniem miodu:

Miód spada z nieba – pisze Pliniusz – zwłaszcza w okresach wschodu konstelacji, a specjalnie w czasie największego natężenia blasku Syriusza, nigdy zaś przed wschodem Plejad – o przedświcie. Dlatego o tej porze, zaraz po ukazaniu się jutrzenki, znajduje się na liście drzew pokryte miodną rosą. (…) Nie wiadomo, czy jest to pot nieba czy coś w rodzaju przeczyszczającego się powietrza. Oby to była ciecz czysta i przejrzysta, oby zachowała swoje przyrodzone właściwości, te, które ma jeszcze na początku swego spadania. Ale i tak, choć spływając z takiej wysokości, dużo po drodze nabiera w siebie brudu, zakaża się wyziewami ziemi, a poza tym wsysany bywa przez pszczoły z powierzchni gałązek i traw i potem przetrawiany w ich wnętrznościach (…) – mimo to wszystko jednak miód daje przyjemność wynikającą z jego niebiańskich właściwości”[25].


[1] Zob. Pliniusz St., Historia naturalna, VIII 1.

[2] Zob. tamże, VIII 157.

[3] Zob. Katon, O gospodarstwie wiejskim, LIV, LX, LXX-LXXIII, LXXXIII, CIII.

[4] Zob. Pliniusz Mł., Listy, I 6.

[5] Zob. Swetoniusz, Żywoty cezarów, rozdz. Boski Tytus, 7.

[6] Zob. Corpus Inscriptionum Latinarum, XIV, 4546 (podaję za J. Carcopino, Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa, tłum. M. Pąkcińska, Warszawa 1960, s. 272.

[7] Zob. J. Carcopino, dz. cyt., s. 273.

[8] Zob. Pliniusz St., dz. cyt., VIII 154 oraz Swetoniusz, Żywoty cezarów, rozdz. Boski Juliusz, 61.

[9] Zob. Pliniusz St., dz. cyt., VIII  155.

[10] Swetoniusz, dz. cyt., rozdz. Gajus Kaligula, 55 (tłum. J. Niemirska-Pliszczyńska).

[11] Dion LXIX 10 (cytuję za: A. Demandt, Prywatne życie cesarzy rzymskich, tłum. B. Tarnas, Gdynia 1997, s. 89 (przekład nieco zmodyfikowany).

[12] Pliniusz St., dz. cyt., VIII 146. (tłum. I. i T. Zawadzcy).

[13] Tamże, VIII 147.

[14] Corpus Inscriptionum Graecarum, 6310 (cytuję za L. Winniczuk, Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu, Warszawa 1983, s. 84.

[15] Pliniusz St., dz. cyt., X 118.

[16] Tamże, X 124.

[17] Zob. Makrobiusz, II 4, 29.

[18] Zob. Prokopiusz, Bellum Vandalicum, I 2, 25.

[19] Zob. Seneka, Udynienie boskiego Klaudiusza, XIII.

[20] Zob. Historia Augusta, rozdz. Aleksander, 41 nn.

[21] Zob. tamże, rozdz. Heliogabal, 21 nn.

[22] Zob. Laktancjusz, O śmierci prześladowców, 21.

[23] Zob. Pliniusz St., dz. cyt., IX 67.

[24] Zob. tamże, IX 172.

[25] Tamże, XI 31-32.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata